Po
niecałej godzinie byłem wykończony tak, jak nigdy. Dopiero wtedy
zacząłem się zastanawiać, skąd we mnie taki zapał, motywacja,
której nigdy nie miałem. Oparłem się o bandę, dysząc ciężko i
kaszląc co chwilę. Otarłem spocone czoło. Zerknąłem w stronę
trenera, niepewien czego się spodziewać. Stał przy filarze, tak
jak zawsze. Ręce skrzyżowane na piersi, beznamiętny wzrok utkwiony
we mnie. Przyglądając się mu przez dłuższą chwilę, zacząłem
odnajdywać cechy, które odziedziczył po nim Shichiro: ostro
zarysowana szczęka, chłodne oczy, prosty nos.
Gdy w
końcu zorientowałem się, jak długo się gapię na trenera i jak
niezręczne musi to być, odwróciłem wzrok. Przeciągnąłem palce
po włosach, zaczesując je do tyłu. Odepchnąłem się od bandy i
pewnie podjechałem do szkoleniowca. Nie wiedziałem, czego się
spodziewać. Z bliska wydawał się on zaintrygowany, a jednocześnie
zupełnie zrezygnowany. W moim mniemaniu przynajmniej.
-
Powiedz mi... Co ty knujesz? - odezwał się, powoli, jakby
specjalnie dobierał słowa.
- Ja? -
zapytałem, zupełnie zaskoczony jego podejrzeniami.
Niczego
nie planowałem przed treningiem. Przyszedłem na niego tak, jak
zwykle: rozgrzany niedbale, prawie spóźniony, z myślami w zupełnie
innym miejscu.
- A
jest tu ktoś inny? - westchnął trener.
- Ale
ja nic nie knuję - odparłem stanowczo, mocno marszcząc brwi w
konsternacji.
- To
dlaczego się dzisiaj tak starałeś? - zapytał, jakby robił mi
wyrzuty.
Pluł
się o to, że choć raz chciałem cokolwiek zrobić? Jaki był tego
sens?
- Bo
chciałem i miałem na to siłę - oznajmiłem lekko zdławionym
głosem.
Nic nie
robię? Źle. Robię cokolwiek? Jeszcze gorzej. Czy to nie jest tak
typowe dla ludzi w dwudziestym pierwszym wieku?
- Tak?
A nie chodzi ci czasem o seniorów?
Jego
pytanie wprawiło mnie w osłupienie. Odsunąłem się lekko, patrząc
z niedowierzaniem.
-
Przecież tak skopałem ostatni sezon, że nie powinienem nawet o tym
nawet myśleć... Prawda? - odparłem w końcu, choć wciąż byłem
zszokowany tym, co usłyszałem. Czy przypadkiem nie wyszło w takim
razie na to, że to on zaproponował mi start w dywizji seniorów?
Nie mogłem zaprzeczyć, że byłem na to bardzo chętny.
Trener
podrapał się w głowę z zakłopotaniem, najwyraźniej zdając
sobie sprawę z tego samego, co ja. Mruknął kilka razy pod nosem z
pełnym niezadowoleniem.
-
Zacząłeś sobie nagle radzić o wiele lepiej... Choć nie jestem
pewien, czyja to zasługa - zaczął, znów bardzo ostrożnie
wymawiając każde słowo. Przyglądałem mu się bez słowa uwagi,
gdy na chwilę przerwał. Potarł czoło palcami.
- Ale
się wkopałem - dodał po chwili.
-
Trochę - przyznałem, nie ukrywając rozbawienia.
Jego
twarz nagle złagodniała. Zlustrował mnie wzrokiem i znów mruknął
cicho.
- A ty
chcesz startować w tych seniorach, czy nie za bardzo? - zapytał.
Zagryzłem
wargę, jednocześnie uśmiechając się z ekscytacji.
- A
mógłbym? - odparłem, siląc się na grzeczność.
-
Może... Może zaryzykujemy, nie wiem.
Z moich
ust wydobył się niekontrolowany chichot. Dawno już nie czułem się
tak... Żywy. I nie, nie mylę pojęć. Pierwszy raz od dawna nie
czułem się wypatroszony z wnętrzności i duszy.
-
Dziękuję! - wydusiłem z siebie, nie ukrywając radości. Zakryłem
twarz dłońmi.
-
Powiedziałem może - podkreślił - Najpierw musisz stworzyć
przynajmniej krótki program.
Przeczesałem
włosy i uśmiechnąłem się z wypracowaną pewnością siebie.
Oczywiście miałem marne szanse, by zadowolić trenera, ale chciałem
spróbować.
-
Przygotuję go - oznajmiłem stanowczo.
-
Mhm... Zobaczymy - mruknął trener, oglądając się w stronę drzwi
od szatni, które właśnie wydały z siebie głośny huk - A teraz
złaź i się rozciągnij. Dobra robota dzisiaj.
Przytaknąłem
lekko i zgrabnie przeszedłem przez próg. Para, która właśnie
podeszła do trenera, otaksowała mnie z typową pogardą. Dumnie
zadarłem podbródek, szybko zakładając osłonki na płozy. Minąłem
ich bez słowa, kierując się w stronę, z której oni przyszli. O
dziwo, dopiero gdy wszedłem do ciepłej szatni, wzdrygnąłem się z
zimna. Bluzka przylepiła mi się do pleców, a pot, którym
przesiąkła, zdążył już wystygnąć. Od razu zdjąłem ubranie,
odkrywając pokryty bliznami tors. Zasłoniłem się materiałem i
rozglądnąłem po pomieszczeniu. Nikogo nie zauważyłem, więc
spokojnie rzuciłem koszulkę na ławkę, stojącą na środku.
Otworzyłem swoją szafkę, po czym zacząłem grzebać w torbie.
- Nie
jesteś spostrzegawczy - usłyszałem znienacka.
Zachłysnąłem
się powietrzem i od razu zwróciłem w stronę dźwięku. Zasłoniłem
się powtórnie, tym razem rękoma.
-
Shichiro! - krzyknąłem wysokim głosem, gdy w końcu dojrzałem
chłopaka wciśniętego między metalowy bok szafek a ścianę. W
zimnym, białym świetle świetlówek jego oko wyglądało jeszcze
gorzej. Generalnie, jego twarz zdawała się być w naprawdę
fatalnym stanie w porównaniu z tym, co widziałem wcześniej w
samochodzie.
- Tak,
to ja. Nie musisz się zasłaniać jak panna - westchnął,
odpychając się od ściany.
Powoli
ruszył w moją stronę. Zamiast zrobić cokolwiek normalnego,
zacisnąłem ręce wokół siebie mocniej, absolutnie nieufny.
- Co tu
robisz? - zapytałem cicho.
-
Czekam na ciebie - oznajmił ze stoickim spokojem.
Cofnąłem
się i zacisnąłem zęby mocno. Odwróciłem wzrok. Ogarnął mnie
strach i rozpacz.
- Nie
podchodź - syknąłem, gdy był już bardzo blisko.
- Hm?
Bo co? - zdziwił się, robiąc kolejny krok w moją stronę.
-
Przecież dobrze wiesz, że nie czuję się komfortowo w takich
momentach - odparłem, opierając plecy o lodowate, metalowe
drzwiczki.
-
Terapia szokowa - powiedział, już nie po raz pierwszy.
Zamknąłem
oczy i przyłożyłem dłoń do jego ramienia.
-
Przestań - szepnąłem - Nie psuj mi dobrego dnia.
- A
czym bym go miał psuć? Przecież tylko stoję - stwierdził.
Wsadził
ręce do kieszeni i lekko nachylił się w moją stronę. Naparłem
na jego rękę, ale zbyt słabo, aby to odczuł.
- Za
blisko - wydusiłem z siebie, odwracając twarz w bok.
Kilka
kosmyków włosów opadło mi na twarz. Shichiro odgarnął je bardzo
delikatnie i łagodnie.
- Boże,
przestań! - wykrzyknąłem wtedy, od razu odtrącając jego dłoń -
Co jak co, ale tego nie jestem w stanie znieść.
Chłopak
zabrał dłoń i odsunął się o krok. Zlustrował mnie chłodnym
spojrzeniem.
- Nie
przesadzaj, przecież ledwo cię dotknąłem - mruknął.
-
Nienawidzę dotyku - syknąłem, odwracając się do niego tyłem.
-
Przecież prawie codziennie to robię? - zdziwił się - A niby czym
są masaże?
- Ale
to jest zupełnie inna sprawa - odpowiedziałem szybko.
Shichiro
usiadł na ławce ciężko. Westchnął wymownie i zaczął mówić
coś do siebie bardzo cichym szeptem. Skorzystałem z okazji, by jak
najszybciej się przebrać. Cały czas plułem sobie w brodę, że
nie poszedłem ogarnąć się w łazience. Że nie rozejrzałem się
porządniej.
Spiąłem
grzywkę, wziąłem kilka głębokich wdechów i odwróciłem się do
Shichiro. Siedział już wyprostowany, patrząc się gdzieś w bok z
zadumą. Usta miał zaciśnięte w wąską linię, a oczy lekko
przymrużone. No, prawe na pewno takie było, a lewego nie dało się
określić, tak spuchnięte było. I mimo tak zszarganej twarzy,
wciąż uznawałem go za zabójczo przystojnego.
Zebrałem
z podłogi swoje łyżwy i wsadziłem je do torby. Następnie
wyciągnąłem cały swój pakunek z szafki. Spadł mi on na twarz.
Sapnąłem, bezsłownie wyrażając swoją frustrację. Jednocześnie
do moich uszu dotarło ciche chrząknięcie. Typowy, ledwo
powstrzymany śmiech. Zrzuciłem dość ciężką torbę na ziemię,
po czym odwróciłem się w stronę Shichiro. Spojrzałem na niego
gniewnie.
- Co ty
nosisz w tej torbie, że jest aż tak ciężka? - zapytał z wyraźną
kpiną.
-
Łyżwy, ubrania, szkicownik. I parę innych rzeczy - odparłem
cicho, odwracając wzrok w bok.
Dzisiaj
czułem się przy nim wyjątkowo niekomfortowo.
-
Musisz trochę wyrobić ręce w takim razie - stwierdził, podchodząc
bliżej do mnie.
Mimowolnie
przyjrzałem się jego ramionom. Faktycznie, musiał mieć w nich
trochę siły. Prychnąłem z pogardą.
- Daję
radę, nie mam czasu jeszcze chodzić na siłownię - mruknąłem.
Chłopak
odebrał mi torbę i z łatwością ją podniósł.
-
Pompki by ci wystarczyły, a to możesz robić w domu - odpowiedział,
lekko nachylając się w moją stronę. Znowu.
-
Okropny dzisiaj jesteś - wyznałem.
Odwróciłem
się na pięcie i skierowałem do drzwi, które prowadziły na
korytarz. Shichiro podążył za mną.
- Ale
mimo to i tak do mnie idziesz - zauważył, nie skrywając
zadowolenia.
- Bo
obiecałeś mi historię swojej twarzy - wyjaśniłem od razu.
-
Jasne, oczywiście, że o to chodzi - mruknął, a ja wyczułem w tym
jakąś sugestię.
Wydawała
mi się ona zupełnie oczywista, a przy tym bardzo gorzka do
przełknięcia. Przystanąłem i szybko zwróciłem w jego stronę.
- Co ty
sugerujesz? - syknąłem z oburzeniem i miną tak groźną, jak tylko
potrafiłem.
On
jedynie zmarszczył brwi, gdy zatrzymał się gwałtownie. Wydawał
się być skonsternowany moją reakcją.
Co
oczywiste, jak zwykle wszystko wyolbrzymiłem i przeinaczyłem.
Jednak zorientowałem się nie w porę. Tak też to ze mną bywa.
Zamknąłem
na chwilę oczy i znów poszedłem w stronę gabinetu Shichiro.
Usłyszałem jak komentuje pod nosem. Zgarbiłem się lekko,
przygryzając jednocześnie wargę. Doszliśmy do celu w
niekomfortowej ciszy. Automatycznie usiadłem na kozetce.
Podciągnąłem nogi pod brodę i objąłem łydki ciasno. Włosy
poleciały mi na twarz. Obserwowałem w tej pozycji, jak Shichiro
kładzie moją torbę w kącie i zaczyna krzątać się po pokoju.
Metodycznie zbiera potrzebne mu rzeczy, myje ręce, wyciera je,
przysuwa sobie stołek. Nie każe mi jednak się przesiąść, nie
podciąga mi na siłę nogawek. Po prostu staje przede mną z
założonymi na piersi rękoma. Przedramiona się napinają, rękawy
bluzy, którą założył w międzyczasie, lekko podciągają, przy
okazji ładnie ukazując końce złożonych tatuaży.
- O co
ci dzisiaj chodzi? - zapytał.
-
Jesteś zbyt natarczywy - oznajmiłem pokrótce.
-
Dlaczego niby? Co takiego robię?
-
Krzyczysz, naciskasz na mnie, za bardzo się zbliżasz... - zacząłem
wyliczać.
-
Wyolbrzymiasz - warknął i gwałtownie usiadł na stołku przede
mną.
Drgnąłem
w przerażeniu, jednocześnie spoglądając na niego jak
przestraszone zwierzę.
- Nie
wyolbrzymiam, po prostu tak to odbieram - powiedziałem wysokim
głosem.
I choć
nie chciałem płakać, to brzmiałem właśnie jakbym miał się
zaraz rozryczeć.
-
Nieważne - mruknął - Podciągaj nogawki.
Zrobiłem
to posłusznie, głównie z obawy na konsekwencje oporu. Shichiro
zgrabnie natarł dłonie olejkiem, wcierając go od czubków palców
po nadgarstki. Zauważyłem, że jego knykcie były pokryte brzydkimi
ranami i zaczerwieniami. Wydawały się też lekko opuchnięte, a na
pewno bolesne. Z resztą, tego dnia jego ręce nie poruszały się
tak pewnie jak zazwyczaj. Czułem, że jego ruchy są sztywniejsze,
dostosowane do obolałych stawów. Gdy podnosił dłonie na chwilę,
widziałem jak drżą. Przeniosłem wzrok na jego twarz. Policzek był
lekko napuchnięty, ale oko znacznie bardziej. Czerwona od krwi
twardówka wywoływała u mnie ciarki. Brew po przeciwnej stronie
była głęboko rozcięta. Przez plaster przesączyła się dziwna
substancja, zapewne nie krew.
- Byłeś
z tym wszystkim u lekarza? - zapytałem, nieśmiało dotykając jego
czoła opuszkami.
Zerknął
na mnie nieobecnym wzrokiem.
- Po
co? - odparł - Dałem radę sam wszystko ogarnąć.
- To
oko wygląda paskudnie - zauważyłem - I brew też.
- Tak,
tak. Zagoi się - zbył mnie od razu, wyraźnie rozdrażniony moją
wścibskością.
- O co
poszło? - zapytałem nieustępliwie.
-
Zwykła bójka w barze. Nie chciałem słuchać jak jakiś gnojek
obraża ludzi - wyjaśnił szybko.
Uniosłem
brwi w geście zaskoczenia. Dotknąłem czubka jego głowy, nie
powstrzymując impulsu.
- Byłem
pijany - dodał po chwili, patrzą się wprost w moje oczy.
Odwróciłem
wzrok w bok i zabrałem rękę od razu.
- No tu
nie jestem zaskoczony - przyznałem.
Shichiro
otarł moje łydki z nadmiaru olejku, po czym odsunął się ode
mnie.
- Wiem,
że nie powinienem - mruknął, tak cicho, że ledwo go usłyszałem
przez mocny strumień wody uderzający o metalowy zlew - Ale gość
powiedział o kilka zdań za dużo.
- Na
jaki temat? - zapytałem, również zniżając głos.
Shichiro
westchnął głośno, wycierając ręce bardzo delikatnie, acz
ostrożnie.
- Na
temat gejów i czego to by z nimi nie zrobił - mruknął,
spoglądając na mnie z ukosa.
- Och -
szepnąłem, ledwo otwierając usta.
Skuliłem
się i oparłem brodę o kolano. Poczułem się winny, że Shichiro
tak wygląda. Wziąłem na siebie odpowiedzialność za jego bójkę.
Mimo tego, że przecież dopiero dzisiaj się dowiedział. I tak
miałem wrażenie, że to stało się przeze mnie. Nie sądziłem, że
ktoś kiedykolwiek się za mną wstawi.
-
Lepiej zapobiegać, niż potem leczyć ofiary - dodał, podchodząc w
moją stronę.
Gwałtownie
się poderwałem, prawie na niego wpadając. Jego słowa okrutnie
mnie przytłoczyły. W oczach wezbrały mi łzy. Shichiro delikatnie
poprawił mi włosy.
- Zrób
coś z tą twarzą, proszę - szepnąłem.
-
Spokojnie - zapewnił mnie.
Wyminąłem
go sprawnie.
-
Odwieźć cię? - zapytał.
- Wrócę
sam - oznajmiłem stanowczo, choć przez łzy.
Pociągnąłem
nosem i wziąłem z podłogi torbę.
-
Dziękuję za dzisiaj - powiedziałem jeszcze, ostatni raz na niego
zerkając.
- Do
jutra? - spytał w odpowiedzi.
- Do
jutra - potwierdziłem.
Szybko
wyszedłem z pokoju, a gdy znalazłem się na dworze, puściłem się
biegiem. Po chwili po policzkach spłynęły mi łzy.
Czułem
się jednocześnie wzruszony historią Shichiro, a z drugiej strony
dobijało mnie to. Ciągle musiałem sobie powtarzać, że nie zrobił
tego wyłącznie dla mnie. Jednak egoistyczny głos podpowiadał mi,
że gdybym nie istniał, on nawet nie zwróciłby uwagi na tamtego
człowieka.
Poza
tym coś mnie wtedy tknęło. Poczułem przypływ chęci i
kreatywności. Tej nocy powstał mój pierwszy obraz, który mogłem
nazwać poważnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz