Shichiro podciągnął moje spodnie
trochę wyżej, tak by zostało odsłonięte pół uda.
- Starczy - powiedziałem stanowczo,
łapiąc nogawki i przyciskając je do nóg.
- Hm... Uznajmy, że na początek
starczy - zgodził się chłopak, nacierając ręce olejkiem.
Dzisiaj robił to z niesamowitym
zapałem. Pewnie zaczął od masowania moich kostek. Odetchnąłem
cicho, kładąc jedną dłoń na karku. Czułem się trochę winny,
że od dwóch tygodni ciągle robimy to samo. Jedynym sukcesem było
to, że nie obawiałem się, gdy Shichiro dotyka moich kostek. Nic
więcej. Żałosny wynik jak na czternaście dni pracy.
No dobrze, wyolbrzymiam. Dwanaście.
- Jakie olejki tolerujesz? - zapytał
po dłuższej chwili.
- Co? - mruknąłem, wyrwany z własnych
myśli.
- No bo się zastanawiałem - zaczął
ostrożnie - Czy może nie lepiej spróbować z innymi olejkami...
Nie wiem, lawendowym, cedrowym albo może z melisy... Rozumiesz, o co
mi chodzi, nie?
Przekrzywiłem głowę, przyglądając
się mu otwarcie.
- Lawendowy jest całkiem okej. Czasami
pomaga mi zasnąć - stwierdziłem beznamiętnie.
Shichiro pokiwał głową lekko,
przesuwając ręce w stronę mojego kolana. Gdy nacisnął na dużego
siniaka, syknąłem z bólu. Nie skomentował. Spojrzał na mnie
przelotnie i sięgnął za siebie po jakąś tubkę. Rzucił ją na
kozetkę tuż obok mnie. Maść na stłuczenia, oczywiście.
Zgrabnie omijając sińca, dalej
pracował nad moim kolanem. Przyglądałem się jego palcom z
zaciekawieniem. Z sesji na sesję zaczynałem dostrzegać coraz to
nowe szczegóły. Nie były one istotne, ale wydawały mi się
niesamowicie piękne. Uroczy pieprzyk między środkowym a serdecznym
palcem prawej dłoni, ostro odcięte tatuaże wystające spod
podciągniętych rękawów, mocne mięśnie ramion. Mógłbym czuć
się przy nim bezpiecznie, gdybym tylko chciał. Ale był to bardzo
zły pomysł. Tak natarczywa obserwacja to już było zbyt dużo.
- Coś się stało? - zapytał, nawet
na mnie nie spoglądając.
Nadal był skupiony na swoim zajęciu,
dokładnie przyglądał się mojemu kolanu.
- Nie, dlaczego? - westchnąłem cicho,
odwracając wzrok od niego.
- Nie wiem... Tak się gapisz - odparł.
Chyba przez chwilę na mnie zerknął.
A ja się zarumieniłem.
- Gapię się, bo interesuje mnie, co
robisz! - odparłem stanowczo, zasłaniając twarz.
Shichiro zaśmiał się lekko.
- Oczywiście - mruknął, przesuwając
ręce na udo.
Zachłysnąłem się powietrzem, po
czym zagryzłem wargę.
- Udo się niczym nie różni -
westchnął, dotykając mojej nogi już samymi palcami.
- Jest wyżej, to wystarczy -
prychnąłem.
Chłopak cmoknął, niezadowolony.
Zmarszczył brwi jakby naszła go jakaś myśl.
- Ściągnij spodnie - powiedział
nagle, wstając.
- Co? - zapytałem, zaskoczony.
- Terapia szokowa - oznajmił
stanowczo, wycierając ręce.
Celnie trafił do kosza ręcznikiem.
Podszedł do drzwi. Zamknął je na klucz, który następnie schował
do kieszeni.
- Otwórz te drzwi - szepnąłem od
razu. Jednocześnie cofnąłem się do tyłu aż pod ścianę.
Nie wiedziałem, co go ugryzło.
Właśnie wtedy, gdy zaczynałem się do niego przekonywać.
- Ściągniesz spodnie, a otworzę -
odparł pewnie, podchodząc do mnie.
- Nie, otworzysz teraz -
odpowiedziałem, twardo trzymając się swojej racji.
- Ściągniesz je sam albo ja ci
ściągnę i będzie jeszcze mniej ciekawie - zagroził.
Pisnąłem. Nie cicho, a wręcz
przeciwnie. Przycisnąłem nogi do siebie.
