niedziela, 19 lutego 2017

Piąta historia

Lód wydawał się dziś szczególnie przystępny. Nie próbował zastawić na mnie pułapek w postaci szczelin i dołków. Jakby został wygładzony specjalnie dla mnie. Swobodnie robiłem potrójne axle, podwójne i potrójne toeloopy, a nawet próbowałem flipy, za którymi nie przepadałem. Choć trener wciąż surowo bronił mi wysilania się na cztery obroty w powietrzu, to dzisiaj nie czułem żadnego oporu, by ich próbować. Co rusz upadałem i od razu się podnosiłem, niezrażony porażką. Moje ciało się nie buntowało, a lód bardziej współpracował. Nic mnie nie rozpraszało, mogłem się skupić na sobie. Ryuunosuke był zaskakująco milczący. Podpowiadał mi, co mam poprawić, ale nie naciskał, bym przestał. Nie krzyczał, że upadłem na łeb. Po prostu, tak jak na porządnego szkoleniowca przystało, choć raz mi wyłącznie pomagał.
Po niecałej godzinie byłem wykończony tak, jak nigdy. Dopiero wtedy zacząłem się zastanawiać, skąd we mnie taki zapał, motywacja, której nigdy nie miałem. Oparłem się o bandę, dysząc ciężko i kaszląc co chwilę. Otarłem spocone czoło. Zerknąłem w stronę trenera, niepewien czego się spodziewać. Stał przy filarze, tak jak zawsze. Ręce skrzyżowane na piersi, beznamiętny wzrok utkwiony we mnie. Przyglądając się mu przez dłuższą chwilę, zacząłem odnajdywać cechy, które odziedziczył po nim Shichiro: ostro zarysowana szczęka, chłodne oczy, prosty nos.
Gdy w końcu zorientowałem się, jak długo się gapię na trenera i jak niezręczne musi to być, odwróciłem wzrok. Przeciągnąłem palce po włosach, zaczesując je do tyłu. Odepchnąłem się od bandy i pewnie podjechałem do szkoleniowca. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Z bliska wydawał się on zaintrygowany, a jednocześnie zupełnie zrezygnowany. W moim mniemaniu przynajmniej.
- Powiedz mi... Co ty knujesz? - odezwał się, powoli, jakby specjalnie dobierał słowa.
- Ja? - zapytałem, zupełnie zaskoczony jego podejrzeniami.
Niczego nie planowałem przed treningiem. Przyszedłem na niego tak, jak zwykle: rozgrzany niedbale, prawie spóźniony, z myślami w zupełnie innym miejscu.
- A jest tu ktoś inny? - westchnął trener.
- Ale ja nic nie knuję - odparłem stanowczo, mocno marszcząc brwi w konsternacji.
- To dlaczego się dzisiaj tak starałeś? - zapytał, jakby robił mi wyrzuty.
Pluł się o to, że choć raz chciałem cokolwiek zrobić? Jaki był tego sens?
- Bo chciałem i miałem na to siłę - oznajmiłem lekko zdławionym głosem.
Nic nie robię? Źle. Robię cokolwiek? Jeszcze gorzej. Czy to nie jest tak typowe dla ludzi w dwudziestym pierwszym wieku?
- Tak? A nie chodzi ci czasem o seniorów?
Jego pytanie wprawiło mnie w osłupienie. Odsunąłem się lekko, patrząc z niedowierzaniem.
- Przecież tak skopałem ostatni sezon, że nie powinienem nawet o tym nawet myśleć... Prawda? - odparłem w końcu, choć wciąż byłem zszokowany tym, co usłyszałem. Czy przypadkiem nie wyszło w takim razie na to, że to on zaproponował mi start w dywizji seniorów? Nie mogłem zaprzeczyć, że byłem na to bardzo chętny.
Trener podrapał się w głowę z zakłopotaniem, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego samego, co ja. Mruknął kilka razy pod nosem z pełnym niezadowoleniem.
- Zacząłeś sobie nagle radzić o wiele lepiej... Choć nie jestem pewien, czyja to zasługa - zaczął, znów bardzo ostrożnie wymawiając każde słowo. Przyglądałem mu się bez słowa uwagi, gdy na chwilę przerwał. Potarł czoło palcami.
- Ale się wkopałem - dodał po chwili.
- Trochę - przyznałem, nie ukrywając rozbawienia.
Jego twarz nagle złagodniała. Zlustrował mnie wzrokiem i znów mruknął cicho.
- A ty chcesz startować w tych seniorach, czy nie za bardzo? - zapytał.
Zagryzłem wargę, jednocześnie uśmiechając się z ekscytacji.
- A mógłbym? - odparłem, siląc się na grzeczność.
- Może... Może zaryzykujemy, nie wiem.
Z moich ust wydobył się niekontrolowany chichot. Dawno już nie czułem się tak... Żywy. I nie, nie mylę pojęć. Pierwszy raz od dawna nie czułem się wypatroszony z wnętrzności i duszy.
- Dziękuję! - wydusiłem z siebie, nie ukrywając radości. Zakryłem twarz dłońmi.
- Powiedziałem może - podkreślił - Najpierw musisz stworzyć przynajmniej krótki program.
Przeczesałem włosy i uśmiechnąłem się z wypracowaną pewnością siebie. Oczywiście miałem marne szanse, by zadowolić trenera, ale chciałem spróbować.
- Przygotuję go - oznajmiłem stanowczo.
- Mhm... Zobaczymy - mruknął trener, oglądając się w stronę drzwi od szatni, które właśnie wydały z siebie głośny huk - A teraz złaź i się rozciągnij. Dobra robota dzisiaj.
Przytaknąłem lekko i zgrabnie przeszedłem przez próg. Para, która właśnie podeszła do trenera, otaksowała mnie z typową pogardą. Dumnie zadarłem podbródek, szybko zakładając osłonki na płozy. Minąłem ich bez słowa, kierując się w stronę, z której oni przyszli. O dziwo, dopiero gdy wszedłem do ciepłej szatni, wzdrygnąłem się z zimna. Bluzka przylepiła mi się do pleców, a pot, którym przesiąkła, zdążył już wystygnąć. Od razu zdjąłem ubranie, odkrywając pokryty bliznami tors. Zasłoniłem się materiałem i rozglądnąłem po pomieszczeniu. Nikogo nie zauważyłem, więc spokojnie rzuciłem koszulkę na ławkę, stojącą na środku. Otworzyłem swoją szafkę, po czym zacząłem grzebać w torbie.
- Nie jesteś spostrzegawczy - usłyszałem znienacka.
Zachłysnąłem się powietrzem i od razu zwróciłem w stronę dźwięku. Zasłoniłem się powtórnie, tym razem rękoma.
- Shichiro! - krzyknąłem wysokim głosem, gdy w końcu dojrzałem chłopaka wciśniętego między metalowy bok szafek a ścianę. W zimnym, białym świetle świetlówek jego oko wyglądało jeszcze gorzej. Generalnie, jego twarz zdawała się być w naprawdę fatalnym stanie w porównaniu z tym, co widziałem wcześniej w samochodzie.
- Tak, to ja. Nie musisz się zasłaniać jak panna - westchnął, odpychając się od ściany.
Powoli ruszył w moją stronę. Zamiast zrobić cokolwiek normalnego, zacisnąłem ręce wokół siebie mocniej, absolutnie nieufny.
- Co tu robisz? - zapytałem cicho.
- Czekam na ciebie - oznajmił ze stoickim spokojem.
Cofnąłem się i zacisnąłem zęby mocno. Odwróciłem wzrok. Ogarnął mnie strach i rozpacz.
- Nie podchodź - syknąłem, gdy był już bardzo blisko.
- Hm? Bo co? - zdziwił się, robiąc kolejny krok w moją stronę.
- Przecież dobrze wiesz, że nie czuję się komfortowo w takich momentach - odparłem, opierając plecy o lodowate, metalowe drzwiczki.
- Terapia szokowa - powiedział, już nie po raz pierwszy.
Zamknąłem oczy i przyłożyłem dłoń do jego ramienia.
- Przestań - szepnąłem - Nie psuj mi dobrego dnia.
- A czym bym go miał psuć? Przecież tylko stoję - stwierdził.
Wsadził ręce do kieszeni i lekko nachylił się w moją stronę. Naparłem na jego rękę, ale zbyt słabo, aby to odczuł.
- Za blisko - wydusiłem z siebie, odwracając twarz w bok.
Kilka kosmyków włosów opadło mi na twarz. Shichiro odgarnął je bardzo delikatnie i łagodnie.
- Boże, przestań! - wykrzyknąłem wtedy, od razu odtrącając jego dłoń - Co jak co, ale tego nie jestem w stanie znieść.
Chłopak zabrał dłoń i odsunął się o krok. Zlustrował mnie chłodnym spojrzeniem.
- Nie przesadzaj, przecież ledwo cię dotknąłem - mruknął.
- Nienawidzę dotyku - syknąłem, odwracając się do niego tyłem.
- Przecież prawie codziennie to robię? - zdziwił się - A niby czym są masaże?
- Ale to jest zupełnie inna sprawa - odpowiedziałem szybko.
Shichiro usiadł na ławce ciężko. Westchnął wymownie i zaczął mówić coś do siebie bardzo cichym szeptem. Skorzystałem z okazji, by jak najszybciej się przebrać. Cały czas plułem sobie w brodę, że nie poszedłem ogarnąć się w łazience. Że nie rozejrzałem się porządniej.
Spiąłem grzywkę, wziąłem kilka głębokich wdechów i odwróciłem się do Shichiro. Siedział już wyprostowany, patrząc się gdzieś w bok z zadumą. Usta miał zaciśnięte w wąską linię, a oczy lekko przymrużone. No, prawe na pewno takie było, a lewego nie dało się określić, tak spuchnięte było. I mimo tak zszarganej twarzy, wciąż uznawałem go za zabójczo przystojnego.
Zebrałem z podłogi swoje łyżwy i wsadziłem je do torby. Następnie wyciągnąłem cały swój pakunek z szafki. Spadł mi on na twarz. Sapnąłem, bezsłownie wyrażając swoją frustrację. Jednocześnie do moich uszu dotarło ciche chrząknięcie. Typowy, ledwo powstrzymany śmiech. Zrzuciłem dość ciężką torbę na ziemię, po czym odwróciłem się w stronę Shichiro. Spojrzałem na niego gniewnie.
- Co ty nosisz w tej torbie, że jest aż tak ciężka? - zapytał z wyraźną kpiną.
- Łyżwy, ubrania, szkicownik. I parę innych rzeczy - odparłem cicho, odwracając wzrok w bok.
Dzisiaj czułem się przy nim wyjątkowo niekomfortowo.
- Musisz trochę wyrobić ręce w takim razie - stwierdził, podchodząc bliżej do mnie.
Mimowolnie przyjrzałem się jego ramionom. Faktycznie, musiał mieć w nich trochę siły. Prychnąłem z pogardą.
- Daję radę, nie mam czasu jeszcze chodzić na siłownię - mruknąłem.
Chłopak odebrał mi torbę i z łatwością ją podniósł.
- Pompki by ci wystarczyły, a to możesz robić w domu - odpowiedział, lekko nachylając się w moją stronę. Znowu.
- Okropny dzisiaj jesteś - wyznałem.
Odwróciłem się na pięcie i skierowałem do drzwi, które prowadziły na korytarz. Shichiro podążył za mną.
- Ale mimo to i tak do mnie idziesz - zauważył, nie skrywając zadowolenia.
- Bo obiecałeś mi historię swojej twarzy - wyjaśniłem od razu.
- Jasne, oczywiście, że o to chodzi - mruknął, a ja wyczułem w tym jakąś sugestię.
Wydawała mi się ona zupełnie oczywista, a przy tym bardzo gorzka do przełknięcia. Przystanąłem i szybko zwróciłem w jego stronę.
- Co ty sugerujesz? - syknąłem z oburzeniem i miną tak groźną, jak tylko potrafiłem.
On jedynie zmarszczył brwi, gdy zatrzymał się gwałtownie. Wydawał się być skonsternowany moją reakcją.
Co oczywiste, jak zwykle wszystko wyolbrzymiłem i przeinaczyłem. Jednak zorientowałem się nie w porę. Tak też to ze mną bywa.
Zamknąłem na chwilę oczy i znów poszedłem w stronę gabinetu Shichiro. Usłyszałem jak komentuje pod nosem. Zgarbiłem się lekko, przygryzając jednocześnie wargę. Doszliśmy do celu w niekomfortowej ciszy. Automatycznie usiadłem na kozetce. Podciągnąłem nogi pod brodę i objąłem łydki ciasno. Włosy poleciały mi na twarz. Obserwowałem w tej pozycji, jak Shichiro kładzie moją torbę w kącie i zaczyna krzątać się po pokoju. Metodycznie zbiera potrzebne mu rzeczy, myje ręce, wyciera je, przysuwa sobie stołek. Nie każe mi jednak się przesiąść, nie podciąga mi na siłę nogawek. Po prostu staje przede mną z założonymi na piersi rękoma. Przedramiona się napinają, rękawy bluzy, którą założył w międzyczasie, lekko podciągają, przy okazji ładnie ukazując końce złożonych tatuaży.
- O co ci dzisiaj chodzi? - zapytał.
- Jesteś zbyt natarczywy - oznajmiłem pokrótce.
- Dlaczego niby? Co takiego robię?
- Krzyczysz, naciskasz na mnie, za bardzo się zbliżasz... - zacząłem wyliczać.
- Wyolbrzymiasz - warknął i gwałtownie usiadł na stołku przede mną.
Drgnąłem w przerażeniu, jednocześnie spoglądając na niego jak przestraszone zwierzę.
- Nie wyolbrzymiam, po prostu tak to odbieram - powiedziałem wysokim głosem.
I choć nie chciałem płakać, to brzmiałem właśnie jakbym miał się zaraz rozryczeć.
- Nieważne - mruknął - Podciągaj nogawki.
Zrobiłem to posłusznie, głównie z obawy na konsekwencje oporu. Shichiro zgrabnie natarł dłonie olejkiem, wcierając go od czubków palców po nadgarstki. Zauważyłem, że jego knykcie były pokryte brzydkimi ranami i zaczerwieniami. Wydawały się też lekko opuchnięte, a na pewno bolesne. Z resztą, tego dnia jego ręce nie poruszały się tak pewnie jak zazwyczaj. Czułem, że jego ruchy są sztywniejsze, dostosowane do obolałych stawów. Gdy podnosił dłonie na chwilę, widziałem jak drżą. Przeniosłem wzrok na jego twarz. Policzek był lekko napuchnięty, ale oko znacznie bardziej. Czerwona od krwi twardówka wywoływała u mnie ciarki. Brew po przeciwnej stronie była głęboko rozcięta. Przez plaster przesączyła się dziwna substancja, zapewne nie krew.
- Byłeś z tym wszystkim u lekarza? - zapytałem, nieśmiało dotykając jego czoła opuszkami.
Zerknął na mnie nieobecnym wzrokiem.
- Po co? - odparł - Dałem radę sam wszystko ogarnąć.
- To oko wygląda paskudnie - zauważyłem - I brew też.
- Tak, tak. Zagoi się - zbył mnie od razu, wyraźnie rozdrażniony moją wścibskością.
- O co poszło? - zapytałem nieustępliwie.
- Zwykła bójka w barze. Nie chciałem słuchać jak jakiś gnojek obraża ludzi - wyjaśnił szybko.
Uniosłem brwi w geście zaskoczenia. Dotknąłem czubka jego głowy, nie powstrzymując impulsu.
- Byłem pijany - dodał po chwili, patrzą się wprost w moje oczy.
Odwróciłem wzrok w bok i zabrałem rękę od razu.
- No tu nie jestem zaskoczony - przyznałem.
Shichiro otarł moje łydki z nadmiaru olejku, po czym odsunął się ode mnie.
- Wiem, że nie powinienem - mruknął, tak cicho, że ledwo go usłyszałem przez mocny strumień wody uderzający o metalowy zlew - Ale gość powiedział o kilka zdań za dużo.
- Na jaki temat? - zapytałem, również zniżając głos.
Shichiro westchnął głośno, wycierając ręce bardzo delikatnie, acz ostrożnie.
- Na temat gejów i czego to by z nimi nie zrobił - mruknął, spoglądając na mnie z ukosa.
- Och - szepnąłem, ledwo otwierając usta.
Skuliłem się i oparłem brodę o kolano. Poczułem się winny, że Shichiro tak wygląda. Wziąłem na siebie odpowiedzialność za jego bójkę. Mimo tego, że przecież dopiero dzisiaj się dowiedział. I tak miałem wrażenie, że to stało się przeze mnie. Nie sądziłem, że ktoś kiedykolwiek się za mną wstawi.
- Lepiej zapobiegać, niż potem leczyć ofiary - dodał, podchodząc w moją stronę.
Gwałtownie się poderwałem, prawie na niego wpadając. Jego słowa okrutnie mnie przytłoczyły. W oczach wezbrały mi łzy. Shichiro delikatnie poprawił mi włosy.
- Zrób coś z tą twarzą, proszę - szepnąłem.
- Spokojnie - zapewnił mnie.
Wyminąłem go sprawnie.
- Odwieźć cię? - zapytał.
- Wrócę sam - oznajmiłem stanowczo, choć przez łzy.
Pociągnąłem nosem i wziąłem z podłogi torbę.
- Dziękuję za dzisiaj - powiedziałem jeszcze, ostatni raz na niego zerkając.
- Do jutra? - spytał w odpowiedzi.
- Do jutra - potwierdziłem.
Szybko wyszedłem z pokoju, a gdy znalazłem się na dworze, puściłem się biegiem. Po chwili po policzkach spłynęły mi łzy.
Czułem się jednocześnie wzruszony historią Shichiro, a z drugiej strony dobijało mnie to. Ciągle musiałem sobie powtarzać, że nie zrobił tego wyłącznie dla mnie. Jednak egoistyczny głos podpowiadał mi, że gdybym nie istniał, on nawet nie zwróciłby uwagi na tamtego człowieka.

Poza tym coś mnie wtedy tknęło. Poczułem przypływ chęci i kreatywności. Tej nocy powstał mój pierwszy obraz, który mogłem nazwać poważnym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X