niedziela, 12 lutego 2017

Czwarta historia

- Haru, już późno - usłyszałem od razu po przebudzeniu.
Nie wiedziałem, co się dzieje. Która godzina, dzień, pora dnia. Otworzyłem oczy powoli, rozejrzałem się dookoła siebie. Leżałem, o dziwo, na łóżku. Przykryty jedynie kocem, ułożony pomiędzy śmieciami rozrzuconymi po materacu.
- Która godzina? - mruknąłem, zachrypnięty.
Ach, dojrzewanie jest takie wspaniałe. Nawet jak już przebrniesz przez tą cholerną mutację, to i tak czasami echem odbija się o poranku.
- Jedenasta - oznajmiła mama, zbierając z podłogi puste butelki.
- Czyli znowu nie poszedłem do szkoły - podsumowałem, przeciągając się niechętnie.
- Przynajmniej w końcu spałeś - odparła markotnie, przyglądając się mojemu biurku.
Wyglądała na bardzo zmartwioną.
- No... Ostatnio jest trochę lepiej - powiedziałem cicho.
Porządniej okryłem się miękkim kocem. Nie było go tu wieczorem. Ktoś musiał mnie przykryć w nocy. Zapewne tata.
- I tak w takim tempie się wykończysz - stwierdziła szeptem.
Jednocześnie sięgnęła po kartkę, nad którą siedziałem wczoraj. Uniosła do góry arkusz z rysunkiem. Przedstawiał Shichiro z poprzedniego dnia. Dokładniej jego profil, któremu tak długo przyglądałem się w aucie.
- To ten kolega, który cię odwiózł? - zapytała, chcąc najwyraźniej jak najszybciej zmienić temat.
Zarumieniłem się lekko i chwilę później zasłoniłem twarz kocem. Szkic wydawał mi się nawet trochę intymny, o ile tak mogę to nazwać.
- Ta... Shichiro - wydukałem w końcu.
- Japończyk? - zdziwiła się mama. Podstawiła kartkę pod światło.
Promienie słońca padły na jej policzek, który zaiskrzył się lekko. Dopiero teraz dostrzegłem jej makijaż. Policzki były bardziej zapadnięte niż zwykle przez ich wykonturowanie. Cera była promienna, z równym kolorytem. Wszelkie oznaki zmęczenia zostały sprawnie zakryte. Usta uwydatnione stonowaną, matową szminką w kolorze kawy z mlekiem. Nie wiem, jak dobrze opisać oczy. Pod idealnie narysowanymi brwiami w skórę wtapiał się rudy cień, który w załamaniu powieki przechodził w ciemniejszy, cynamonowy brąz. Wszystko to było brutalnie odcięte cielistym obszarem. Nad samą linią rzęs zaczynała się ostra, czarna kreska. Długie rzęsy, uwydatnione jeszcze sztucznymi, wraz z ciemną linią tuż pod okiem, nadawały tajemniczego, niezwykle eleganckiego wyglądu.
- Bardzo ładnie dzisiaj wyglądasz - stwierdziłem nagle.
Mama uśmiechnęła się szczerze.
- Dziękuję - zaśmiała się - Trzeba jakoś się prezentować, skoro dzisiaj przyjeżdżają już zawodnicy.
Uniosłem brew w zaskoczeniu.
- Trzydniowe zawody? - domyśliłem się.
- Sezon się już rozkręcił na dobre - przyznała, poprawiając króciutkie, ciemnobrązowe włosy.
- Mhm... Ale podoba mi się ten makijaż. Też chciałbym tak umieć - mruknąłem, nie do końca się zastanawiając, co mówię.
Mama spojrzała na mnie lekko skonsternowana. Wydawała się rozdarta.
- Chciałbyś się malować? - zapytała dla upewnienia się.
Gapiłem się na nią, osłupiały. Wiedziałem, że nie jest to rzecz, której się po mnie spodziewała. Razem z moją orientacją, problemami i zainteresowaniami. Westchnąłem, zakłopotany i zagubiony. Nie wiedziałem, jak się tłumaczyć. Kości zostały rzucone. Mogłem w to brnąć dalej albo od razu się wycofać.
- To głupi pomysł, wiem... Ja... Nie będę. Nie chcę robić kolejnej rzeczy, która ci się nie podoba - szepnąłem, naciągając koc już po czubek głowy.
Byłem pewien, że znowu jest mną zawiedziona.
- Przepraszam, że jestem taki beznadziejny - dodałem jeszcze ciszej.
Poczułem jak materac nieznacznie ugina się pod jej ciężarem. Położyła mi dłoń na głowie.
- Nie jesteś beznadziejny Haru - powiedziała ciepłym, delikatnym głosem - Jesteś moim synkiem, więc i tak cię zawsze będę kochać, wiesz? Nieważne, jaki chcesz być.
"Jaki chcesz być". To zdanie zabrzmiało dla mnie jak oskarżenie, że nie jestem taki, jak powinienem.
- Jaki - powiedziałem z wyrzutem - Zupełnie inaczej powinienem się zachowywać.
- Naah - szepnęła, tak typowo dla siebie - Dla mnie jesteś jak najbardziej cudowny. I musisz robić to, co chcesz. Inaczej nie będziesz się czuł dobrze ze sobą.
Wzruszyłem ramionami.
- Mimo, że są to rzeczy, o których nawet nie powinienem myśleć?
- Ale dlaczego? - zdziwiła się.
- No bo... Makijaż jest raczej damską sprawą - mruknąłem, zerkając na nią.
Zaśmiała się lekko, ze zmieszaniem.
- Nie jestem tego taka pewna. Moi ulubieni artyści są mężczyznami i są lepsi od większości kobiet - wyznała, bez cienia zawstydzenia.
Odkryłem twarz bardziej. Mama zaczęła mnie głaskać lekko po głowie w kojący sposób.
- Z resztą wydaje mi się, że ty też byłbyś w tym całkiem dobry - mruknęła po chwili.
- Serio? - zapytałem z powątpiewaniem.
- Wystarczy, że byś trochę poćwiczył - dodała.
- Ida, gdzie jesteś?! - usłyszeliśmy z daleka głos cioci Zosi.
Mama wstała powoli.
- Idę! - krzyknęła, a potem zwróciła się do mnie jeszcze na chwilę.
Ucałowała moje czoło czule.
- Jakby co, wiesz, gdzie trzymam wszystkie kosmetyki. Próbuj, jak chcesz - szepnęła.
Potem wyprostowała się i wybiegła z pokoju.
Wtuliłem się w koc, zamykając oczy. Czy chciałem to robić? Czy miałem ochotę narażać się na kolejne drwiny? O dziwo tak. Zebrałem się w sobie, by wstać. Jeszcze raz przyjrzałem się szkicowi Shichiro prowadzącego Porsche. Był piękny, musiałem to przyznać. Ruszyłem potem do pokoju, w którym mama zawsze tworzyła. Kreowała tam nie tylko makijaż, ale również wiele innych rzeczy. Na przykład moje stroje, w których występowałem. Zasiadłem przed dużym lustrem. Spojrzałem na swoje zmęczone oblicze, a potem na wszystkie przedmioty, które leżały wokół mnie. Pędzle, pigmenty, paletki, pudry i inne, obce mi rzeczy. Tworzyły różnobarwną gamę kolorów. Od razu na myśl przychodziły mi własne prace.
Tak, makijaż to również sztuka. Choć jego procesy zupełnie różniły się od malunku czy rzeźby, to końcowe dzieło stanowiło artystyczny wyraz człowieka. Tego byłem pewien od samego patrzenia na wszystko, co mnie otaczało. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo mnie do tego ciągnęło. Ale sięgnięcie po pierwszy z brzegu produkt wydawał mi się niezwykłym aktem odwagi. I o dziwo się na niego zdobyłem.
***
Po kilku godzinach oglądania filmików i próbowaniu, w końcu wydawało mi się, że skończyłem. Choć w porównaniu z artystami wyglądałem fatalnie, to myślę, że mógłbym ostatecznie wyjść tak do ludzi.
Gdybym był dziewczyną, oczywiście.
Westchnąłem cicho i jeszcze raz przejrzałem się w lustrze. Nawet nie zauważyłem, kiedy do pokoju weszła mama. Najpierw zlustrowała mnie wzrokiem z daleka. Odwróciłem się do niej powoli.
- Jak źle jest? - zapytałem, oblizując wargi odruchowo.
Bardzo tego pożałowałem, czując dziwny smak szminki w ustach.
- Hm... Myślałam, że będzie gorzej - zaśmiała się, w końcu się do mnie zbliżając.
Złapała mnie za brodę delikatnie i obróciła moją twarz pod słońce. Zmrużyłem oczy lekko.
- Całkiem ładnie, gdyby nie ten podkład - westchnęła - Oczka masz śliczne.
- Dziękuję? - odparłem niepewnie.
Zaśmiała się znowu, po czym zmierzwiła moje nieuczesane włosy.
- Chyba będziemy musieli się wybrać na małe zakupy - mruknęła, ścierając z kącika moich ust niedokładnie położoną pomadkę.
- Jakie zakupy? - zapytałem, dalej patrząc się w okno pusto.
- No wiesz, na przykład dopasować podkład i takie tam - odparła.
Absolutnie nie ukrywała tego, jak szczęśliwa jest, że zabrałem się za makijaż.
Jak matka może cieszyć się, że jej syn się maluje?
- Mamo... Ja nie wiem... W końcu jestem chłopakiem - szepnąłem, zagryzając wargę lekko.
- No coś ty, urodziłam cię, to chyba wiem - prychnęła - Ale co za różnica?
Podeszła do toaletki i zaczęła porządkować kosmetyki. Odłożyła pędzle do pudełka, ułożyła paletki w stosiki takie, jak były wcześniej. Obserwowałem ją w zamyśleniu.
- Taka, że jesteśmy w Polsce i to nie jest proste - odpowiedziałem w końcu.
Mama obejrzała się na mnie przez ramię.
- Możesz być kim chcesz, niezależnie gdzie mieszkasz, w jakim jesteś wieku i czym się zajmujesz - oznajmiła - I nikogo nie powinno to interesować.
- Ale interesuje - warknąłem, dając ujście swojemu żalowi.
Westchnęła ciężko, podchodząc do mnie. Złapała moją twarz w dłonie i ucałowała w czoło mocno.
- I nie powinieneś się tym przejmować, uwierz mi - szepnęła z lekkim uśmiechem.
Choć miałem ochotę wykrzyczeć jej w twarz wszystko, co leży mi na duszy, to nie byłem w stanie. Była zbyt pogodna i delikatna, by to zrobić. Zamiast tego zacisnąłem oczy i przeczesałem włosy palcami.
- Żeby to jeszcze było takie łatwe - wydusiłem z siebie.
Pogłaskała mnie po policzku delikatnie. Otworzyła usta, by coś znowu powiedzieć, ale wtedy przerwał nam mój telefon. Zmarszczyłem brwi i sięgnąłem po niego. Odebrałem bez patrzenia na wyświetlacz. Mógł być to tylko trener, bo nikt więcej nie miał interesu w kontaktowaniu się ze mną.
- Słucham - powiedziałem markotnie, patrząc się przepraszająco w oczy mamy.
Uśmiechnęła się do mnie znów, choć teraz wydawała się o wiele smutniejsza.
- Pójdę zrobić ci coś do jedzenia - szepnęła.
- Przychodzisz dzisiaj na trening? - ku memu zaskoczeniu usłyszałem Shichiro.
- E? - zdziwiłem się - Tak, przyjdę... Chyba.
- Czemu chyba? - zapytał, nie ukrywając swojej irytacji.
- No bo nie mam autobusu z domu tak, bym zdążył - odparłem, drapiąc się po karku.
- Co ty robisz w domu? Jesteś chory?
- Psychicznie - mruknąłem ironicznie - Nie poszedłem na lekcje, bo pierwszy raz od kilku dni spałem.
- Mhm - westchnął Shichiro - Czyli co, przyjechać po ciebie?
- Co?! Nie musisz, dam sobie radę - wykrzyknąłem, spanikowany.
- Daj spokój, Ryuunosuke będzie wkurzony jeżeli się spóźnisz. Przyjadę - oznajmił stanowczo.
- Ale... Nie chcę sprawiać kłopotu - szepnąłem zakłopotany.
- I tak chciałem się przejechać, spoko. Będę za godzinę.
- A adres? - zapytałem jeszcze, ale już się rozłączył.
Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Szybko zapisałem numer, a potem odetchnąłem ciężko.
- Chodź zjeść, Haru - powiedziała mama, która przed chwilą przyszła.
Wstałem powoli z krzesła.
- Gdzie masz coś do zmywania? - spytałem, rozglądając się.
- W łazience. Potem to zmyjesz, oki? - odpowiedziała, szybko wracając do kuchni.
Poszedłem za nią i usiadłem przy barku. Do miski nalała mi kremu z cukinii.
- Zdążysz na trening? - upewniła się.
- Shichiro po mnie przyjedzie - oznajmiłem, zerkając na nią niepewnie.
- Ach, twój crush, tak? - zaśmiała się - Mówiłam, że wolałabym, byś z nim nie jeździł.
- Nie miałem wyboru - szepnąłem.
Mama cmoknęła w dezaprobacie.
- Przepraszam - dodałem.
Położyła dłoń na mojej głowie.
- Po prostu się martwię, bo go nie znam - wyznała bez ogródek - Dasz sobie radę? Muszę już lecieć.
Przytaknąłem lekko, zabierając się do jedzenia.
- Smacznego i miłego treningu - dodała szybko i popędziła do wyjścia.
Sezon. Typowo. Tata siedział zamknięty w pracowni albo spał. Mama biegała po ośrodku, obsługując przyjeżdżających zawodników, ich konie i towarzyszący im zespół. Oczywiście nie robiła tego sama. Stajnia była podzielona między cztery osoby - moją mamę i jej przyjaciółki. Cała ich historia jest niesamowita. Opowiedzenie jej w całości zajęłoby mi dużo czasu. Jednak w skrócie mówiąc, obietnicę wspólnego stworzenia ośrodka jeździeckiego złożyły sobie w wieku szesnastu,siedemnastu lat. Teraz mają trzydzieści osiem, bądź dziewięć. Żyły marzeniami przez wiele lat, by w końcu je zrealizować dziesięć lat temu. To, że im się udało, nadal było dla mnie niesamowitym przykładem, że można wszystko. I mimo tego, jak beznadziejny byłem i nadal jestem, hipokryzyjnie w to wierzyłem.
Odstawiłem miskę do zlewu, po czym spojrzałem na zegarek w telefonie. Miałem pół godziny. Aż nadto, by się przygotować. Przelotnie spojrzałem w lustro, ściągając z siebie przepoconą koszulkę. Wyglądałem dziwnie. Z jednej strony ten makijaż wydawał mi się absolutnie nienaturalną, niepasującą rzeczą. Z drugiej jednak podobałem się sobie. Ta sprzeczność mnie irytowała. Szybko przejrzałem półkę mamy w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mi to zmyć. Wziąłem pierwszy lepszy płyn z napisem "do demakijażu". Zadziałał? Zadziałał. Tyle mi było trzeba na tamten moment. I choć moje rzęsy pozostały lekko zabarwione, to do reszty nie mogłem się przyczepić. Znów wyglądałem normalnie, przystępnie dla społeczeństwa. Wziąłem szybki prysznic, choć nie omieszkałem umyć włosów. Przy majowych temperaturach wszystko schło od razu. Gdy wyszedłem z kabiny, zostało mi już niecałe piętnaście minut. Szybko się wytarłem i umyłem zęby.
- Czy ja mógłbym być trochę bardziej inteligentny? - mruknąłem do siebie, gdy w końcu spostrzegłem, że nie przygotowałem sobie ubrania.
W samym ręczniku pobiegłem do swojego pokoju. Wziąłem pierwszą lepszą bieliznę z szuflady. Ściągnąłem kremowe dresy z krzesła i sięgnąłem na wieszak po bordową koszulkę. Zdążyłem ubrać się w połowie, nim dostałem wiadomość.
Czekam przed domem.
Westchnąłem cicho, biegnąc do drzwi bez bluzki na sobie. Zgarnąłem jeszcze krem z filtrem ze stołu w salonie i torbę z jej stałego miejsca w przedpokoju. W pośpiechu nasmarowałem się emulsją, a następnie wyszedłem, wciąż zostawiając górną część ciała odsłoniętą. Shichiro stał przy swoim Porsche, oparty ręką o dach. Koszulka bez rękawów odsłaniała całe ramiona, a przy tym również wszystkie tatuaże. Wąskie rurki ładnie opinały uda i łydki. Kruczoczarna grzywka przesłaniała twarz pochyloną nad telefonem.
Wyglądał tak piekielnie dobrze.
- Lansujesz się - zauważyłem, podchodząc bliżej niego.
- Nie, po prostu na ciebie czekam - odparł, podnosząc głowę.
Oczy zasłaniały mu okrągłe okulary z ciemnymi szkiełkami. Wydawał się jeszcze bledszy niż zwykle, a linia szczęki jeszcze ostrzejsza.
Zlustrowałem go wzrokiem z powątpiewaniem.
- To ty świecisz klatą - dodał, wskazując na mój nagi tors - Nie żeby coś, ale myślałem, że masz jakieś kompleksy co do swojego ciała.
Prychnąłem z nieukrytą pogardą.
- Nie miałem czasu, a nie ubiorę koszulki na świeżo posmarowaną skórę - oznajmiłem.
- Och, no tak - mruknął, otwierając drzwi od strony kierowcy - Wsiadaj.
Obszedłem auto i wsiadłem do środka. Usadowiłem się raczej nienaturalnie. Sztuczna skóra, którą były pokryte siedzenia, na pewno nie zachęcała się do oparcia o nią bez ubrań. Ręce wsadziłem między nogi, tak, by nie stykały się ani z materiałem spodni, ani z krzesłem. Shichiro przyjrzał mi się krytycznie, odpalając silnik. W odpowiedzi jęknąłem z zażenowaniem, ukrywając twarz w dłoniach.
- Czy ty się w ogóle uczesałeś? - zapytał cicho, poprawiając moje włosy.
Nie odtrąciłem jego ręki, tylko zerknąłem na niego.
- Może tak, może nie - bąknąłem.
Chłopak szybko nawrócił na podjeździe i zjechał drogą w dół. W międzyczasie ubrałem koszulkę, która natychmiastowo przylepiła się do moich pleców. Pomachałem mamie, którą minęliśmy po drodze. Ta odmachała mi lekko, krytycznie przyglądając się Shichiro.
- To twoja siostra czy ktoś taki? - zapytał on prawie od razu.
Zaśmiałem się cicho, rozbawiony jego pytaniem.
- Mama - oznajmiłem krótko.
Ostrożnie oparłem się o siedzenie, przeczesując palcami faktycznie rozczochrane włosy.
- Tak umalowana? W stajni? - zdziwił się, sprawnie wymijając ogromny koniowóz.
Jeżeli nie możecie sobie wyobrazić takiego profesjonalnego pojazdu do przewozu koni, to wyobraźcie sobie przerobionego tira. Voilà, macie koniowóz, którego używają ci bogaci, sponsorowani jeźdźcy. Oprócz czterech lub pięciu koni, można w nim przewieźć również cały sprzęt i sporo ludzi. A do tego mogą tam te osoby spać, jeść, w sumie całkiem normalnie żyć. Imponujące, hm?
- Dzisiaj zaczynają się zawody, a ona jest oficjalnie właścicielką stajni. Więc musi się prezentować - wyjaśniłem - Ale piękny makijaż robi, prawda?
Shichiro pokiwał głową na boki.
- Nie znam się, ale wyglądała spoko - odparł obojętnie.
Wzruszyłem ramionami, odwracając wzrok do okna. Przymknąłem oczy, wsłuchując się w muzykę. Dzisiaj nie były to utwory klasyczne. Wydawało mi się, że znam autora, ale ręki nie dałbym sobie uciąć.
- Masz szeroki gust muzyczny - stwierdziłem po paru piosenkach.
- Może... Wszystko zależy od nastroju - mruknął Shichiro, wchodząc w ostry zakręt.
Miałem wrażenie, że cały czas przyśpiesza.
- To chyba dzisiaj nie masz humoru - zauważyłem cicho.
- Istotnie - przyznał chłopak, włączając się do ruchu zdecydowanie zbyt agresywnie.
- Dlaczego? - zapytałem z ciekawości.
- Nie twój cholerny interes - warknął, nagle na powrót rozzłoszczony bardziej.
Napiąłem mięśnie, nieoczekiwanie pragnąc wyskoczyć z auta. Nieważne, że pędziliśmy ponad sto kilometrów na godzinę. To sprawiało, że nagła ewakuacja była nawet bardziej kusząca. Obawiałem się siedzenia w tak ciasnej, zamkniętej przestrzeni sam na sam z agresywną osobą. Nie podobało mi się to, a gdzieś z tyłu głowy miałem złe przeczucie. Było ono bardzo podobne do tego, które zawsze towarzyszyło mi przy zaczepkach któregoś z licealistów. Co następowało potem? W najlepszym wypadku ponownie obite żebra. W najgorszym... Wiadomo. Na samą myśl o tych doświadczeniach zebrało mi się na mdłości. Mocno przełknąłem ślinę. Po chwili przycisnąłem się do drzwi auta, zasłaniając twarz dłońmi.
- Niedobrze ci? - Shichiro w końcu zauważył moją żałosną pozycję.
- Tak jakby? - wydukałem.
Czułem nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Tak, jakby coś mocno mnie obejmowało i powoli odbierało mi całe powietrze.
- Tak jakby - powtórzył po mnie z pogardą, podnosząc przy tym głos.
- Błagam, nie krzycz - sapnąłem, przesuwając jedną rękę na klatkę piersiową.
Serce waliło mi tak, jakbym przebiegł co najmniej kilkanaście kilometrów. Zacisnąłem palce na miękkim materiale koszulki.
- Jeszcze nie krzyczę - oznajmił Shichiro chłodnym tonem.
Pochyliłem się lekko do przodu, zamykając oczy. Zacząłem odliczać od dziesięciu w dół. Jakby to kiedykolwiek wcześniej pomogło. Bardziej mnie to denerwowało, niżeli uspokajało.
- A ja nie będę rzygał - odparłem, siląc się na chociażby trochę błyskotliwszą odpowiedź.
- No i dobrze - odetchnął z ulgą.
Klepnął mnie lekko w plecy, jakby na pocieszenie. Miejsce, w którym mnie dotknął, zapłonęło żywym ogniem. Napiąłem się jeszcze bardziej. Nic nie odpowiedziałem, tylko założyłem dłonie na kark, łapczywie biorąc każdy, choćby najmniejszy oddech.
- Zaraz się zapowietrzysz z tego wszystkiego - szepnął Shichiro.
Usłyszałem, jak coś spada. Zerknąłem w bok szybko. Były to okulary chłopaka.
- Nie pomagasz - syknąłem.
Nie wiedziałem, co chce zrobić. Nakrzyczy na mnie? Weźmie mnie za szmaty? Co mi zrobi?
- Spodziewam się - westchnął.
Wyczułem w jego głosie... Smutek albo niepewność. Może oba. Na chwilę wstrzymałem oddech. Po chwili wypuściłem powietrze z płuc z żałosnym jękiem. Jego ton niemiłosiernie mnie zaskoczył. Wszystko odpuściło. Nieznacznie, ale wystarczająco, bym zauważył. Panika na chwilę się cofnęła.
- Co się nagle stało - szepnąłem, skołowany.
- A co się stało? - zapytał Shichiro, zdziwiony równie co ja.
- Odpuściło mi... Nie rozumiem czemu - wyznałem, na powrót wystraszony samym faktem, że tak niespodziewanie stałem się spokojniejszy. Zazwyczaj nic nie pomagało, dopóki się nie złamałem. A no było równoznaczne z wymiotami albo okropnym, męczącym płaczem.
On nic nie powiedział, chociaż co chwilę na mnie zerkał.
- A dlaczego to się w ogóle zaczęło? - spytał w końcu, ostrożnie i cicho.
- Agresywny byłeś. A mi się to fatalnie kojarzy - powiedziałem, splatając dłonie na karku. Z niewiadomego powodu lęk nie pozwalał mi się wyprostować.
- Czemu? - uparcie drążył temat.
Przez chwilę milczałem, rozważając prawidłową odpowiedź.
- Widziałeś wszystkie moje sińce i rany. Mam dalej wyjaśniać? - mruknąłem, przezwyciężając opór strachu. Usiadłem prosto, jednak nie spojrzałem na niego, a utkwiłem wzrok przed sobą.
- Nigdy dokładnie nie zdradziłeś, skąd one się biorą. Niewiele wiem o tobie - odparł Shichiro.
- A ja o tobie wiem jeszcze mniej - przyznałem zgodnie z prawdą.
- Masz rację. Ale boisz się z jakiegoś powodu. Chcę wiedzieć, z jakiego.
- Po co? - prychnąłem nieufnie.
- Żeby nie było więcej takich... Wydarzeń jak przed chwilą.
- Ładnie to ująłeś - mruknąłem, wciskając się w fotel. Skrzyżowałem ręce na piersi i westchnąłem cicho.
- Wow, dzięki - odparł Shichiro ponuro, zaciskając lewą dłoń na kierownicy. Kostki mu zupełnie zbielały. Nadal nie byłem w stanie spojrzeć na jego twarz. Miałem przed tym niewyjaśnione opory. Długo zastanawiałem się też, co mu powiedzieć. Bałem się, że dla niego zabrzmi to zbyt banalnie, a nawet idiotycznie.
- Chodzi... O to, co cię spotkało w gimnazjum? - zapytał on w końcu.
- No tak - sapnąłem cicho, odwracając twarz od niego.
- A jaki to ma związek z moją agresją?
- Trauma - oznajmiłem krótko, zasłaniając usta ponownie.
Czułem, że zmierzył mnie wzrokiem szybko. Odpowiedział mi długim, wymownym westchnięciem. Moja obecność go męczyła i nie było w tym żadnych wątpliwości. Ale sam chciał po mnie przyjechać, więc nie miał prawa narzekać na głos. Czułem jednak, że powinienem się wytłumaczyć. Może chciałem to zrobić, żeby nie czuć się aż tak źle ze sobą. Możliwe, że po prostu pragnąłem, by ktoś mnie w końcu zrozumiał. Nie wiem, bo sam siebie nigdy nie pojmowałem siebie.
- Wiesz, jak ktoś na mnie podnosił głos, to najczęściej byli ci chłopacy. A potem kończyło się to... No wiesz czym. Więc automatycznie tak reaguję.
- Jak długo będę musiał tłumaczyć, że nie zrobię ci krzywdy? - zapytał Shichiro, na nowo zirytowany.
- Obawiam się, że bardzo długo. Jestem męczącą osobą - odparłem smutno, przymykając lekko oczy.
- No cóż - westchnął, gwałtownie zmieniając pas na obwodnicy miasta.
Szarpnęło mną i uderzyłem czołem w szybę.
- Przepraszam - dodałem po chwili.
- Za? - mruknął Shichiro.
- Za to, że jestem taki irytujący - szepnąłem, zagryzając wargę.
Wyciągnął do mnie rękę. Palcami złapał kosmyk moich włosów i założył mi go za ucho łagodnym ruchem. Wzdrygnąłem się, ale nie odsunąłem. Z resztą, nie miałem gdzie. Taki dotyk wydawał mi się niesamowicie intymny, przez co moje policzki zrobiły się ciepłe.
- Nie jesteś aż tak denerwujący. Po prostu ja jestem mało cierpliwy. Ty przynajmniej masz dobre powody, by się tak zachowywać - powiedział, zabierając od razu dłoń.
Jego nagłe zmiany nastroju zaskakiwały. Były powodowane absolutnie niczym, a ta nieprzewidywalność mnie niepokoiła.
- Czy ja wiem, czy takie dobre - odparłem gorzko.
Shichiro zaśmiał się krótko i ponuro.
- Racja - westchnął, w końcu zjeżdżając z obwodnicy..
Na horyzoncie zaczynało widnieć miasto.
- Cały czas mnie natomiast zastanawia, dlaczego akurat ciebie wybrali do dręczenia - odezwał się po chwili.
- Spójrz na mnie i pomyśl, czy nie wyglądam zbyt dziewczęco - powiedziałem cicho.
Akurat zatrzymaliśmy się na światłach. On spojrzał na mnie, a ja w końcu odważyłem się zerknąć na niego. Oko miał sine i spuchnięte, a brew rozciętą. Zmarszczyłem brwi. Chciałem się o to zapytać, ale on mnie wyprzedził.
- Nie pytaj o moją twarz, zwykła bójka - wtrącił.
Wywróciłem oczyma.
- No dobra, wyglądasz nie do końca jak chłopak, i? - dodał prawie od razu, bym nie zaczynał tematu.
- No i jeden z nich, prawdopodobnie dla żartu, zaczął ze mną kręcić. Że tak niby wziął mnie za dziewczynę - powiedziałem i nagle się zawstydziłem. Potarłem kark dłonią. Zorientowałem się, co muszę powiedzieć, żeby wyjaśnić tą historię w pełni.
- O boże, takie przezabawne - westchnął z ironią Shichiro - A dalej?
- Jako, że ja... W sumie to chyba wolę chłopaków... To sam z nim zacząłem flirtować, okej? - wydukałem szybko - I to był początek mojej zguby. Nie wiem, czemu założyli, że... Skoro ciągnie mnie do chłopaków, to od razu dla nich mogę być zdzirą. No a potem, to już wiesz mniej więcej.
- Czyli jesteś gejem i tylko dlatego oni się ciebie tak uwalili, tak? - podsumował, prosto i zwięźle. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Jego twarz nadal pozostała beznamiętna; oczy utkwione w drodze przed sobą, usta rozluźnione.
- Tak - potwierdziłem, czując jak zalewa mnie wstyd.
Zacisnąłem dłonie w pięści, po czym westchnąłem głośno, dając głos mojej frustracji.
- Żałosne - warknął Shichiro, nagle marszcząc brwi w złości.
Spojrzałem na niego znowu, zaniepokojony i jeszcze bardziej zmieszany.
- Czemu ludzie mają tak paskudne podejście do innych, ja pierdole - wyrzucił z siebie gorzkim, pretensjonalnym tonem.
- Nie wiem... Ale to już przeszłość - odparłem, spuszczając wzrok.
- Tak po prostu wybaczasz tym, którzy wyrządzili ci taką krzywdę? - zapytał, nadal zezłoszczony, jakby na to, co mu powiedziałem.
- Nie... Ale nic z tym nie mogę też zrobić. Chcę po prostu zapomnieć - wyznałem, skubiąc wargę nerwowo.
Pokręcił głową, marszcząc nos z odrazą.
- Zabiłbym takich ludzi najchętniej - powiedział cichym, ale groźnym głosem.
Przełknąłem ślinę. Nie byłem w stanie znaleźć sensownej odpowiedzi. Uratował mnie fakt, że dojechaliśmy już pod halę. Odetchnąłem z ulgą.
- Po treningu przychodzisz do mnie - oznajmił Shichiro, odpinając pasy.
Przytaknąłem lekko i jakimś cudem wygramoliłem się z samochodu. Auto było zdecydowanie za niskie w porównaniu do moich standardów.
- A ty mi wtedy powiesz, dlaczego twoja twarz wygląda tak strasznie - powiedziałem stanowczo, gdy on zakładał okulary.
- No spoko, chociaż tyle ci się należy - zgodził się, bez spodziewanego oporu.
Wyciągnął z kieszeni zmaltretowaną paczkę Marlboro. Oparł się o bok Porsche i odpalił jedną fajkę swoim Zippo.
- Palenie jest niezdrowe - zauważyłem, ale od razu poszedłem w stronę hali.

Usłyszałem w odpowiedzi jedynie ciche prychnięcie. Pokręciłem głową i podbiegłem do wejścia. Nagle zauważyłem, że czuję się trochę lżej na duszy. Podzieliłem się czymś, co dręczyło mnie już od dawna. A przez to zaczynałem wierzyć, że Shichiro jest po mojej stronie. Tak powoli, ale mogłem uznać to za przełom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X