- Dlaczego? - wydusiłem z siebie,
zaciskając powieki tak mocno, jak tylko mogłem.
- Bo od dwóch tygodni pieprzymy się z
tym samym. Nie mam aż tyle cierpliwości, Kazuta. Myślałem, że
zdążyłeś się już przekonać, że nic ci, do cholery, nie zrobię
- warknął, zbliżając się do mnie jeszcze bardziej. Odruchowo
zasłoniłem twarz.
- Już byłem tak blisko - szepnąłem.
- To jaką różnicę zrobi ci
ściągnięcie spodni? Mi będzie łatwiej, a tobie to nic nie robi -
powiedział cicho, opierając się kolanami o brzeg kozetki. Jego
ręce spoczęły po bokach moich nóg. Wcisnąłem się jeszcze
mocniej w ścianę. Czułem w gardle ten nieprzyjemny ucisk strachu.
Serce waliło jak oszalałe, a do oczu mimowolnie napływały łzy.
Moje ciało było przygotowane na to, co zwykle dzieje się w takich
sytuacjach.
- Skąd możesz być pewien, że mi to
nic nie robi? - prychnąłem.
- A co ci robi? - zapytał z naciskiem.
- Czy już zapomniałeś, że jestem
regularnie molestowany przez licealistów? Że dwa razy mnie, cholera
jasna, zgwałcili? - syknąłem, przyciskając nogi do klatki
piersiowej.
Przez chwilę Shichiro gapił się na
mnie tak, jakby stracił rezon. Nie wiedział, co odpowiedzieć?
Odpuścił?
- Zaufaj mi - szepnął w końcu - Nie
wrzucaj mnie do tego samego wora, co ich wszystkich.
Spojrzałem na niego przez chwilę, a
potem odwróciłem wzrok ponownie. Pokręciłem głową stanowczo.
- To nie jest tak, że powiesz i nagle
wszystko jest pięknie. To nie działa w ten sposób.
Przełknąłem ślinę
głośno, patrząc na niego niepewnie. Przyglądał mi się chłodno.
Po chwili wyciągnął do mnie rękę. Odtrąciłem ją od razu,
jednocześnie zasłaniając usta wolną dłonią. Zaczynało mnie
mdlić od tak silnej presji. Shichiro zdecydował położyć jeden
palec na moim kolanie i powoli przesunąć go do góry. Zamknąłem
oczy, czekając aż pójdzie dalej. Aż zdejmie mi te cholerne dresy,
a potem zrobi mi krzywdę jak każdy. Zatrzymał się tam, gdzie
kończyła się nogawka.
- I nic więcej ci nie
zrobię, zaufaj mi. Nie chcę cię w żaden sposób skrzywdzić,
celowo czy przypadkowo. Tylko dlatego proszę cię, byś zdjął
spodnie. Nie chcę, znowu przez przypadek nacisnąć ci na jakiś
krwiak czy ranę, okej? - powiedział miękkim głosem, delikatnie
łapiąc materiał spodni i za niego ciągnąc.
Złapałem za ubranie tuż
obok miejsca, w którym on je trzymał. Patrzyłem na nasze dłonie
przez chwilę.
- Tylko tyle? - upewniłem
się, porównując nasze ręce. Jego były mocne, dające
bezpieczeństwo. Moje delikatne, prawie damskie. Typowo.
- Tylko tyle. Zrobię coś
więcej, możesz mnie zdzielić, możesz już nigdy tu nie
przychodzić, całą winę wezmę na siebie. Obiecuję.
- Dużo stawiasz, bym się
rozebrał - zaśmiałem się żałośnie. Trochę się rozluźniłem,
choć wciąż się bałem. Nie wiedziałem, w jakim stopniu jestem w
stanie mu zaufać. Ile było prawdy, w tym, co mówił? Nie miałem
dużego wyboru. Musiałem się rozebrać.
Ile razy już tak było?
Zbyt wiele.
- Postawiłbym więcej,
gdybym miał co - wyznał zakłopotany.
Odważyłem się na niego
spojrzeć. On również wpatrywał się w nasze dłonie, tak jak ja
robiłem to wcześniej. Wydawał się smutny z jakiegoś powodu.
Uśmiechnąłem się delikatnie, rozczulony tym, jak otwarcie wyrażał
teraz własne uczucia. Zwykle był zupełnie poważny. Jego emocje
były tak sztuczne, że bez problemu mogłem to zauważyć nawet ja.
Zabrałem dłoń, by spojrzał na moją twarz. Zrobił to.
- Desperat - mruknąłem,
sięgając do gumki od dresów.
Shichiro westchnął z
wyraźną ulgą. Wstał, otworzył drzwi. Tak, jak obiecał. Zdjąłem
w tym czasie spodnie, złożyłem je w kostkę i położyłem obok
siebie.
- Tylko nie komentuj tego,
jak wyglądają moje nogi - oznajmiłem, siadając tak, jak
wcześniej.
- Co bym miał komentować -
mruknął, grzebiąc w szafce.
Wyciągnął buteleczkę z
zapewne innym olejkiem. Usiadł bliżej mnie. Natarł ręce nieznanym
mi jeszcze specyfikiem, dokładnie przyglądając się moim udom.
Zmarszczył brwi, zapewne dostrzegając wszystkie paskudne blizny. A
było ich naprawdę dużo. Wszystkie do tego wyglądały obrzydliwie.
Były dość grube, szerokie i ciemne. Moja skóra nigdy nie goiła
się za dobrze, a na pewno ciągłe zrywanie strupów jej nie
pomagało. Sam się prosiłem o takie ślady.
Shichiro podsumował to
jedynie westchnięciem. Nic nie powiedział. Po prostu dotknął
opuszkami palców jednej z większych szram. Spiąłem się od razu.
Byłem pewien, że myśli teraz, jak ohydne są. Może zastanawiał
się, jak bardzo żałosny jestem, by robić sobie coś takiego.
Dopiero po dłuższej
chwili, z wielkim wahaniem zaczął bardzo powoli masować moje uda.
- Nie przejmuj się, nie
sądzę o tobie nic złego. To część ciebie - szepnął nagle, tak
jakby czytał w moich myślach.
Otworzyłem usta, by coś
powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle. Zasłoniłem twarz
dłońmi, pociągnąłem nosem.
- Nienawidzę ich tak bardzo
- wyznałem cienkim głosem.
Zbierało mi się na płacz.
Pierwszy raz od tak dawna komukolwiek pokazałem te blizny. Nikt inny
o nich nie wiedział, bo nie musiał i nie powinien. Shichiro był
pierwszą osobą oprócz rodziców. A do tego mnie nie odrzucił.
Zaakceptował w takim stanie, w jakim jestem. Po raz pierwszy ktoś
nie odniósł się do mnie z odrazą. Było to dla mnie niepojętne,
prawie że bardziej przerażające od braku uznania ze strony innych.
Nie znałem tego wcześniej.
- Nic się nie dzieje,
wszystko będzie dobrze - mruknął Shichiro metodycznie, nagle
dotykając mojego nadgarstka.
Odsunąłem się gwałtownie,
ale nie tak daleko jak zwykle.
- Przepraszam - jęknąłem
przez łzy.
- W porządku - odparł
łagodnie, wracając do lekkiego masowania moich nóg. Powoli
odpuszczał, przesuwając dłońmi w górę i w dół po moich udach.
Dopiero teraz rozpoznałem znajomy zapach lawendy. Odetchnąłem
głęboko. Shichiro zabrał dłonie.
- Starczy na dzisiaj. Dobrze
się spisałeś - mruknął, wstając.
Wytarł ręce z olejku.
- Wetrzyj sobie żel w te
świeże siniaki - dodał jeszcze, podchodząc do mnie. Okrył mnie
czymś. Na chwilę zabrałem dłonie z twarzy. Miałem świadomość,
że musiałem wyglądać strasznie. Na ramionach miałem bluzę.
Ciepłą, czarną bluzę. Otuliłem się nią mocniej, czując jego
zapach. Kojarzył mi się głównie z mieszanką olejku różanego i
drogiej wody kolońskiej. Przymknąłem znów oczy, bezwstydnie
chłonąc ten zapach.
- Zawieźć cię do domu? -
zapytał Shichiro ostrożnie, odkładając na miejsce wszystkie
butelki.
Nagle się ocknąłem i
raptownie sięgnąłem po tubkę maści.
- Nie jesteś zajęty? -
upewniłem się, zaczynając energicznie smarować kolano i łydki.
- Nie, już skończyłem
raczej - odparł pewnie, po czym ziewnął przeciągle.
- Ale nie mieszkam w
mieście, wiesz? - mruknąłem, odkładając żel z powrotem na
kozetkę.
- Nie szkodzi - oznajmił
stanowczo.
Przytaknąłem, wstając
niepewnie. Moje nogi były jak z waty. Zachwiałem się lekko.
Shichiro spojrzał na mnie wyraźnie zaniepokojony. Szybko ubrałem
spodnie.
- W takim razie... Byłbym
wdzięczny - oznajmiłem cicho.
Chłopak wydawał się
wyraźnie zadowolony moją decyzją. Wziął za mnie torbę i od razu
podążył do drzwi. Poszedłem za nim bez zastanowienia. Na hali
było już cicho, zupełnie spokojnie. Dopiero teraz sprawdziłem
telefon. Dawno minęła dwudziesta. Na szczęście mama jeszcze nie
panikowała. Szybko napisałem jej wiadomość, że już wracam. Cały
czas trzymałem się za Shichiro. Wyszliśmy na parking. Mimo, że
był już maj, to noce nie należały do najcieplejszych. Szczelniej
otuliłem się jego bluzą. Chłopak wyciągnął z kieszeni kluczyki
od auta. Rozbłysły światła czarnego, matowego Porsche. Uniosłem
brwi, szczerze zaskoczony.
Nie to, że byłem
nieprzyzwyczajony do drogich aut. Moja mama woziła się pierwszej
klasy Jeepem, a ojciec Mercedesem. Ale to była jeszcze wyższa
półka.
- No, no - mruknąłem z
uznaniem.
- Ja wiem - zaśmiał się
Shichiro, otwierając mi drzwi.
Wsiadłem do środka ostrożnie, bo w porównaniu z terenówką, tu
było piekielnie nisko. Wziąłem jeszcze swoją torbę na kolana. Po
chwili Shichiro dołączył do mnie na fotelu kierowcy. Zapalił
silnik. Usiadłem wygodniej w fotelu. Zacząłem nadrabiać wszystkie
social media, podczas gdy on lawirował między samochodami na
ulicach miasta. Kierowałem go z pamięci. Z radia leciała muzyka
klasyczna. Ostatnia rzecz, o którą podejrzewałem wytatuowanego
gościa będącego masażystą.
- Co? -
zapytał nagle, gdy zauważył, że się na niego gapię.
- Nic,
zastanawiałem się, dlaczego gustujesz w muzyce klasycznej -
mruknąłem, odwracając wzrok w drugą stronę. Zacząłem
przyglądać się szybko mijanym lampom, budynkom i samochodom.
- Nie
spodziewałeś się hm? - westchnął, wymijając kolejne auto.
- W
życiu - przyznałem, znów na niego zerkając.
Akurat
uśmiechnął się pod nosem. Część grzywki zagarnął do tyłu, a
część włosów opadała mu po bokach twarzy. Jedną rękę trzymał
na kierownicy, drugą na drążku zmiany biegów. Podciągnięte
rękawy bluzki. Materiał opięty na mocnych, rozbudowanych
ramionach.
- Dużo
masz tatuaży? - zapytałem nagle, teraz przyglądając się mu znów
zupełnie otwarcie.
-
Rękawy do przedramienia - odparł cicho, mocno przełykając ślinę.
- Super
- szepnąłem, przenosząc wzrok na to, co przede mną.
Chciałem
wyciągnąć szkicownik, podkulić nogi, a potem tu i teraz narysować
jego twarz z profilu.
- Em, a
czym ty się interesujesz w ogóle? - spytał Shichiro, by przerwać
zapewne dość niezręczną z jego strony ciszę.
-
Rysunkiem - odpowiedziałem krótko, zagryzając lekko dolną wargę.
Zwykle
po tym następowała ekscytacja i pytania typu "długo już
rysujesz?!" albo "narysujesz mi coś?!". Jednak on
zdawał się nie być tym aż tak zaskoczony.
- Tylko
rysujesz? Czy malujesz też? - zapytał dociekliwie.
-
Maluję... Głównie akwarelą - odparłem zakłopotany, drapiąc się
po karku lekko.
-
Nieźle - stwierdził z uznaniem.
Uśmiechnąłem
się nieznaczenie, za to pełen dumy. Szybko powiedziałem mu, który
zjazd prowadzi do mojej wsi. Gdy tylko zjechaliśmy na gminną drogę,
zapadła ciemność. Nie mogłem się mu już przyglądać tak
dokładnie.
- Co za
zadupie - stwierdził po chwili, skręcając w podaną ulicę.
- Wiem
- westchnąłem z niezadowoleniem - Ale na ośrodek musi być dużo
miejsca.
-
Ośrodek?
-
Mhm... Moja mama prowadzi ośrodek jeździecki - potwierdziłem,
przymykając oczy.
Nagle
poczułem się bardzo, bardzo senny. Pierwszy raz od kilku dni
czułem, że zasnę, gdy tylko przyjadę do domu.
- Nic
dziwnego, że jesteś takim burżujskim dzieciakiem - mruknął
Shichiro.
Skrzywiłem
się lekko.
- Żaden
ze mnie burżuj w porównaniu do ciebie - odparłem.
Chłopak
prychnął, przyspieszając na lepszym fragmencie drogi. Poprawiłem
się w fotelu i przykryłem od przodu bluzą. Miałem ochotę się
zdrzemnąć.
- Oi,
nie zasypiaj - warknął Shichiro, dotykając mojego uda lekko.
Automatycznie
odtrąciłem jego rękę.
- Nie
stresuj mnie tak, nie zasnę - odparłem głośno, patrząc się na
niego wrogo.
Wzruszył
ramionami, zabierając dłoń powoli.
-
Wyglądasz jakbyś miał zaraz się ułożyć do spania, ale dobra -
mruknął.
- Nie
zasnę w towarzystwie obcej mi osoby - szepnąłem, odwracając
wzrok.
- W
sumie spodziewałem się - westchnął.
Podałem
mu kolejne instrukcje. Dojechaliśmy już do mojej wsi. Panowało
nieznośne milczenie. Gryzłem dolną wargę niespokojnie, podczas,
gdy Shichiro szybko wyrabiał kolejne zakręty drogi prowadzącej
przez środek wsi. Gdy na jej krańcu ukazał się znak na ośrodek
jeździecki, zwolnił od razu. Skręcił tam, rozglądając się z
ciekawości. Pobocza drogi i białe, czyste płoty podświetlały
małe lampki. Jechaliśmy wybrukowaną ulicą, która prowadziła
lekko pod górę. Wskazałem mu na kutą, starą bramę.
- Tu
możesz się zatrzymać - mruknąłem.
- A
może, skoro już cię wiozę, to pod sam dom? - zapytał.
Słyszałem,
że jest wkurzony. Nie wiedziałem tylko, dlaczego.
- No
dobrze - szepnąłem - To i tak jest za tą bramą pod górę.
Pojechaliśmy
tam, gdzie wskazałem. Minęliśmy aleję otoczoną dębami, by w
końcu znaleźć się na podjeździe, który oddzielał mój dom od
ogromnego parkuru. Shichiro zatrzymał Porsche gwałtownie na środku
asfaltowej drogi. Poleciałem do przodu, a pasy bezpieczeństwa wbiły
mi się w poobijane żebra. Cmoknąłem z niezadowoleniem i zerknąłem
na chłopaka z ukosa.
- No
co? - mruknął, patrząc się na mnie.
Odpiąłem
pasy, a potem szybko podniosłem skrawek koszuli, odkrywając
ogromnego, fioletowego sińca rozlanego po moim lewym boku. Odwrócił
wzrok od razu, marszcząc brwi. Wydawało mi się, że widzę u niego
odrazę. Otworzyłem drzwi raptownie i wysiadłem od razu. Wziąłem
swoje torby.
-
Przepraszam za kłopot - szepnąłem, obejmując się rękoma w
pasie.
Shichiro
pokręcił głową wolno.
-
Widzimy się jutro - oznajmił cicho, a jednak stanowczo.
- Mhm -
odpowiedziałem, patrząc się w dal.
Szybkim
ruchem zamknąłem drzwi. Bez żadnego pożegnania. Przeszedłem
przed maską auta i od razu ruszyłem do domu. Dopiero gdy
zatrzasnąłem za sobą drzwi, usłyszałem jak Shichiro rusza. Po
krótkiej chwili przestałem słyszeć ryk silnika. Westchnąłem
cicho, ściągając buty w przedpokoju.
-
Jestem - powiedziałem markotnie.
Wszedłem
do salonu, jak zazwyczaj. Mama siedziała na kanapie, rozłożona z
toną papierów i laptopem. Tata siedział na fotelu przy kominku.
Obserwował mnie znad grubego tomiszcza. Pewnie znów studiował
historyczne konteksty do swojej mangi.
- Kto
cię podwoził? - zapytał, wyraźnie zaciekawiony i odrobinę
zaskoczony, tym, że mam znajomych.
- Em...
Kolega z lodowiska - odparłem wymijająco.
Ciężko
byłoby tłumaczyć, kim dokładnie jest Shichiro. W sumie sam nie
wiedziałem i nie chciałem się nad tym zastanawiać. Obawiałem
się, co mogłoby wyniknąć z takich rozmyślań.
- Dużo
starszy? - mama wydawała się z kolei bardzo podejrzliwa.
-
Cztery lata...- powiedziałem niepewnie. Rzuciłem torbę w kąt, a
potem skierowałem się do kuchni.
- Masz
hummus w lodówce - oznajmiła matka głośno - Poza tym, nie
sądzisz, że to niebezpieczne, jeździć z kimś tak młodym?
Wyciągnąłem
pudełko z pastą o orzechowym kolorze. Patrzyłem się przez dłuższy
czas na pojemnik, wspominając przyjemne uczucie wciskania w fotel,
gdy Shichiro wymijał auta na ulicach.
- Czy
ja wiem... On dobrze jeździ - westchnąłem, sięgając po kilka
kromek chleba.
Może
nie był to najlepszy dodatek do hummusu, ale nie miałem ochoty
bardziej się wysilać przy posiłku.
-
Mhm... Wolałabym, żebyś z nim nie jeździł - mruknęła mama,
znów skupiając swoją uwagę na dokumentach.
Tata
zlustrował mnie chłodnym wzrokiem i wzruszył ramionami. Wrócił
do lektury, nie komentując tej sprawy. Ale wiedziałem, że jemu też
nie podoba się ten pomysł.
Prychnąłem
cicho i poszedłem do pokoju.
Nie
byłem na nich szczególnie zły... Po prostu nie rozumiałem,
dlaczego tak bardzo im się nie spodobało to, że ktoś mnie
odwiózł. Postawiłem plastikowe pudełko na wolnym kawałku biurka.
Pobieżnie rozejrzałem się po całym pokoju. Pod ścianą stały
czyste podobrazia, na sztaludze znajdował się zaczęty obraz.
Szafki były zapełnione czystymi i brudnymi pędzlami. Między nimi
wciśnięte książki, nieużywane kredki, szkatułki z farbami.
Łóżko jak zwykle było niepościelone, za to zarzucone pustymi
butelkami po wodzie, opakowaniami po lekach i bliżej
niezidentyfikowanymi, zmiętymi papierami. Biurko pokrywały
szkicowniki, bloki do rysowania, bądź malowania, ołówki,
akwarele, modele, szkice, rysunki, puste kubki. Podłogę zawalały
ubrania, kolejne książki, zeszyty. Mój artystyczny nieład.
Najbardziej wyrazista oznaka, że już długo nie spałem. Usiadłem
na obrotowym, wygodnym krześle. Przeciągnąłem się z jękiem.
Zacząłem strzelać każdym palcem po kolej, przyglądając się
wstępnemu szkicowi, który widniał na kartce wprost przede mną.
Twarz. Nawet z tak niechlujnych bazgrołów wiedziałem, do kogo
należy. Z resztą nie trudno było zgadnąć, patrząc na resztę
moich gryzmołów z ostatniego tygodnia. Przesunąłem palcem po
kartce, rozmazując węgiel, którym zostało naszkicowane oblicze.
-
Nakajima Shichiro, hm? - mruknąłem z zastanowieniem.
Nie
wiedziałem jak go oceniać. Nie chciałem mu ufać, ale nie
potrafiłem się od niego odciąć. Wydawał się dziwny. Porywczy,
zmienny. Był jednym, wielkim kontrastem. Z wyglądu, ubioru, stylu
bycia i zachowania. Był też tajemnicą. Wiedziałem, że coś
ukrywa. Musiał coś kryć, skoro tak ochoczo mi pomagał.
Ludzie
zawsze mają swój własny samolubny cel w "pomocy" innym.
Z nim na pewno nie było inaczej. Zgniotłem kartkę i cisnąłem ją
za siebie. Szybko sięgnąłem po ołówek, kreśląc ostry profil
Shichiro na czystym arkuszu. Cokolwiek nie stało za jego
zachowaniem, chciałem nawinie wierzyć, że... Że mi pomoże. Że
choć raz ktoś zostanie przy mnie, nieważne co się stanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz