- Nie wydaje mi się, że minął już
miesiąc - stwierdził chłodno.
- Dwa tygodnie - przyznałem mu rację.
- Więc co tu robisz?
- Chciałbym już wrócić do treningów
- oznajmiłem stanowczo, patrząc się w oczy trenera.
Były bardzo podobne do oczu Shichiro,
ale może tak mi się tylko zdawało.
- Chciałbyś wrócić do treningów
czy zajmować miejsce na lodowisku i przeszkadzać innym? - zapytał
trener, przyglądając się mi dokładnie.
- Chciałbym wrócić do treningów -
potwierdziłem.
Mężczyzna westchnął ciężko, jakby
wewnętrznie się ze sobą bił.
- Słuchaj Kazuta... Szczerze nie widzę
sensu, byś w swoim stanie był zdatny do czegokolwiek sensownego.
Więcej przeszkadzasz niż robisz - wyznał w końcu.
- Słucham? - zapytałem, nie wierząc
w to, co słyszę.
- Zapewne wydaje ci się, że jesteś
nie wiadomo jaką gwiazdą tutaj, ale to nieprawda. Zwłaszcza w tym
sezonie. Bardziej zawadzasz innym, niż cokolwiek robisz. Zaczynam
wątpić, czy się w ogóle nadajesz do tego, co robisz. A do tego
jeszcze nie współpracujesz. Więc...
Przestałem słuchać. Patrzyłem się
tępo w to, co działo się za nim. Na ludzi, którym coś
wychodziło. Na ludzi, którzy się nadają. Nie przeszkadzają. Nie
są mną. Nie gwiazdorzą, nie stawiają się i osiągają sukcesy.
Słowa trenera były nagłe i niespodziewane. Tak samo szybko
poczułem się zupełnie beznadziejnie. Mogłem tylko pluć sobie w
brodę, że tu przyszedłem. Choć za dwa tygodnie zapewne
usłyszałbym to samo. Również zostałbym poniżony na oczach
wszystkich. Widziałbym szydercze uśmiechy ludzi. Zależało im na
tym, bym stąd zniknął. W końcu jedynie przeszkadzałem.
- Przesadzasz, tato - nagle usłyszałem
znajomy głos.
Tylko jego mi brakowało... Chwila, jak
to tato? Czyli oni jednak są rodziną?
- Mówię prawdę po prostu -
stwierdził trener.
Zwróciłem wzrok w stronę Shichiro,
który właśnie przyszedł od strony korytarza.
- Prawdę, która jest wygodna dla
ciebie - oznajmił, stając blisko mnie.
Odsunąłem się o krok, niechętny
takiej bliskości.
- Co przez to sugerujesz? - zapytał
trener, marszcząc brwi w konsternacji.
- Że robisz użytek tylko z ludzi,
którzy są posłuszni i z odkrytym potencjałem. A nie potrafisz z
nikogo wyciągnąć, co najlepsze. Tych z jakimikolwiek możliwościami
po prostu gnoisz i niszczysz. Nie widzisz tego? - Shichiro powiedział
to przez zaciśnięte zęby.
Wiedziałem, że nie było to w
odniesieniu do mnie. Bo ja nie miałem żadnych możliwości. Byłem
płytki i niedorobiony. Od zawsze. Trener zaśmiał się krótko i z
pogardą.
- To może sam zajmiesz się jego
treningiem, co? Albo chociaż zrobisz to, o co cię prosiłem na
początku sezonu - odpowiedział po chwili.
Shichiro spojrzał na niego spod
przymrużonych powiek.
- Jako trener się nie nadaję, bo
przypomnę ci, że jeździłem tylko w parze i to stosunkowo krótko,
przez kogoś. Ale to, co kazałeś mi zrobić... Zobaczymy - odparł,
szybko gryząc swoją wargę.
- Nie zobaczymy, a zrobisz to. I
zaczniesz jeszcze dzisiaj. Skoro tak bronisz Kazuty - uparł się
trener.
Patrzyłem to na jednego, to na
drugiego. Nie wiedziałem, co o tej konwersacji sądzić.
- Dobra - prychnął Shichiro, łapiąc
mnie za nadgarstek.
Spojrzałem na niego od razu, próbując
się wyrwać z jego uścisku.
- Chodź - warknął do mnie, ciągnąc
mnie na korytarz.
Poszedłem za nim, choć cały czas się
opierałem.
- Puść mnie w końcu! - krzyknąłem
w połowie przejścia do gabinetów, które znajdowały się na
górze.
Shichiro zatrzymał się i spojrzał na
mnie przez ramię. Po raz kolejny próbowałem wyrwać rękę. Znowu
bezskutecznie.
- Proszę - dodałem po chwili, nie
ukrywając drżącego głosu.
Chłopak w końcu wypuścił mój
nadgarstek, znowu mrużąc oczy.
- Ale chodź ze mną. Nie zrobię wiele
więcej niż wtedy - powiedział, ruszając dalej.
Po chwili wahania, poszedłem za nim,
ściskając pasek od torby mocno. Zagryzłem wargę, spuszczając
wzrok. Byłem zawstydzony tym, że znowu okazałem przed nim panikę.
To było takie żałosne. Z drugiej strony, nie miałem czego
żałować. W końcu poczułem się chociaż trochę bezpieczniej.
Shichiro puścił mnie przodem do
gabinetu. Stanąłem na środku pokoju, nie wiedząc, co dalej ze
sobą zrobić.
- Siadaj na kozetce - rozkazał
chłopak, zamykając drzwi do gabinetu. Przekręcił klucz w zamku.
- Nie na klucz, błagam - szepnąłem,
podchodząc do leżanki.
- Racja, wybacz - westchnął,
spełniając moją prośbę.
Pokiwałem głową lekko i usiadłem
sztywno. Shichiro znowu wziął butelkę ze środkiem odkażającym,
olejek i ręcznik. Postawił je na stoliku, który przyciągnął
sobie w odpowiednie miejsce. Pobieżnie umył ręce. Usiadł na
krześle.
- Jak ci to zrobi różnicę, to możesz
siedzieć ostatecznie - westchnął.
- Dziękuję - odparłem markotnie.
Shichiro spojrzał jeszcze na mnie, a
potem sam podwinął mi nogawki dresów. Delikatnie dotknął moich
kostek samymi opuszkami palców. Były lodowate. Zadrżałem. Chłopak
przymknął oczy i wziął głęboki wdech.
- No dobra - mruknął, nacierając
ręce olejkiem.
Po pokoju rozszedł się przyjemny
zapach róży. Tym razem dotknął tylko prawej kostki. Nic nie
zrobiłem. Najwyraźniej uznał to za pozwolenie, by zacząć powoli
masować moją łydkę. Dzisiaj nie spiąłem mięśni. Obserwowanie
tego wyraźnie mi pomagało. Miałem ochotę to narysować. Shichiro
powoli przesuwał dłonie coraz wyżej, dochodząc aż do kolana.
- Czyli jednak się da, co? - zapytał,
wyraźnie zadowolony.
Kontynuował masaż trochę pewniej,
robiąc bardziej zdecydowane ruchy. Uśmiechnąłem się słabo,
nieprzerwanie przyglądając się całemu procesowi.
- Do której klasy chodzisz? - zapytał
po chwili.
- Trzeciej gimnazjum - odparłem
szczerze, zerkając na jego twarz przelotnie.
Wydął usta w geście uznania.
- Czyli jesteś cztery lata młodszy
ode mnie, tak? - wywnioskował.
- Masz dwadzieścia lat? - zdziwiłem
się.
Wydawał się młodszy. Dawałem mu
góra osiemnaście lat.
- Jeżeli ty masz szesnaście, to tak,
mam już dwadzieścia niestety - zaśmiał się.
- Och.. No ja skończyłem szesnaście
niedawno - przyznałem się.
Urodziny miałem dwa tygodnie temu.
Oczywiście wiedziała o tym jedynie rodzina, jak zwykle.
- No widzisz - mruknął, po chwili
zabierając się za drugą z moich łydek.
Przytaknąłem lekko, odwracając
wzrok. Dalej siedzieliśmy już w milczeniu. Shichiro robił, co
powinien, a ja przyglądałem się cieniom rzucanym na ścianę.
- Skończone - oznajmił po dłuższym
czasie, znów się prostując.
Spojrzałem na niego. Oczy miał
utkwione we mnie.
- Dobrze - odparłem, nie ukrywając
ulgi.
Od początku męczyło mnie zatajanie
przed nim uczuć. Wydawało mi się to nie w porządku wobec niego.
Czytał we mnie jak w otwartej księdze, więc po kłamstwie
zostawały mi jedynie wyrzuty sumienia.
- Może spróbuję jeszcze coś, hm? -
zaproponował, obserwując mnie jeszcze dokładniej.
Tak intensywne spojrzenie mnie
speszyło. Zasłoniłem twarz jedną dłonią.
- Co na przykład? - zapytałem
ostrożnie.
- Plecy?
- Nie - odparłem stanowczo, obejmując
się rękoma w pasie.
- Ale dlaczego nie? To chyba jedno z
najprzyjemniejszych miejsc - chłopak zdziwił się
- Jak dla kogo - żachnąłem się,
chowając twarz między kolana.
Shichiro westchnął cicho. Wstał i
usiadł obok mnie, bardzo blisko.
- Przecież to nie boli - mruknął.
Czułem jego wzrok na sobie.
Wiedziałem, że czeka na moją reakcję i z góry zakładał, że
się zgodzę.
- Tu nie chodzi o ból - warknąłem
raptownie, przysuwając się bliżej ściany - Mam gdzieś ból, już
swoje wycierpiałem na tym polu.
- Jeju, no skąd mam o tym wiedzieć -
burknął Shichiro, wstając gwałtownie.
Prychnąłem ze złością, rozżalony.
Oczywiście, że miał rację, ale nie myślałem wtedy racjonalnie.
Nie byłem w stanie, nagle przypominając sobie, co mnie do tej pory
spotkało.
Ze strony ludzi w jego wieku.
- Starczy na dziś - wydusiłem z
siebie w końcu.
Wstałem, ale nie trzymałem się na
nogach pewnie. Drżałem.
- Jak uważasz. Ale twierdzę, że byś
wytrzymał jeszcze chwilę - mruknął Shichiro, wycierając olejek z
dłoni.
- Nic nie wiesz. Nie ma szans, żebym
dał się dotykać po plecach - oznajmiłem spanikowanym, wysokim
tonem.
- I tak będziesz musiał - odparł on
stanowczo - Jeżeli to wszystko ma zadziałać, to będziesz musiał
na to pozwolić. Z resztą, co takiego mogło ci się stać?
- Myślisz, że wyolbrzymiam? Nie masz
pojęcia, jak dużo przeżyłem w życiu. Pewnie w życiu nie
doświadczyłeś tyle, co ja przez ostatnie trzy lata - oskarżyłem
go.
- Skąd to możesz wiedzieć? - warknął
groźnie - Nic o mnie nie wiesz. Nie ma opcji, żebyś przeżył
więcej ode mnie. To niemożliwe.
Podniosłem koszulkę w desperacji.
Cały mój tors pokrywały siniaki, krwiaki i otarcia, poprzeplatane
z cięciami, które same zrobiłem. Część z tych rzeczy była
wczorajsza, część dzisiejsza, a niektóre trochę starsze.
- Nie jestem tego pewien. Mało rzeczy
można porównać do prawie codziennego molestowania przez grupkę
rozpuszczonych, napalonych licealistów - wyszeptałem.
Opuściłem szybko koszulkę. Wziąłem
torbę i wybiegłem z gabinetu.
Chyba nie było mi dane dogadać się z
tym człowiekiem. Nie wiedziałem, czy jutro, gdy tu przyjdę,
zastanę Shichiro. Nie wiedziałem, czy nadal będzie chciał się ze
mną męczyć.
Ale co ważniejsze, wtedy nie
wiedziałem, jak bardzo uraziłem i jak bardzo zlekceważyłem jego
przeżycia. Dowiedziałem się o tym dopiero kilka lat później.
Kiedyś dotrzemy i do tej historii.
***
Następnego dnia również zjawiłem
się na hali. Trener, choć sceptycznie nastawiony, zgodził się na
trening. Starałem się cały czas. Uważałem na każdy szczegół,
pilnowałem się jak tylko mogłem i utrzymywałem skupienie. Byłem
zdeterminowany, by mimo całego bólu pokazać się z jak najlepszej
strony.
Trener nie narzekał. Powiedział, że
mogę zostać. Pod warunkiem, że w końcu się rozluźnię. A żeby
tak się stało, musiałem chodzić na masaże.
Dopiero, gdy zszedłem z areny,
zauważyłem, że w cieniu trybuny stoi Shichiro. Wyglądał
dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem, gdy się spotkaliśmy.
Był o wiele bledszy, niż wczoraj i zmęczony. Znów ubrany na
czarno, w komfortowy dla niego sposób. Kiedy podszedłem bliżej,
poczułem mocny zapach papierosów. Zmarszczyłem nos odruchowo.
- Więc... Chcesz się ze mną dzisiaj
męczyć? - zapytałem niepewnie, zakładając kosmyk włosów za
ucho.
Shichiro pokiwał głową na boki, po
czym westchnął ciężko.
- Nie mam wyboru - odparł, powoli
ruszając przed siebie - Zdejmuj łyżwy i chodź.
Zrobiłem, co kazał, tak szybko jak
tylko mogłem. Czekał na mnie na korytarzu, w połowie drogi do
gabinetu. Zastałem go opartego o betonową ścianę, z rękami
założonymi na piersi. Podszedłem bez słowa. On w milczeniu
poszedł dalej. Znów puścił mnie przodem. Tym razem nie zamknął
drzwi na klucz. A ja usiadłem od razu na kozetce i podciągnąłem
nogawki. Shichiro umył dokładnie ręce. Olejek i spray odkażający
miał już przygotowany. Usiadł na krześle przede mną. Zaczął od
dotknięcia moich kostek samymi palcami. Zrobił to jeszcze
ostrożniej, niż wczoraj. Zerknął na mnie akurat, gdy ja gapiłem
się na jego twarz. Od razu się zarumieniłem i schowałem twarz w
dłoniach. On, typowo, westchnął ciężko.
- Przepraszam za wczoraj -
powiedzieliśmy oboje w tym samym momencie.
Spojrzałem na niego między palcami.
Shichiro również patrzył się na mnie, z mieszanką zaskoczenia i
zmieszania. Jako pierwszy się zaśmiał. Ja uśmiechnąłem się
lekko, opuszczając dłonie.
- Spróbujemy dzisiaj uda? -
zaproponowałem niepewnie.
- Mm, jak ci to pasuje, to pewnie -
zgodził się z nutą zadowolenia w głosie.
Odetchnąłem z ulgą. Przez chwilę
znów siedzieliśmy w ciszy, a ja z zafascynowaniem obserwowałem
jego dłonie, które swoją drogą były piękne.
- Kazuta - mruknął po chwili
Shichiro, na chwilę przerywając pracę - Czy pozwolisz sobie... Nie
wiem, jakoś pomóc?
Przekrzywiłem głowę, zbity z tropu.
- Pomóc? Ale w czym? - zapytałem,
patrząc w jego czarne oczy.
- Nie wiem jak to ująć - westchnął
Shichiro, wyraźnie sfrustrowany tym, że musi to w ogóle tłumaczyć
- No chciałbym ci pomóc... Poczuć się lepiej, czy coś.
Zagryzłem wargę lekko, niepewny.
- Ale co chcesz zrobić? - spytałem
ostrożnie.
Zachowywałem się jak idiota, ale nie
chciałem żadnych nieporozumień. Nie chciałem oczekiwać nie
wiadomo czego.
- Jeszcze nie wiem, Jezu. Chcę, żebyś
przestał się tak bać po prostu - wypalił, zakrywając twarz
przedramieniem. Widziałem jednak, że się rumieni.
Uśmiechnąłem się, trochę
rozczulony. Nie byłem pewien, co planuje, co zamierza i jaki ma w
tym prawdziwy cel.
- No dobrze, możemy spróbować czy
coś - szepnąłem.
Zabrzmiało to dziwnie i gdy tylko to
sobie uświadomiłem, od razu schowałem twarz między kolana.
- Dobra - potwierdził Shichiro, z
ulgą.
Wrócił do masowania, póki co, moich
łydek. A ja, wciąż skulony, zastanawiałem się, jaki cel ma on w
pomaganiu mi.
Bo od zawsze wierzyłem, że ludzie nic
nie robią bezinteresownie. Zawsze mają jakiś profit z tego, co
czynią.
Ale nie wiedziałem, co Shichiro by
zyskał. Nie mogłem znaleźć sensownego wytłumaczenia.
Może dzięki temu mogłem się nawinie
cieszyć tym, że ktoś zupełnie obcy wyciągnął do mnie pomocną
dłoń. I nadal nie mogę uwierzyć, co z tego wszystkiego wyszło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz