Nie
wiedziałem, co się dzieje. Która godzina, dzień, pora dnia.
Otworzyłem oczy powoli, rozejrzałem się dookoła siebie. Leżałem,
o dziwo, na łóżku. Przykryty jedynie kocem, ułożony pomiędzy
śmieciami rozrzuconymi po materacu.
- Która
godzina? - mruknąłem, zachrypnięty.
Ach,
dojrzewanie jest takie wspaniałe. Nawet jak już przebrniesz przez
tą cholerną mutację, to i tak czasami echem odbija się o poranku.
-
Jedenasta - oznajmiła mama, zbierając z podłogi puste butelki.
- Czyli
znowu nie poszedłem do szkoły - podsumowałem, przeciągając się
niechętnie.
-
Przynajmniej w końcu spałeś - odparła markotnie, przyglądając
się mojemu biurku.
Wyglądała
na bardzo zmartwioną.
- No...
Ostatnio jest trochę lepiej - powiedziałem cicho.
Porządniej
okryłem się miękkim kocem. Nie było go tu wieczorem. Ktoś musiał
mnie przykryć w nocy. Zapewne tata.
- I tak
w takim tempie się wykończysz - stwierdziła szeptem.
Jednocześnie
sięgnęła po kartkę, nad którą siedziałem wczoraj. Uniosła do
góry arkusz z rysunkiem. Przedstawiał Shichiro z poprzedniego dnia.
Dokładniej jego profil, któremu tak długo przyglądałem się w
aucie.
- To
ten kolega, który cię odwiózł? - zapytała, chcąc najwyraźniej
jak najszybciej zmienić temat.
Zarumieniłem
się lekko i chwilę później zasłoniłem twarz kocem. Szkic
wydawał mi się nawet trochę intymny, o ile tak mogę to nazwać.
- Ta...
Shichiro - wydukałem w końcu.
-
Japończyk? - zdziwiła się mama. Podstawiła kartkę pod światło.
Promienie
słońca padły na jej policzek, który zaiskrzył się lekko.
Dopiero teraz dostrzegłem jej makijaż. Policzki były bardziej
zapadnięte niż zwykle przez ich wykonturowanie. Cera była
promienna, z równym kolorytem. Wszelkie oznaki zmęczenia zostały
sprawnie zakryte. Usta uwydatnione stonowaną, matową szminką w
kolorze kawy z mlekiem. Nie wiem, jak dobrze opisać oczy. Pod
idealnie narysowanymi brwiami w skórę wtapiał się rudy cień,
który w załamaniu powieki przechodził w ciemniejszy, cynamonowy
brąz. Wszystko to było brutalnie odcięte cielistym obszarem. Nad
samą linią rzęs zaczynała się ostra, czarna kreska. Długie
rzęsy, uwydatnione jeszcze sztucznymi, wraz z ciemną linią tuż
pod okiem, nadawały tajemniczego, niezwykle eleganckiego wyglądu.
-
Bardzo ładnie dzisiaj wyglądasz - stwierdziłem nagle.
Mama
uśmiechnęła się szczerze.
-
Dziękuję - zaśmiała się - Trzeba jakoś się prezentować, skoro
dzisiaj przyjeżdżają już zawodnicy.
Uniosłem
brew w zaskoczeniu.
-
Trzydniowe zawody? - domyśliłem się.
- Sezon
się już rozkręcił na dobre - przyznała, poprawiając króciutkie,
ciemnobrązowe włosy.
-
Mhm... Ale podoba mi się ten makijaż. Też chciałbym tak umieć -
mruknąłem, nie do końca się zastanawiając, co mówię.
Mama
spojrzała na mnie lekko skonsternowana. Wydawała się rozdarta.
-
Chciałbyś się malować? - zapytała dla upewnienia się.
Gapiłem
się na nią, osłupiały. Wiedziałem, że nie jest to rzecz, której
się po mnie spodziewała. Razem z moją orientacją, problemami i
zainteresowaniami. Westchnąłem, zakłopotany i zagubiony. Nie
wiedziałem, jak się tłumaczyć. Kości zostały rzucone. Mogłem w
to brnąć dalej albo od razu się wycofać.
- To
głupi pomysł, wiem... Ja... Nie będę. Nie chcę robić kolejnej
rzeczy, która ci się nie podoba - szepnąłem, naciągając koc już
po czubek głowy.
Byłem
pewien, że znowu jest mną zawiedziona.
-
Przepraszam, że jestem taki beznadziejny - dodałem jeszcze ciszej.
Poczułem
jak materac nieznacznie ugina się pod jej ciężarem. Położyła mi
dłoń na głowie.
- Nie
jesteś beznadziejny Haru - powiedziała ciepłym, delikatnym głosem
- Jesteś moim synkiem, więc i tak cię zawsze będę kochać,
wiesz? Nieważne, jaki chcesz być.
"Jaki
chcesz być". To zdanie zabrzmiało dla mnie jak oskarżenie, że
nie jestem taki, jak powinienem.
- Jaki
- powiedziałem z wyrzutem - Zupełnie inaczej powinienem się
zachowywać.
- Naah
- szepnęła, tak typowo dla siebie - Dla mnie jesteś jak
najbardziej cudowny. I musisz robić to, co chcesz. Inaczej nie
będziesz się czuł dobrze ze sobą.
Wzruszyłem
ramionami.
- Mimo,
że są to rzeczy, o których nawet nie powinienem myśleć?
- Ale
dlaczego? - zdziwiła się.
- No
bo... Makijaż jest raczej damską sprawą - mruknąłem, zerkając
na nią.
Zaśmiała
się lekko, ze zmieszaniem.
- Nie
jestem tego taka pewna. Moi ulubieni artyści są mężczyznami i są
lepsi od większości kobiet - wyznała, bez cienia zawstydzenia.
Odkryłem
twarz bardziej. Mama zaczęła mnie głaskać lekko po głowie w
kojący sposób.
- Z
resztą wydaje mi się, że ty też byłbyś w tym całkiem dobry -
mruknęła po chwili.
-
Serio? - zapytałem z powątpiewaniem.
-
Wystarczy, że byś trochę poćwiczył - dodała.
- Ida,
gdzie jesteś?! - usłyszeliśmy z daleka głos cioci Zosi.
Mama
wstała powoli.
- Idę!
- krzyknęła, a potem zwróciła się do mnie jeszcze na chwilę.
Ucałowała
moje czoło czule.
- Jakby
co, wiesz, gdzie trzymam wszystkie kosmetyki. Próbuj, jak chcesz -
szepnęła.
Potem
wyprostowała się i wybiegła z pokoju.
Wtuliłem
się w koc, zamykając oczy. Czy chciałem to robić? Czy miałem
ochotę narażać się na kolejne drwiny? O dziwo tak. Zebrałem się
w sobie, by wstać. Jeszcze raz przyjrzałem się szkicowi Shichiro
prowadzącego Porsche. Był piękny, musiałem to przyznać. Ruszyłem
potem do pokoju, w którym mama zawsze tworzyła. Kreowała tam nie
tylko makijaż, ale również wiele innych rzeczy. Na przykład moje
stroje, w których występowałem. Zasiadłem przed dużym lustrem.
Spojrzałem na swoje zmęczone oblicze, a potem na wszystkie
przedmioty, które leżały wokół mnie. Pędzle, pigmenty, paletki,
pudry i inne, obce mi rzeczy. Tworzyły różnobarwną gamę kolorów.
Od razu na myśl przychodziły mi własne prace.
Tak,
makijaż to również sztuka. Choć jego procesy zupełnie różniły
się od malunku czy rzeźby, to końcowe dzieło stanowiło
artystyczny wyraz człowieka. Tego byłem pewien od samego patrzenia
na wszystko, co mnie otaczało. Nie zdawałem sobie sprawy, jak
bardzo mnie do tego ciągnęło. Ale sięgnięcie po pierwszy z
brzegu produkt wydawał mi się niezwykłym aktem odwagi. I o dziwo
się na niego zdobyłem.
***
Po
kilku godzinach oglądania filmików i próbowaniu, w końcu wydawało
mi się, że skończyłem. Choć w porównaniu z artystami wyglądałem
fatalnie, to myślę, że mógłbym ostatecznie wyjść tak do ludzi.
Gdybym
był dziewczyną, oczywiście.
Westchnąłem
cicho i jeszcze raz przejrzałem się w lustrze. Nawet nie
zauważyłem, kiedy do pokoju weszła mama. Najpierw zlustrowała
mnie wzrokiem z daleka. Odwróciłem się do niej powoli.
- Jak
źle jest? - zapytałem, oblizując wargi odruchowo.
Bardzo
tego pożałowałem, czując dziwny smak szminki w ustach.
- Hm...
Myślałam, że będzie gorzej - zaśmiała się, w końcu się do
mnie zbliżając.
Złapała
mnie za brodę delikatnie i obróciła moją twarz pod słońce.
Zmrużyłem oczy lekko.
-
Całkiem ładnie, gdyby nie ten podkład - westchnęła - Oczka masz
śliczne.
-
Dziękuję? - odparłem niepewnie.
Zaśmiała
się znowu, po czym zmierzwiła moje nieuczesane włosy.
- Chyba
będziemy musieli się wybrać na małe zakupy - mruknęła,
ścierając z kącika moich ust niedokładnie położoną pomadkę.
- Jakie
zakupy? - zapytałem, dalej patrząc się w okno pusto.
- No
wiesz, na przykład dopasować podkład i takie tam - odparła.
Absolutnie
nie ukrywała tego, jak szczęśliwa jest, że zabrałem się za
makijaż.
Jak
matka może cieszyć się, że jej syn się maluje?
-
Mamo... Ja nie wiem... W końcu jestem chłopakiem - szepnąłem,
zagryzając wargę lekko.
- No
coś ty, urodziłam cię, to chyba wiem - prychnęła - Ale co za
różnica?
Podeszła
do toaletki i zaczęła porządkować kosmetyki. Odłożyła pędzle
do pudełka, ułożyła paletki w stosiki takie, jak były wcześniej.
Obserwowałem ją w zamyśleniu.
- Taka,
że jesteśmy w Polsce i to nie jest proste - odpowiedziałem w
końcu.
Mama
obejrzała się na mnie przez ramię.
-
Możesz być kim chcesz, niezależnie gdzie mieszkasz, w jakim jesteś
wieku i czym się zajmujesz - oznajmiła - I nikogo nie powinno to
interesować.
- Ale
interesuje - warknąłem, dając ujście swojemu żalowi.
Westchnęła
ciężko, podchodząc do mnie. Złapała moją twarz w dłonie i
ucałowała w czoło mocno.
- I nie
powinieneś się tym przejmować, uwierz mi - szepnęła z lekkim
uśmiechem.
Choć
miałem ochotę wykrzyczeć jej w twarz wszystko, co leży mi na
duszy, to nie byłem w stanie. Była zbyt pogodna i delikatna, by to
zrobić. Zamiast tego zacisnąłem oczy i przeczesałem włosy
palcami.
- Żeby
to jeszcze było takie łatwe - wydusiłem z siebie.
Pogłaskała
mnie po policzku delikatnie. Otworzyła usta, by coś znowu
powiedzieć, ale wtedy przerwał nam mój telefon. Zmarszczyłem brwi
i sięgnąłem po niego. Odebrałem bez patrzenia na wyświetlacz.
Mógł być to tylko trener, bo nikt więcej nie miał interesu w
kontaktowaniu się ze mną.
-
Słucham - powiedziałem markotnie, patrząc się przepraszająco w
oczy mamy.
Uśmiechnęła
się do mnie znów, choć teraz wydawała się o wiele smutniejsza.
- Pójdę
zrobić ci coś do jedzenia - szepnęła.
-
Przychodzisz dzisiaj na trening? - ku memu zaskoczeniu usłyszałem
Shichiro.
- E? -
zdziwiłem się - Tak, przyjdę... Chyba.
- Czemu
chyba? - zapytał, nie ukrywając swojej irytacji.
- No bo
nie mam autobusu z domu tak, bym zdążył - odparłem, drapiąc się
po karku.
- Co ty
robisz w domu? Jesteś chory?
-
Psychicznie - mruknąłem ironicznie - Nie poszedłem na lekcje, bo
pierwszy raz od kilku dni spałem.
- Mhm -
westchnął Shichiro - Czyli co, przyjechać po ciebie?
- Co?!
Nie musisz, dam sobie radę - wykrzyknąłem, spanikowany.
- Daj
spokój, Ryuunosuke będzie wkurzony jeżeli się spóźnisz.
Przyjadę - oznajmił stanowczo.
-
Ale... Nie chcę sprawiać kłopotu - szepnąłem zakłopotany.
- I tak
chciałem się przejechać, spoko. Będę za godzinę.
- A
adres? - zapytałem jeszcze, ale już się rozłączył.
Spojrzałem
na wyświetlacz telefonu. Szybko zapisałem numer, a potem
odetchnąłem ciężko.
- Chodź
zjeść, Haru - powiedziała mama, która przed chwilą przyszła.
Wstałem
powoli z krzesła.
- Gdzie
masz coś do zmywania? - spytałem, rozglądając się.
- W
łazience. Potem to zmyjesz, oki? - odpowiedziała, szybko wracając
do kuchni.
Poszedłem
za nią i usiadłem przy barku. Do miski nalała mi kremu z cukinii.
-
Zdążysz na trening? - upewniła się.
-
Shichiro po mnie przyjedzie - oznajmiłem, zerkając na nią
niepewnie.
- Ach,
twój crush, tak? - zaśmiała się - Mówiłam, że wolałabym, byś
z nim nie jeździł.
- Nie
miałem wyboru - szepnąłem.
Mama
cmoknęła w dezaprobacie.
-
Przepraszam - dodałem.
Położyła
dłoń na mojej głowie.
- Po
prostu się martwię, bo go nie znam - wyznała bez ogródek - Dasz
sobie radę? Muszę już lecieć.
Przytaknąłem
lekko, zabierając się do jedzenia.
-
Smacznego i miłego treningu - dodała szybko i popędziła do
wyjścia.
Sezon.
Typowo. Tata siedział zamknięty w pracowni albo spał. Mama biegała
po ośrodku, obsługując przyjeżdżających zawodników, ich konie
i towarzyszący im zespół. Oczywiście nie robiła tego sama.
Stajnia była podzielona między cztery osoby - moją mamę i jej
przyjaciółki. Cała ich historia jest niesamowita. Opowiedzenie jej
w całości zajęłoby mi dużo czasu. Jednak w skrócie mówiąc,
obietnicę wspólnego stworzenia ośrodka jeździeckiego złożyły
sobie w wieku szesnastu,siedemnastu lat. Teraz mają trzydzieści
osiem, bądź dziewięć. Żyły marzeniami przez wiele lat, by w
końcu je zrealizować dziesięć lat temu. To, że im się udało,
nadal było dla mnie niesamowitym przykładem, że można wszystko. I
mimo tego, jak beznadziejny byłem i nadal jestem, hipokryzyjnie w to
wierzyłem.
Odstawiłem
miskę do zlewu, po czym spojrzałem na zegarek w telefonie. Miałem
pół godziny. Aż nadto, by się przygotować. Przelotnie spojrzałem
w lustro, ściągając z siebie przepoconą koszulkę. Wyglądałem
dziwnie. Z jednej strony ten makijaż wydawał mi się absolutnie
nienaturalną, niepasującą rzeczą. Z drugiej jednak podobałem się
sobie. Ta sprzeczność mnie irytowała. Szybko przejrzałem półkę
mamy w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mi to zmyć. Wziąłem
pierwszy lepszy płyn z napisem "do demakijażu".
Zadziałał? Zadziałał. Tyle mi było trzeba na tamten moment. I
choć moje rzęsy pozostały lekko zabarwione, to do reszty nie
mogłem się przyczepić. Znów wyglądałem normalnie, przystępnie
dla społeczeństwa. Wziąłem szybki prysznic, choć nie omieszkałem
umyć włosów. Przy majowych temperaturach wszystko schło od razu.
Gdy wyszedłem z kabiny, zostało mi już niecałe piętnaście
minut. Szybko się wytarłem i umyłem zęby.
- Czy
ja mógłbym być trochę bardziej inteligentny? - mruknąłem do
siebie, gdy w końcu spostrzegłem, że nie przygotowałem sobie
ubrania.
W samym
ręczniku pobiegłem do swojego pokoju. Wziąłem pierwszą lepszą
bieliznę z szuflady. Ściągnąłem kremowe dresy z krzesła i
sięgnąłem na wieszak po bordową koszulkę. Zdążyłem ubrać się
w połowie, nim dostałem wiadomość.
Czekam
przed domem.
Westchnąłem
cicho, biegnąc do drzwi bez bluzki na sobie. Zgarnąłem jeszcze
krem z filtrem ze stołu w salonie i torbę z jej stałego miejsca w
przedpokoju. W pośpiechu nasmarowałem się emulsją, a następnie
wyszedłem, wciąż zostawiając górną część ciała odsłoniętą.
Shichiro stał przy swoim Porsche, oparty ręką o dach. Koszulka bez
rękawów odsłaniała całe ramiona, a przy tym również wszystkie
tatuaże. Wąskie rurki ładnie opinały uda i łydki. Kruczoczarna
grzywka przesłaniała twarz pochyloną nad telefonem.
Wyglądał
tak piekielnie dobrze.
-
Lansujesz się - zauważyłem, podchodząc bliżej niego.
- Nie,
po prostu na ciebie czekam - odparł, podnosząc głowę.
Oczy
zasłaniały mu okrągłe okulary z ciemnymi szkiełkami. Wydawał
się jeszcze bledszy niż zwykle, a linia szczęki jeszcze
ostrzejsza.
Zlustrowałem
go wzrokiem z powątpiewaniem.
- To ty
świecisz klatą - dodał, wskazując na mój nagi tors - Nie żeby
coś, ale myślałem, że masz jakieś kompleksy co do swojego ciała.
Prychnąłem
z nieukrytą pogardą.
- Nie
miałem czasu, a nie ubiorę koszulki na świeżo posmarowaną skórę
- oznajmiłem.
- Och,
no tak - mruknął, otwierając drzwi od strony kierowcy - Wsiadaj.
Obszedłem
auto i wsiadłem do środka. Usadowiłem się raczej nienaturalnie.
Sztuczna skóra, którą były pokryte siedzenia, na pewno nie
zachęcała się do oparcia o nią bez ubrań. Ręce wsadziłem
między nogi, tak, by nie stykały się ani z materiałem spodni, ani
z krzesłem. Shichiro przyjrzał mi się krytycznie, odpalając
silnik. W odpowiedzi jęknąłem z zażenowaniem, ukrywając twarz w
dłoniach.
- Czy
ty się w ogóle uczesałeś? - zapytał cicho, poprawiając moje
włosy.
Nie
odtrąciłem jego ręki, tylko zerknąłem na niego.
- Może
tak, może nie - bąknąłem.
Chłopak
szybko nawrócił na podjeździe i zjechał drogą w dół. W
międzyczasie ubrałem koszulkę, która natychmiastowo przylepiła
się do moich pleców. Pomachałem mamie, którą minęliśmy po
drodze. Ta odmachała mi lekko, krytycznie przyglądając się
Shichiro.
- To
twoja siostra czy ktoś taki? - zapytał on prawie od razu.
Zaśmiałem
się cicho, rozbawiony jego pytaniem.
- Mama
- oznajmiłem krótko.
Ostrożnie
oparłem się o siedzenie, przeczesując palcami faktycznie
rozczochrane włosy.
- Tak
umalowana? W stajni? - zdziwił się, sprawnie wymijając ogromny
koniowóz.
Jeżeli
nie możecie sobie wyobrazić takiego profesjonalnego pojazdu do
przewozu koni, to wyobraźcie sobie przerobionego tira. Voilà, macie
koniowóz, którego używają ci bogaci, sponsorowani jeźdźcy.
Oprócz czterech lub pięciu koni, można w nim przewieźć również
cały sprzęt i sporo ludzi. A do tego mogą tam te osoby spać,
jeść, w sumie całkiem normalnie żyć. Imponujące, hm?
-
Dzisiaj zaczynają się zawody, a ona jest oficjalnie właścicielką
stajni. Więc musi się prezentować - wyjaśniłem - Ale piękny
makijaż robi, prawda?
Shichiro
pokiwał głową na boki.
- Nie
znam się, ale wyglądała spoko - odparł obojętnie.
Wzruszyłem
ramionami, odwracając wzrok do okna. Przymknąłem oczy, wsłuchując
się w muzykę. Dzisiaj nie były to utwory klasyczne. Wydawało mi
się, że znam autora, ale ręki nie dałbym sobie uciąć.
- Masz
szeroki gust muzyczny - stwierdziłem po paru piosenkach.
-
Może... Wszystko zależy od nastroju - mruknął Shichiro, wchodząc
w ostry zakręt.
Miałem
wrażenie, że cały czas przyśpiesza.
- To
chyba dzisiaj nie masz humoru - zauważyłem cicho.
-
Istotnie - przyznał chłopak, włączając się do ruchu
zdecydowanie zbyt agresywnie.
-
Dlaczego? - zapytałem z ciekawości.
- Nie
twój cholerny interes - warknął, nagle na powrót rozzłoszczony
bardziej.
Napiąłem
mięśnie, nieoczekiwanie pragnąc wyskoczyć z auta. Nieważne, że
pędziliśmy ponad sto kilometrów na godzinę. To sprawiało, że
nagła ewakuacja była nawet bardziej kusząca. Obawiałem się
siedzenia w tak ciasnej, zamkniętej przestrzeni sam na sam z
agresywną osobą. Nie podobało mi się to, a gdzieś z tyłu głowy
miałem złe przeczucie. Było ono bardzo podobne do tego, które
zawsze towarzyszyło mi przy zaczepkach któregoś z licealistów. Co
następowało potem? W najlepszym wypadku ponownie obite żebra. W
najgorszym... Wiadomo. Na samą myśl o tych doświadczeniach zebrało
mi się na mdłości. Mocno przełknąłem ślinę. Po chwili
przycisnąłem się do drzwi auta, zasłaniając twarz dłońmi.
-
Niedobrze ci? - Shichiro w końcu zauważył moją żałosną
pozycję.
- Tak
jakby? - wydukałem.
Czułem
nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Tak, jakby coś mocno mnie
obejmowało i powoli odbierało mi całe powietrze.
- Tak
jakby - powtórzył po mnie z pogardą, podnosząc przy tym głos.
-
Błagam, nie krzycz - sapnąłem, przesuwając jedną rękę na
klatkę piersiową.
Serce
waliło mi tak, jakbym przebiegł co najmniej kilkanaście
kilometrów. Zacisnąłem palce na miękkim materiale koszulki.
-
Jeszcze nie krzyczę - oznajmił Shichiro chłodnym tonem.
Pochyliłem
się lekko do przodu, zamykając oczy. Zacząłem odliczać od
dziesięciu w dół. Jakby to kiedykolwiek wcześniej pomogło.
Bardziej mnie to denerwowało, niżeli uspokajało.
- A ja
nie będę rzygał - odparłem, siląc się na chociażby trochę
błyskotliwszą odpowiedź.
- No i
dobrze - odetchnął z ulgą.
Klepnął
mnie lekko w plecy, jakby na pocieszenie. Miejsce, w którym mnie
dotknął, zapłonęło żywym ogniem. Napiąłem się jeszcze
bardziej. Nic nie odpowiedziałem, tylko założyłem dłonie na
kark, łapczywie biorąc każdy, choćby najmniejszy oddech.
- Zaraz
się zapowietrzysz z tego wszystkiego - szepnął Shichiro.
Usłyszałem,
jak coś spada. Zerknąłem w bok szybko. Były to okulary chłopaka.
- Nie
pomagasz - syknąłem.
Nie
wiedziałem, co chce zrobić. Nakrzyczy na mnie? Weźmie mnie za
szmaty? Co mi zrobi?
-
Spodziewam się - westchnął.
Wyczułem
w jego głosie... Smutek albo niepewność. Może oba. Na chwilę
wstrzymałem oddech. Po chwili wypuściłem powietrze z płuc z
żałosnym jękiem. Jego ton niemiłosiernie mnie zaskoczył.
Wszystko odpuściło. Nieznacznie, ale wystarczająco, bym zauważył.
Panika na chwilę się cofnęła.
- Co
się nagle stało - szepnąłem, skołowany.
- A co
się stało? - zapytał Shichiro, zdziwiony równie co ja.
-
Odpuściło mi... Nie rozumiem czemu - wyznałem, na powrót
wystraszony samym faktem, że tak niespodziewanie stałem się
spokojniejszy. Zazwyczaj nic nie pomagało, dopóki się nie
złamałem. A no było równoznaczne z wymiotami albo okropnym,
męczącym płaczem.
On nic
nie powiedział, chociaż co chwilę na mnie zerkał.
- A
dlaczego to się w ogóle zaczęło? - spytał w końcu, ostrożnie i
cicho.
-
Agresywny byłeś. A mi się to fatalnie kojarzy - powiedziałem,
splatając dłonie na karku. Z niewiadomego powodu lęk nie pozwalał
mi się wyprostować.
-
Czemu? - uparcie drążył temat.
Przez
chwilę milczałem, rozważając prawidłową odpowiedź.
-
Widziałeś wszystkie moje sińce i rany. Mam dalej wyjaśniać? -
mruknąłem, przezwyciężając opór strachu. Usiadłem prosto,
jednak nie spojrzałem na niego, a utkwiłem wzrok przed sobą.
- Nigdy
dokładnie nie zdradziłeś, skąd one się biorą. Niewiele wiem o
tobie - odparł Shichiro.
- A ja
o tobie wiem jeszcze mniej - przyznałem zgodnie z prawdą.
- Masz
rację. Ale boisz się z jakiegoś powodu. Chcę wiedzieć, z
jakiego.
- Po
co? - prychnąłem nieufnie.
- Żeby
nie było więcej takich... Wydarzeń jak przed chwilą.
-
Ładnie to ująłeś - mruknąłem, wciskając się w fotel.
Skrzyżowałem ręce na piersi i westchnąłem cicho.
- Wow,
dzięki - odparł Shichiro ponuro, zaciskając lewą dłoń na
kierownicy. Kostki mu zupełnie zbielały. Nadal nie byłem w stanie
spojrzeć na jego twarz. Miałem przed tym niewyjaśnione opory.
Długo zastanawiałem się też, co mu powiedzieć. Bałem się, że
dla niego zabrzmi to zbyt banalnie, a nawet idiotycznie.
-
Chodzi... O to, co cię spotkało w gimnazjum? - zapytał on w końcu.
- No
tak - sapnąłem cicho, odwracając twarz od niego.
- A
jaki to ma związek z moją agresją?
-
Trauma - oznajmiłem krótko, zasłaniając usta ponownie.
Czułem,
że zmierzył mnie wzrokiem szybko. Odpowiedział mi długim,
wymownym westchnięciem. Moja obecność go męczyła i nie było w
tym żadnych wątpliwości. Ale sam chciał po mnie przyjechać, więc
nie miał prawa narzekać na głos. Czułem jednak, że powinienem
się wytłumaczyć. Może chciałem to zrobić, żeby nie czuć się
aż tak źle ze sobą. Możliwe, że po prostu pragnąłem, by ktoś
mnie w końcu zrozumiał. Nie wiem, bo sam siebie nigdy nie
pojmowałem siebie.
-
Wiesz, jak ktoś na mnie podnosił głos, to najczęściej byli ci
chłopacy. A potem kończyło się to... No wiesz czym. Więc
automatycznie tak reaguję.
- Jak
długo będę musiał tłumaczyć, że nie zrobię ci krzywdy? -
zapytał Shichiro, na nowo zirytowany.
-
Obawiam się, że bardzo długo. Jestem męczącą osobą - odparłem
smutno, przymykając lekko oczy.
- No
cóż - westchnął, gwałtownie zmieniając pas na obwodnicy miasta.
Szarpnęło
mną i uderzyłem czołem w szybę.
-
Przepraszam - dodałem po chwili.
- Za? -
mruknął Shichiro.
- Za
to, że jestem taki irytujący - szepnąłem, zagryzając wargę.
Wyciągnął
do mnie rękę. Palcami złapał kosmyk moich włosów i założył
mi go za ucho łagodnym ruchem. Wzdrygnąłem się, ale nie
odsunąłem. Z resztą, nie miałem gdzie. Taki dotyk wydawał mi się
niesamowicie intymny, przez co moje policzki zrobiły się ciepłe.
- Nie
jesteś aż tak denerwujący. Po prostu ja jestem mało cierpliwy. Ty
przynajmniej masz dobre powody, by się tak zachowywać - powiedział,
zabierając od razu dłoń.
Jego
nagłe zmiany nastroju zaskakiwały. Były powodowane absolutnie
niczym, a ta nieprzewidywalność mnie niepokoiła.
- Czy
ja wiem, czy takie dobre - odparłem gorzko.
Shichiro
zaśmiał się krótko i ponuro.
- Racja
- westchnął, w końcu zjeżdżając z obwodnicy..
Na
horyzoncie zaczynało widnieć miasto.
- Cały
czas mnie natomiast zastanawia, dlaczego akurat ciebie wybrali do
dręczenia - odezwał się po chwili.
-
Spójrz na mnie i pomyśl, czy nie wyglądam zbyt dziewczęco -
powiedziałem cicho.
Akurat
zatrzymaliśmy się na światłach. On spojrzał na mnie, a ja w
końcu odważyłem się zerknąć na niego. Oko miał sine i
spuchnięte, a brew rozciętą. Zmarszczyłem brwi. Chciałem się o
to zapytać, ale on mnie wyprzedził.
- Nie
pytaj o moją twarz, zwykła bójka - wtrącił.
Wywróciłem
oczyma.
- No
dobra, wyglądasz nie do końca jak chłopak, i? - dodał prawie od
razu, bym nie zaczynał tematu.
- No i
jeden z nich, prawdopodobnie dla żartu, zaczął ze mną kręcić.
Że tak niby wziął mnie za dziewczynę - powiedziałem i nagle się
zawstydziłem. Potarłem kark dłonią. Zorientowałem się, co muszę
powiedzieć, żeby wyjaśnić tą historię w pełni.
- O
boże, takie przezabawne - westchnął z ironią Shichiro - A dalej?
- Jako,
że ja... W sumie to chyba wolę chłopaków... To sam z nim zacząłem
flirtować, okej? - wydukałem szybko - I to był początek mojej
zguby. Nie wiem, czemu założyli, że... Skoro ciągnie mnie do
chłopaków, to od razu dla nich mogę być zdzirą. No a potem, to
już wiesz mniej więcej.
- Czyli
jesteś gejem i tylko dlatego oni się ciebie tak uwalili, tak? -
podsumował, prosto i zwięźle. Nie zrobiło to na nim żadnego
wrażenia. Jego twarz nadal pozostała beznamiętna; oczy utkwione w
drodze przed sobą, usta rozluźnione.
- Tak -
potwierdziłem, czując jak zalewa mnie wstyd.
Zacisnąłem
dłonie w pięści, po czym westchnąłem głośno, dając głos
mojej frustracji.
-
Żałosne - warknął Shichiro, nagle marszcząc brwi w złości.
Spojrzałem
na niego znowu, zaniepokojony i jeszcze bardziej zmieszany.
- Czemu
ludzie mają tak paskudne podejście do innych, ja pierdole -
wyrzucił z siebie gorzkim, pretensjonalnym tonem.
- Nie
wiem... Ale to już przeszłość - odparłem, spuszczając wzrok.
- Tak
po prostu wybaczasz tym, którzy wyrządzili ci taką krzywdę? -
zapytał, nadal zezłoszczony, jakby na to, co mu powiedziałem.
-
Nie... Ale nic z tym nie mogę też zrobić. Chcę po prostu
zapomnieć - wyznałem, skubiąc wargę nerwowo.
Pokręcił
głową, marszcząc nos z odrazą.
-
Zabiłbym takich ludzi najchętniej - powiedział cichym, ale groźnym
głosem.
Przełknąłem
ślinę. Nie byłem w stanie znaleźć sensownej odpowiedzi. Uratował
mnie fakt, że dojechaliśmy już pod halę. Odetchnąłem z ulgą.
- Po
treningu przychodzisz do mnie - oznajmił Shichiro, odpinając pasy.
Przytaknąłem
lekko i jakimś cudem wygramoliłem się z samochodu. Auto było
zdecydowanie za niskie w porównaniu do moich standardów.
- A ty
mi wtedy powiesz, dlaczego twoja twarz wygląda tak strasznie -
powiedziałem stanowczo, gdy on zakładał okulary.
- No
spoko, chociaż tyle ci się należy - zgodził się, bez
spodziewanego oporu.
Wyciągnął
z kieszeni zmaltretowaną paczkę Marlboro. Oparł się o bok Porsche
i odpalił jedną fajkę swoim Zippo.
-
Palenie jest niezdrowe - zauważyłem, ale od razu poszedłem w
stronę hali.
Usłyszałem
w odpowiedzi jedynie ciche prychnięcie. Pokręciłem głową i
podbiegłem do wejścia. Nagle zauważyłem, że czuję się trochę
lżej na duszy. Podzieliłem się czymś, co dręczyło mnie już od
dawna. A przez to zaczynałem wierzyć, że Shichiro jest po mojej
stronie. Tak powoli, ale mogłem uznać to za przełom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz