niedziela, 29 stycznia 2017

Druga historia

Muszę przyznać, że sezon zupełnie zawaliłem. Zawody kończyłem średnio na piątym miejscu, co jak na mnie było fatalnym wynikiem. Z resztą nie tylko ja byłem zawiedziony. Rodzice, trener i wszyscy inni również. Po finale Mistrzostw Świata zostałem wysłany na przerwę, która potrwała dwa tygodnie, choć w założeniu miał być to miesiąc. Gdy wtedy pojawiłem się na hali, nikt nie wydawał się być zadowolony moją obecnością. Dlaczego nie byłem tym szczególnie zdziwiony, że wszyscy patrzyli się na mnie z odrazą i niechęcią? Z dumnie podniesioną głową podszedłem do trenera, który stał przy bandzie lodowiska w typowej dla siebie pozie.
- Nie wydaje mi się, że minął już miesiąc - stwierdził chłodno.
- Dwa tygodnie - przyznałem mu rację.
- Więc co tu robisz?
- Chciałbym już wrócić do treningów - oznajmiłem stanowczo, patrząc się w oczy trenera.
Były bardzo podobne do oczu Shichiro, ale może tak mi się tylko zdawało.
- Chciałbyś wrócić do treningów czy zajmować miejsce na lodowisku i przeszkadzać innym? - zapytał trener, przyglądając się mi dokładnie.
- Chciałbym wrócić do treningów - potwierdziłem.
Mężczyzna westchnął ciężko, jakby wewnętrznie się ze sobą bił.
- Słuchaj Kazuta... Szczerze nie widzę sensu, byś w swoim stanie był zdatny do czegokolwiek sensownego. Więcej przeszkadzasz niż robisz - wyznał w końcu.
- Słucham? - zapytałem, nie wierząc w to, co słyszę.
- Zapewne wydaje ci się, że jesteś nie wiadomo jaką gwiazdą tutaj, ale to nieprawda. Zwłaszcza w tym sezonie. Bardziej zawadzasz innym, niż cokolwiek robisz. Zaczynam wątpić, czy się w ogóle nadajesz do tego, co robisz. A do tego jeszcze nie współpracujesz. Więc...
Przestałem słuchać. Patrzyłem się tępo w to, co działo się za nim. Na ludzi, którym coś wychodziło. Na ludzi, którzy się nadają. Nie przeszkadzają. Nie są mną. Nie gwiazdorzą, nie stawiają się i osiągają sukcesy. Słowa trenera były nagłe i niespodziewane. Tak samo szybko poczułem się zupełnie beznadziejnie. Mogłem tylko pluć sobie w brodę, że tu przyszedłem. Choć za dwa tygodnie zapewne usłyszałbym to samo. Również zostałbym poniżony na oczach wszystkich. Widziałbym szydercze uśmiechy ludzi. Zależało im na tym, bym stąd zniknął. W końcu jedynie przeszkadzałem.
- Przesadzasz, tato - nagle usłyszałem znajomy głos.
Tylko jego mi brakowało... Chwila, jak to tato? Czyli oni jednak są rodziną?
- Mówię prawdę po prostu - stwierdził trener.
Zwróciłem wzrok w stronę Shichiro, który właśnie przyszedł od strony korytarza.
- Prawdę, która jest wygodna dla ciebie - oznajmił, stając blisko mnie.
Odsunąłem się o krok, niechętny takiej bliskości.
- Co przez to sugerujesz? - zapytał trener, marszcząc brwi w konsternacji.
- Że robisz użytek tylko z ludzi, którzy są posłuszni i z odkrytym potencjałem. A nie potrafisz z nikogo wyciągnąć, co najlepsze. Tych z jakimikolwiek możliwościami po prostu gnoisz i niszczysz. Nie widzisz tego? - Shichiro powiedział to przez zaciśnięte zęby.
Wiedziałem, że nie było to w odniesieniu do mnie. Bo ja nie miałem żadnych możliwości. Byłem płytki i niedorobiony. Od zawsze. Trener zaśmiał się krótko i z pogardą.
- To może sam zajmiesz się jego treningiem, co? Albo chociaż zrobisz to, o co cię prosiłem na początku sezonu - odpowiedział po chwili.
Shichiro spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
- Jako trener się nie nadaję, bo przypomnę ci, że jeździłem tylko w parze i to stosunkowo krótko, przez kogoś. Ale to, co kazałeś mi zrobić... Zobaczymy - odparł, szybko gryząc swoją wargę.
- Nie zobaczymy, a zrobisz to. I zaczniesz jeszcze dzisiaj. Skoro tak bronisz Kazuty - uparł się trener.
Patrzyłem to na jednego, to na drugiego. Nie wiedziałem, co o tej konwersacji sądzić.
- Dobra - prychnął Shichiro, łapiąc mnie za nadgarstek.
Spojrzałem na niego od razu, próbując się wyrwać z jego uścisku.
- Chodź - warknął do mnie, ciągnąc mnie na korytarz.
Poszedłem za nim, choć cały czas się opierałem.
- Puść mnie w końcu! - krzyknąłem w połowie przejścia do gabinetów, które znajdowały się na górze.
Shichiro zatrzymał się i spojrzał na mnie przez ramię. Po raz kolejny próbowałem wyrwać rękę. Znowu bezskutecznie.
- Proszę - dodałem po chwili, nie ukrywając drżącego głosu.
Chłopak w końcu wypuścił mój nadgarstek, znowu mrużąc oczy.
- Ale chodź ze mną. Nie zrobię wiele więcej niż wtedy - powiedział, ruszając dalej.
Po chwili wahania, poszedłem za nim, ściskając pasek od torby mocno. Zagryzłem wargę, spuszczając wzrok. Byłem zawstydzony tym, że znowu okazałem przed nim panikę. To było takie żałosne. Z drugiej strony, nie miałem czego żałować. W końcu poczułem się chociaż trochę bezpieczniej.
Shichiro puścił mnie przodem do gabinetu. Stanąłem na środku pokoju, nie wiedząc, co dalej ze sobą zrobić.
- Siadaj na kozetce - rozkazał chłopak, zamykając drzwi do gabinetu. Przekręcił klucz w zamku.
- Nie na klucz, błagam - szepnąłem, podchodząc do leżanki.
- Racja, wybacz - westchnął, spełniając moją prośbę.
Pokiwałem głową lekko i usiadłem sztywno. Shichiro znowu wziął butelkę ze środkiem odkażającym, olejek i ręcznik. Postawił je na stoliku, który przyciągnął sobie w odpowiednie miejsce. Pobieżnie umył ręce. Usiadł na krześle.
- Jak ci to zrobi różnicę, to możesz siedzieć ostatecznie - westchnął.
- Dziękuję - odparłem markotnie.
Shichiro spojrzał jeszcze na mnie, a potem sam podwinął mi nogawki dresów. Delikatnie dotknął moich kostek samymi opuszkami palców. Były lodowate. Zadrżałem. Chłopak przymknął oczy i wziął głęboki wdech.
- No dobra - mruknął, nacierając ręce olejkiem.
Po pokoju rozszedł się przyjemny zapach róży. Tym razem dotknął tylko prawej kostki. Nic nie zrobiłem. Najwyraźniej uznał to za pozwolenie, by zacząć powoli masować moją łydkę. Dzisiaj nie spiąłem mięśni. Obserwowanie tego wyraźnie mi pomagało. Miałem ochotę to narysować. Shichiro powoli przesuwał dłonie coraz wyżej, dochodząc aż do kolana.
- Czyli jednak się da, co? - zapytał, wyraźnie zadowolony.
Kontynuował masaż trochę pewniej, robiąc bardziej zdecydowane ruchy. Uśmiechnąłem się słabo, nieprzerwanie przyglądając się całemu procesowi.
- Do której klasy chodzisz? - zapytał po chwili.
- Trzeciej gimnazjum - odparłem szczerze, zerkając na jego twarz przelotnie.
Wydął usta w geście uznania.
- Czyli jesteś cztery lata młodszy ode mnie, tak? - wywnioskował.
- Masz dwadzieścia lat? - zdziwiłem się.
Wydawał się młodszy. Dawałem mu góra osiemnaście lat.
- Jeżeli ty masz szesnaście, to tak, mam już dwadzieścia niestety - zaśmiał się.
- Och.. No ja skończyłem szesnaście niedawno - przyznałem się.
Urodziny miałem dwa tygodnie temu. Oczywiście wiedziała o tym jedynie rodzina, jak zwykle.
- No widzisz - mruknął, po chwili zabierając się za drugą z moich łydek.
Przytaknąłem lekko, odwracając wzrok. Dalej siedzieliśmy już w milczeniu. Shichiro robił, co powinien, a ja przyglądałem się cieniom rzucanym na ścianę.
- Skończone - oznajmił po dłuższym czasie, znów się prostując.
Spojrzałem na niego. Oczy miał utkwione we mnie.
- Dobrze - odparłem, nie ukrywając ulgi.
Od początku męczyło mnie zatajanie przed nim uczuć. Wydawało mi się to nie w porządku wobec niego. Czytał we mnie jak w otwartej księdze, więc po kłamstwie zostawały mi jedynie wyrzuty sumienia.
- Może spróbuję jeszcze coś, hm? - zaproponował, obserwując mnie jeszcze dokładniej.
Tak intensywne spojrzenie mnie speszyło. Zasłoniłem twarz jedną dłonią.
- Co na przykład? - zapytałem ostrożnie.
- Plecy?
- Nie - odparłem stanowczo, obejmując się rękoma w pasie.
- Ale dlaczego nie? To chyba jedno z najprzyjemniejszych miejsc - chłopak zdziwił się
- Jak dla kogo - żachnąłem się, chowając twarz między kolana.
Shichiro westchnął cicho. Wstał i usiadł obok mnie, bardzo blisko.
- Przecież to nie boli - mruknął.
Czułem jego wzrok na sobie. Wiedziałem, że czeka na moją reakcję i z góry zakładał, że się zgodzę.
- Tu nie chodzi o ból - warknąłem raptownie, przysuwając się bliżej ściany - Mam gdzieś ból, już swoje wycierpiałem na tym polu.
- Jeju, no skąd mam o tym wiedzieć - burknął Shichiro, wstając gwałtownie.
Prychnąłem ze złością, rozżalony. Oczywiście, że miał rację, ale nie myślałem wtedy racjonalnie. Nie byłem w stanie, nagle przypominając sobie, co mnie do tej pory spotkało.
Ze strony ludzi w jego wieku.
- Starczy na dziś - wydusiłem z siebie w końcu.
Wstałem, ale nie trzymałem się na nogach pewnie. Drżałem.
- Jak uważasz. Ale twierdzę, że byś wytrzymał jeszcze chwilę - mruknął Shichiro, wycierając olejek z dłoni.
- Nic nie wiesz. Nie ma szans, żebym dał się dotykać po plecach - oznajmiłem spanikowanym, wysokim tonem.
- I tak będziesz musiał - odparł on stanowczo - Jeżeli to wszystko ma zadziałać, to będziesz musiał na to pozwolić. Z resztą, co takiego mogło ci się stać?
- Myślisz, że wyolbrzymiam? Nie masz pojęcia, jak dużo przeżyłem w życiu. Pewnie w życiu nie doświadczyłeś tyle, co ja przez ostatnie trzy lata - oskarżyłem go.
- Skąd to możesz wiedzieć? - warknął groźnie - Nic o mnie nie wiesz. Nie ma opcji, żebyś przeżył więcej ode mnie. To niemożliwe.
Podniosłem koszulkę w desperacji. Cały mój tors pokrywały siniaki, krwiaki i otarcia, poprzeplatane z cięciami, które same zrobiłem. Część z tych rzeczy była wczorajsza, część dzisiejsza, a niektóre trochę starsze.
- Nie jestem tego pewien. Mało rzeczy można porównać do prawie codziennego molestowania przez grupkę rozpuszczonych, napalonych licealistów - wyszeptałem.
Opuściłem szybko koszulkę. Wziąłem torbę i wybiegłem z gabinetu.
Chyba nie było mi dane dogadać się z tym człowiekiem. Nie wiedziałem, czy jutro, gdy tu przyjdę, zastanę Shichiro. Nie wiedziałem, czy nadal będzie chciał się ze mną męczyć.
Ale co ważniejsze, wtedy nie wiedziałem, jak bardzo uraziłem i jak bardzo zlekceważyłem jego przeżycia. Dowiedziałem się o tym dopiero kilka lat później.
Kiedyś dotrzemy i do tej historii.
***
Następnego dnia również zjawiłem się na hali. Trener, choć sceptycznie nastawiony, zgodził się na trening. Starałem się cały czas. Uważałem na każdy szczegół, pilnowałem się jak tylko mogłem i utrzymywałem skupienie. Byłem zdeterminowany, by mimo całego bólu pokazać się z jak najlepszej strony.
Trener nie narzekał. Powiedział, że mogę zostać. Pod warunkiem, że w końcu się rozluźnię. A żeby tak się stało, musiałem chodzić na masaże.
Dopiero, gdy zszedłem z areny, zauważyłem, że w cieniu trybuny stoi Shichiro. Wyglądał dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem, gdy się spotkaliśmy. Był o wiele bledszy, niż wczoraj i zmęczony. Znów ubrany na czarno, w komfortowy dla niego sposób. Kiedy podszedłem bliżej, poczułem mocny zapach papierosów. Zmarszczyłem nos odruchowo.
- Więc... Chcesz się ze mną dzisiaj męczyć? - zapytałem niepewnie, zakładając kosmyk włosów za ucho.
Shichiro pokiwał głową na boki, po czym westchnął ciężko.
- Nie mam wyboru - odparł, powoli ruszając przed siebie - Zdejmuj łyżwy i chodź.
Zrobiłem, co kazał, tak szybko jak tylko mogłem. Czekał na mnie na korytarzu, w połowie drogi do gabinetu. Zastałem go opartego o betonową ścianę, z rękami założonymi na piersi. Podszedłem bez słowa. On w milczeniu poszedł dalej. Znów puścił mnie przodem. Tym razem nie zamknął drzwi na klucz. A ja usiadłem od razu na kozetce i podciągnąłem nogawki. Shichiro umył dokładnie ręce. Olejek i spray odkażający miał już przygotowany. Usiadł na krześle przede mną. Zaczął od dotknięcia moich kostek samymi palcami. Zrobił to jeszcze ostrożniej, niż wczoraj. Zerknął na mnie akurat, gdy ja gapiłem się na jego twarz. Od razu się zarumieniłem i schowałem twarz w dłoniach. On, typowo, westchnął ciężko.
- Przepraszam za wczoraj - powiedzieliśmy oboje w tym samym momencie.
Spojrzałem na niego między palcami. Shichiro również patrzył się na mnie, z mieszanką zaskoczenia i zmieszania. Jako pierwszy się zaśmiał. Ja uśmiechnąłem się lekko, opuszczając dłonie.
- Spróbujemy dzisiaj uda? - zaproponowałem niepewnie.
- Mm, jak ci to pasuje, to pewnie - zgodził się z nutą zadowolenia w głosie.
Odetchnąłem z ulgą. Przez chwilę znów siedzieliśmy w ciszy, a ja z zafascynowaniem obserwowałem jego dłonie, które swoją drogą były piękne.
- Kazuta - mruknął po chwili Shichiro, na chwilę przerywając pracę - Czy pozwolisz sobie... Nie wiem, jakoś pomóc?
Przekrzywiłem głowę, zbity z tropu.
- Pomóc? Ale w czym? - zapytałem, patrząc w jego czarne oczy.
- Nie wiem jak to ująć - westchnął Shichiro, wyraźnie sfrustrowany tym, że musi to w ogóle tłumaczyć - No chciałbym ci pomóc... Poczuć się lepiej, czy coś.
Zagryzłem wargę lekko, niepewny.
- Ale co chcesz zrobić? - spytałem ostrożnie.
Zachowywałem się jak idiota, ale nie chciałem żadnych nieporozumień. Nie chciałem oczekiwać nie wiadomo czego.
- Jeszcze nie wiem, Jezu. Chcę, żebyś przestał się tak bać po prostu - wypalił, zakrywając twarz przedramieniem. Widziałem jednak, że się rumieni.
Uśmiechnąłem się, trochę rozczulony. Nie byłem pewien, co planuje, co zamierza i jaki ma w tym prawdziwy cel.
- No dobrze, możemy spróbować czy coś - szepnąłem.
Zabrzmiało to dziwnie i gdy tylko to sobie uświadomiłem, od razu schowałem twarz między kolana.
- Dobra - potwierdził Shichiro, z ulgą.
Wrócił do masowania, póki co, moich łydek. A ja, wciąż skulony, zastanawiałem się, jaki cel ma on w pomaganiu mi.
Bo od zawsze wierzyłem, że ludzie nic nie robią bezinteresownie. Zawsze mają jakiś profit z tego, co czynią.
Ale nie wiedziałem, co Shichiro by zyskał. Nie mogłem znaleźć sensownego wytłumaczenia.

Może dzięki temu mogłem się nawinie cieszyć tym, że ktoś zupełnie obcy wyciągnął do mnie pomocną dłoń. I nadal nie mogę uwierzyć, co z tego wszystkiego wyszło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X