niedziela, 5 lutego 2017

Trzecia historia



Shichiro podciągnął moje spodnie trochę wyżej, tak by zostało odsłonięte pół uda.
- Starczy - powiedziałem stanowczo, łapiąc nogawki i przyciskając je do nóg.
- Hm... Uznajmy, że na początek starczy - zgodził się chłopak, nacierając ręce olejkiem.
Dzisiaj robił to z niesamowitym zapałem. Pewnie zaczął od masowania moich kostek. Odetchnąłem cicho, kładąc jedną dłoń na karku. Czułem się trochę winny, że od dwóch tygodni ciągle robimy to samo. Jedynym sukcesem było to, że nie obawiałem się, gdy Shichiro dotyka moich kostek. Nic więcej. Żałosny wynik jak na czternaście dni pracy.
No dobrze, wyolbrzymiam. Dwanaście.
- Jakie olejki tolerujesz? - zapytał po dłuższej chwili.
- Co? - mruknąłem, wyrwany z własnych myśli.
- No bo się zastanawiałem - zaczął ostrożnie - Czy może nie lepiej spróbować z innymi olejkami... Nie wiem, lawendowym, cedrowym albo może z melisy... Rozumiesz, o co mi chodzi, nie?
Przekrzywiłem głowę, przyglądając się mu otwarcie.
- Lawendowy jest całkiem okej. Czasami pomaga mi zasnąć - stwierdziłem beznamiętnie.
Shichiro pokiwał głową lekko, przesuwając ręce w stronę mojego kolana. Gdy nacisnął na dużego siniaka, syknąłem z bólu. Nie skomentował. Spojrzał na mnie przelotnie i sięgnął za siebie po jakąś tubkę. Rzucił ją na kozetkę tuż obok mnie. Maść na stłuczenia, oczywiście.
Zgrabnie omijając sińca, dalej pracował nad moim kolanem. Przyglądałem się jego palcom z zaciekawieniem. Z sesji na sesję zaczynałem dostrzegać coraz to nowe szczegóły. Nie były one istotne, ale wydawały mi się niesamowicie piękne. Uroczy pieprzyk między środkowym a serdecznym palcem prawej dłoni, ostro odcięte tatuaże wystające spod podciągniętych rękawów, mocne mięśnie ramion. Mógłbym czuć się przy nim bezpiecznie, gdybym tylko chciał. Ale był to bardzo zły pomysł. Tak natarczywa obserwacja to już było zbyt dużo.
- Coś się stało? - zapytał, nawet na mnie nie spoglądając.
Nadal był skupiony na swoim zajęciu, dokładnie przyglądał się mojemu kolanu.
- Nie, dlaczego? - westchnąłem cicho, odwracając wzrok od niego.
- Nie wiem... Tak się gapisz - odparł.
Chyba przez chwilę na mnie zerknął. A ja się zarumieniłem.
- Gapię się, bo interesuje mnie, co robisz! - odparłem stanowczo, zasłaniając twarz.
Shichiro zaśmiał się lekko.
- Oczywiście - mruknął, przesuwając ręce na udo.
Zachłysnąłem się powietrzem, po czym zagryzłem wargę.
- Udo się niczym nie różni - westchnął, dotykając mojej nogi już samymi palcami.
- Jest wyżej, to wystarczy - prychnąłem.
Chłopak cmoknął, niezadowolony. Zmarszczył brwi jakby naszła go jakaś myśl.
- Ściągnij spodnie - powiedział nagle, wstając.
- Co? - zapytałem, zaskoczony.
- Terapia szokowa - oznajmił stanowczo, wycierając ręce.
Celnie trafił do kosza ręcznikiem. Podszedł do drzwi. Zamknął je na klucz, który następnie schował do kieszeni.
- Otwórz te drzwi - szepnąłem od razu. Jednocześnie cofnąłem się do tyłu aż pod ścianę.
Nie wiedziałem, co go ugryzło. Właśnie wtedy, gdy zaczynałem się do niego przekonywać.
- Ściągniesz spodnie, a otworzę - odparł pewnie, podchodząc do mnie.
- Nie, otworzysz teraz - odpowiedziałem, twardo trzymając się swojej racji.
- Ściągniesz je sam albo ja ci ściągnę i będzie jeszcze mniej ciekawie - zagroził.
Pisnąłem. Nie cicho, a wręcz przeciwnie. Przycisnąłem nogi do siebie.
- Dlaczego? - wydusiłem z siebie, zaciskając powieki tak mocno, jak tylko mogłem.
- Bo od dwóch tygodni pieprzymy się z tym samym. Nie mam aż tyle cierpliwości, Kazuta. Myślałem, że zdążyłeś się już przekonać, że nic ci, do cholery, nie zrobię - warknął, zbliżając się do mnie jeszcze bardziej. Odruchowo zasłoniłem twarz.
- Już byłem tak blisko - szepnąłem.
- To jaką różnicę zrobi ci ściągnięcie spodni? Mi będzie łatwiej, a tobie to nic nie robi - powiedział cicho, opierając się kolanami o brzeg kozetki. Jego ręce spoczęły po bokach moich nóg. Wcisnąłem się jeszcze mocniej w ścianę. Czułem w gardle ten nieprzyjemny ucisk strachu. Serce waliło jak oszalałe, a do oczu mimowolnie napływały łzy. Moje ciało było przygotowane na to, co zwykle dzieje się w takich sytuacjach.
- Skąd możesz być pewien, że mi to nic nie robi? - prychnąłem.
- A co ci robi? - zapytał z naciskiem.
- Czy już zapomniałeś, że jestem regularnie molestowany przez licealistów? Że dwa razy mnie, cholera jasna, zgwałcili? - syknąłem, przyciskając nogi do klatki piersiowej.
Przez chwilę Shichiro gapił się na mnie tak, jakby stracił rezon. Nie wiedział, co odpowiedzieć? Odpuścił?
- Zaufaj mi - szepnął w końcu - Nie wrzucaj mnie do tego samego wora, co ich wszystkich.
Spojrzałem na niego przez chwilę, a potem odwróciłem wzrok ponownie. Pokręciłem głową stanowczo.
- To nie jest tak, że powiesz i nagle wszystko jest pięknie. To nie działa w ten sposób.
Przełknąłem ślinę głośno, patrząc na niego niepewnie. Przyglądał mi się chłodno. Po chwili wyciągnął do mnie rękę. Odtrąciłem ją od razu, jednocześnie zasłaniając usta wolną dłonią. Zaczynało mnie mdlić od tak silnej presji. Shichiro zdecydował położyć jeden palec na moim kolanie i powoli przesunąć go do góry. Zamknąłem oczy, czekając aż pójdzie dalej. Aż zdejmie mi te cholerne dresy, a potem zrobi mi krzywdę jak każdy. Zatrzymał się tam, gdzie kończyła się nogawka.
- I nic więcej ci nie zrobię, zaufaj mi. Nie chcę cię w żaden sposób skrzywdzić, celowo czy przypadkowo. Tylko dlatego proszę cię, byś zdjął spodnie. Nie chcę, znowu przez przypadek nacisnąć ci na jakiś krwiak czy ranę, okej? - powiedział miękkim głosem, delikatnie łapiąc materiał spodni i za niego ciągnąc.
Złapałem za ubranie tuż obok miejsca, w którym on je trzymał. Patrzyłem na nasze dłonie przez chwilę.
- Tylko tyle? - upewniłem się, porównując nasze ręce. Jego były mocne, dające bezpieczeństwo. Moje delikatne, prawie damskie. Typowo.
- Tylko tyle. Zrobię coś więcej, możesz mnie zdzielić, możesz już nigdy tu nie przychodzić, całą winę wezmę na siebie. Obiecuję.
- Dużo stawiasz, bym się rozebrał - zaśmiałem się żałośnie. Trochę się rozluźniłem, choć wciąż się bałem. Nie wiedziałem, w jakim stopniu jestem w stanie mu zaufać. Ile było prawdy, w tym, co mówił? Nie miałem dużego wyboru. Musiałem się rozebrać.
Ile razy już tak było? Zbyt wiele.
- Postawiłbym więcej, gdybym miał co - wyznał zakłopotany.
Odważyłem się na niego spojrzeć. On również wpatrywał się w nasze dłonie, tak jak ja robiłem to wcześniej. Wydawał się smutny z jakiegoś powodu. Uśmiechnąłem się delikatnie, rozczulony tym, jak otwarcie wyrażał teraz własne uczucia. Zwykle był zupełnie poważny. Jego emocje były tak sztuczne, że bez problemu mogłem to zauważyć nawet ja. Zabrałem dłoń, by spojrzał na moją twarz. Zrobił to.
- Desperat - mruknąłem, sięgając do gumki od dresów.
Shichiro westchnął z wyraźną ulgą. Wstał, otworzył drzwi. Tak, jak obiecał. Zdjąłem w tym czasie spodnie, złożyłem je w kostkę i położyłem obok siebie.
- Tylko nie komentuj tego, jak wyglądają moje nogi - oznajmiłem, siadając tak, jak wcześniej.
- Co bym miał komentować - mruknął, grzebiąc w szafce.
Wyciągnął buteleczkę z zapewne innym olejkiem. Usiadł bliżej mnie. Natarł ręce nieznanym mi jeszcze specyfikiem, dokładnie przyglądając się moim udom. Zmarszczył brwi, zapewne dostrzegając wszystkie paskudne blizny. A było ich naprawdę dużo. Wszystkie do tego wyglądały obrzydliwie. Były dość grube, szerokie i ciemne. Moja skóra nigdy nie goiła się za dobrze, a na pewno ciągłe zrywanie strupów jej nie pomagało. Sam się prosiłem o takie ślady.
Shichiro podsumował to jedynie westchnięciem. Nic nie powiedział. Po prostu dotknął opuszkami palców jednej z większych szram. Spiąłem się od razu. Byłem pewien, że myśli teraz, jak ohydne są. Może zastanawiał się, jak bardzo żałosny jestem, by robić sobie coś takiego.
Dopiero po dłuższej chwili, z wielkim wahaniem zaczął bardzo powoli masować moje uda.
- Nie przejmuj się, nie sądzę o tobie nic złego. To część ciebie - szepnął nagle, tak jakby czytał w moich myślach.
Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle. Zasłoniłem twarz dłońmi, pociągnąłem nosem.
- Nienawidzę ich tak bardzo - wyznałem cienkim głosem.
Zbierało mi się na płacz. Pierwszy raz od tak dawna komukolwiek pokazałem te blizny. Nikt inny o nich nie wiedział, bo nie musiał i nie powinien. Shichiro był pierwszą osobą oprócz rodziców. A do tego mnie nie odrzucił. Zaakceptował w takim stanie, w jakim jestem. Po raz pierwszy ktoś nie odniósł się do mnie z odrazą. Było to dla mnie niepojętne, prawie że bardziej przerażające od braku uznania ze strony innych. Nie znałem tego wcześniej.
- Nic się nie dzieje, wszystko będzie dobrze - mruknął Shichiro metodycznie, nagle dotykając mojego nadgarstka.
Odsunąłem się gwałtownie, ale nie tak daleko jak zwykle.
- Przepraszam - jęknąłem przez łzy.
- W porządku - odparł łagodnie, wracając do lekkiego masowania moich nóg. Powoli odpuszczał, przesuwając dłońmi w górę i w dół po moich udach. Dopiero teraz rozpoznałem znajomy zapach lawendy. Odetchnąłem głęboko. Shichiro zabrał dłonie.
- Starczy na dzisiaj. Dobrze się spisałeś - mruknął, wstając.
Wytarł ręce z olejku.
- Wetrzyj sobie żel w te świeże siniaki - dodał jeszcze, podchodząc do mnie. Okrył mnie czymś. Na chwilę zabrałem dłonie z twarzy. Miałem świadomość, że musiałem wyglądać strasznie. Na ramionach miałem bluzę. Ciepłą, czarną bluzę. Otuliłem się nią mocniej, czując jego zapach. Kojarzył mi się głównie z mieszanką olejku różanego i drogiej wody kolońskiej. Przymknąłem znów oczy, bezwstydnie chłonąc ten zapach.
- Zawieźć cię do domu? - zapytał Shichiro ostrożnie, odkładając na miejsce wszystkie butelki.
Nagle się ocknąłem i raptownie sięgnąłem po tubkę maści.
- Nie jesteś zajęty? - upewniłem się, zaczynając energicznie smarować kolano i łydki.
- Nie, już skończyłem raczej - odparł pewnie, po czym ziewnął przeciągle.
- Ale nie mieszkam w mieście, wiesz? - mruknąłem, odkładając żel z powrotem na kozetkę.
- Nie szkodzi - oznajmił stanowczo.
Przytaknąłem, wstając niepewnie. Moje nogi były jak z waty. Zachwiałem się lekko. Shichiro spojrzał na mnie wyraźnie zaniepokojony. Szybko ubrałem spodnie.
- W takim razie... Byłbym wdzięczny - oznajmiłem cicho.
Chłopak wydawał się wyraźnie zadowolony moją decyzją. Wziął za mnie torbę i od razu podążył do drzwi. Poszedłem za nim bez zastanowienia. Na hali było już cicho, zupełnie spokojnie. Dopiero teraz sprawdziłem telefon. Dawno minęła dwudziesta. Na szczęście mama jeszcze nie panikowała. Szybko napisałem jej wiadomość, że już wracam. Cały czas trzymałem się za Shichiro. Wyszliśmy na parking. Mimo, że był już maj, to noce nie należały do najcieplejszych. Szczelniej otuliłem się jego bluzą. Chłopak wyciągnął z kieszeni kluczyki od auta. Rozbłysły światła czarnego, matowego Porsche. Uniosłem brwi, szczerze zaskoczony.
Nie to, że byłem nieprzyzwyczajony do drogich aut. Moja mama woziła się pierwszej klasy Jeepem, a ojciec Mercedesem. Ale to była jeszcze wyższa półka.
- No, no - mruknąłem z uznaniem.
- Ja wiem - zaśmiał się Shichiro, otwierając mi drzwi.
Wsiadłem do środka ostrożnie, bo w porównaniu z terenówką, tu było piekielnie nisko. Wziąłem jeszcze swoją torbę na kolana. Po chwili Shichiro dołączył do mnie na fotelu kierowcy. Zapalił silnik. Usiadłem wygodniej w fotelu. Zacząłem nadrabiać wszystkie social media, podczas gdy on lawirował między samochodami na ulicach miasta. Kierowałem go z pamięci. Z radia leciała muzyka klasyczna. Ostatnia rzecz, o którą podejrzewałem wytatuowanego gościa będącego masażystą.
- Co? - zapytał nagle, gdy zauważył, że się na niego gapię.
- Nic, zastanawiałem się, dlaczego gustujesz w muzyce klasycznej - mruknąłem, odwracając wzrok w drugą stronę. Zacząłem przyglądać się szybko mijanym lampom, budynkom i samochodom.
- Nie spodziewałeś się hm? - westchnął, wymijając kolejne auto.
- W życiu - przyznałem, znów na niego zerkając.
Akurat uśmiechnął się pod nosem. Część grzywki zagarnął do tyłu, a część włosów opadała mu po bokach twarzy. Jedną rękę trzymał na kierownicy, drugą na drążku zmiany biegów. Podciągnięte rękawy bluzki. Materiał opięty na mocnych, rozbudowanych ramionach.
- Dużo masz tatuaży? - zapytałem nagle, teraz przyglądając się mu znów zupełnie otwarcie.
- Rękawy do przedramienia - odparł cicho, mocno przełykając ślinę.
- Super - szepnąłem, przenosząc wzrok na to, co przede mną.
Chciałem wyciągnąć szkicownik, podkulić nogi, a potem tu i teraz narysować jego twarz z profilu.
- Em, a czym ty się interesujesz w ogóle? - spytał Shichiro, by przerwać zapewne dość niezręczną z jego strony ciszę.
- Rysunkiem - odpowiedziałem krótko, zagryzając lekko dolną wargę.
Zwykle po tym następowała ekscytacja i pytania typu "długo już rysujesz?!" albo "narysujesz mi coś?!". Jednak on zdawał się nie być tym aż tak zaskoczony.
- Tylko rysujesz? Czy malujesz też? - zapytał dociekliwie.
- Maluję... Głównie akwarelą - odparłem zakłopotany, drapiąc się po karku lekko.
- Nieźle - stwierdził z uznaniem.
Uśmiechnąłem się nieznaczenie, za to pełen dumy. Szybko powiedziałem mu, który zjazd prowadzi do mojej wsi. Gdy tylko zjechaliśmy na gminną drogę, zapadła ciemność. Nie mogłem się mu już przyglądać tak dokładnie.
- Co za zadupie - stwierdził po chwili, skręcając w podaną ulicę.
- Wiem - westchnąłem z niezadowoleniem - Ale na ośrodek musi być dużo miejsca.
- Ośrodek?
- Mhm... Moja mama prowadzi ośrodek jeździecki - potwierdziłem, przymykając oczy.
Nagle poczułem się bardzo, bardzo senny. Pierwszy raz od kilku dni czułem, że zasnę, gdy tylko przyjadę do domu.
- Nic dziwnego, że jesteś takim burżujskim dzieciakiem - mruknął Shichiro.
Skrzywiłem się lekko.
- Żaden ze mnie burżuj w porównaniu do ciebie - odparłem.
Chłopak prychnął, przyspieszając na lepszym fragmencie drogi. Poprawiłem się w fotelu i przykryłem od przodu bluzą. Miałem ochotę się zdrzemnąć.
- Oi, nie zasypiaj - warknął Shichiro, dotykając mojego uda lekko.
Automatycznie odtrąciłem jego rękę.
- Nie stresuj mnie tak, nie zasnę - odparłem głośno, patrząc się na niego wrogo.
Wzruszył ramionami, zabierając dłoń powoli.
- Wyglądasz jakbyś miał zaraz się ułożyć do spania, ale dobra - mruknął.
- Nie zasnę w towarzystwie obcej mi osoby - szepnąłem, odwracając wzrok.
- W sumie spodziewałem się - westchnął.
Podałem mu kolejne instrukcje. Dojechaliśmy już do mojej wsi. Panowało nieznośne milczenie. Gryzłem dolną wargę niespokojnie, podczas, gdy Shichiro szybko wyrabiał kolejne zakręty drogi prowadzącej przez środek wsi. Gdy na jej krańcu ukazał się znak na ośrodek jeździecki, zwolnił od razu. Skręcił tam, rozglądając się z ciekawości. Pobocza drogi i białe, czyste płoty podświetlały małe lampki. Jechaliśmy wybrukowaną ulicą, która prowadziła lekko pod górę. Wskazałem mu na kutą, starą bramę.
- Tu możesz się zatrzymać - mruknąłem.
- A może, skoro już cię wiozę, to pod sam dom? - zapytał.
Słyszałem, że jest wkurzony. Nie wiedziałem tylko, dlaczego.
- No dobrze - szepnąłem - To i tak jest za tą bramą pod górę.
Pojechaliśmy tam, gdzie wskazałem. Minęliśmy aleję otoczoną dębami, by w końcu znaleźć się na podjeździe, który oddzielał mój dom od ogromnego parkuru. Shichiro zatrzymał Porsche gwałtownie na środku asfaltowej drogi. Poleciałem do przodu, a pasy bezpieczeństwa wbiły mi się w poobijane żebra. Cmoknąłem z niezadowoleniem i zerknąłem na chłopaka z ukosa.
- No co? - mruknął, patrząc się na mnie.
Odpiąłem pasy, a potem szybko podniosłem skrawek koszuli, odkrywając ogromnego, fioletowego sińca rozlanego po moim lewym boku. Odwrócił wzrok od razu, marszcząc brwi. Wydawało mi się, że widzę u niego odrazę. Otworzyłem drzwi raptownie i wysiadłem od razu. Wziąłem swoje torby.
- Przepraszam za kłopot - szepnąłem, obejmując się rękoma w pasie.
Shichiro pokręcił głową wolno.
- Widzimy się jutro - oznajmił cicho, a jednak stanowczo.
- Mhm - odpowiedziałem, patrząc się w dal.
Szybkim ruchem zamknąłem drzwi. Bez żadnego pożegnania. Przeszedłem przed maską auta i od razu ruszyłem do domu. Dopiero gdy zatrzasnąłem za sobą drzwi, usłyszałem jak Shichiro rusza. Po krótkiej chwili przestałem słyszeć ryk silnika. Westchnąłem cicho, ściągając buty w przedpokoju.
- Jestem - powiedziałem markotnie.
Wszedłem do salonu, jak zazwyczaj. Mama siedziała na kanapie, rozłożona z toną papierów i laptopem. Tata siedział na fotelu przy kominku. Obserwował mnie znad grubego tomiszcza. Pewnie znów studiował historyczne konteksty do swojej mangi.
- Kto cię podwoził? - zapytał, wyraźnie zaciekawiony i odrobinę zaskoczony, tym, że mam znajomych.
- Em... Kolega z lodowiska - odparłem wymijająco.
Ciężko byłoby tłumaczyć, kim dokładnie jest Shichiro. W sumie sam nie wiedziałem i nie chciałem się nad tym zastanawiać. Obawiałem się, co mogłoby wyniknąć z takich rozmyślań.
- Dużo starszy? - mama wydawała się z kolei bardzo podejrzliwa.
- Cztery lata...- powiedziałem niepewnie. Rzuciłem torbę w kąt, a potem skierowałem się do kuchni.
- Masz hummus w lodówce - oznajmiła matka głośno - Poza tym, nie sądzisz, że to niebezpieczne, jeździć z kimś tak młodym?
Wyciągnąłem pudełko z pastą o orzechowym kolorze. Patrzyłem się przez dłuższy czas na pojemnik, wspominając przyjemne uczucie wciskania w fotel, gdy Shichiro wymijał auta na ulicach.
- Czy ja wiem... On dobrze jeździ - westchnąłem, sięgając po kilka kromek chleba.
Może nie był to najlepszy dodatek do hummusu, ale nie miałem ochoty bardziej się wysilać przy posiłku.
- Mhm... Wolałabym, żebyś z nim nie jeździł - mruknęła mama, znów skupiając swoją uwagę na dokumentach.
Tata zlustrował mnie chłodnym wzrokiem i wzruszył ramionami. Wrócił do lektury, nie komentując tej sprawy. Ale wiedziałem, że jemu też nie podoba się ten pomysł.
Prychnąłem cicho i poszedłem do pokoju.
Nie byłem na nich szczególnie zły... Po prostu nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo im się nie spodobało to, że ktoś mnie odwiózł. Postawiłem plastikowe pudełko na wolnym kawałku biurka. Pobieżnie rozejrzałem się po całym pokoju. Pod ścianą stały czyste podobrazia, na sztaludze znajdował się zaczęty obraz. Szafki były zapełnione czystymi i brudnymi pędzlami. Między nimi wciśnięte książki, nieużywane kredki, szkatułki z farbami. Łóżko jak zwykle było niepościelone, za to zarzucone pustymi butelkami po wodzie, opakowaniami po lekach i bliżej niezidentyfikowanymi, zmiętymi papierami. Biurko pokrywały szkicowniki, bloki do rysowania, bądź malowania, ołówki, akwarele, modele, szkice, rysunki, puste kubki. Podłogę zawalały ubrania, kolejne książki, zeszyty. Mój artystyczny nieład. Najbardziej wyrazista oznaka, że już długo nie spałem. Usiadłem na obrotowym, wygodnym krześle. Przeciągnąłem się z jękiem. Zacząłem strzelać każdym palcem po kolej, przyglądając się wstępnemu szkicowi, który widniał na kartce wprost przede mną. Twarz. Nawet z tak niechlujnych bazgrołów wiedziałem, do kogo należy. Z resztą nie trudno było zgadnąć, patrząc na resztę moich gryzmołów z ostatniego tygodnia. Przesunąłem palcem po kartce, rozmazując węgiel, którym zostało naszkicowane oblicze.
- Nakajima Shichiro, hm? - mruknąłem z zastanowieniem.
Nie wiedziałem jak go oceniać. Nie chciałem mu ufać, ale nie potrafiłem się od niego odciąć. Wydawał się dziwny. Porywczy, zmienny. Był jednym, wielkim kontrastem. Z wyglądu, ubioru, stylu bycia i zachowania. Był też tajemnicą. Wiedziałem, że coś ukrywa. Musiał coś kryć, skoro tak ochoczo mi pomagał.

Ludzie zawsze mają swój własny samolubny cel w "pomocy" innym. Z nim na pewno nie było inaczej. Zgniotłem kartkę i cisnąłem ją za siebie. Szybko sięgnąłem po ołówek, kreśląc ostry profil Shichiro na czystym arkuszu. Cokolwiek nie stało za jego zachowaniem, chciałem nawinie wierzyć, że... Że mi pomoże. Że choć raz ktoś zostanie przy mnie, nieważne co się stanie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X