niedziela, 19 marca 2017

Szósta historia

Wyjeżdżając z miasta jeszcze byłem w stanie udawać spokojnego. Jadąc autobusem po wyboistej drodze, która zaczynała się trochę przed moją wsią, zaczynałem już krztusić się płaczem. A gdy tylko wypadłem z autobusu na chodnik, rozpłakałem się. Ogromne łzy ściekały mi po policzkach, gdy biegłem ulicą, a potem ścieżką przez las. Koniec końców, zupełnie zaryczany i roztrzęsiony, na przełaj dotarłem do domu. Wytarłem oczy rękawem bluzy nim wszedłem do środka. I choć wiedziałem, że to nie zmieni za wiele, to miałem nadzieję, że to choć trochę złagodzi dramatyzm mojej sytuacji. Co wciąż wydaje mi się śmieszne, wtedy nie kierowały mną żadne uczucia. Jak na początku dusiło mnie poczucie winy i wzruszenie, tak stojąc przed drzwiami własnego domu nie czułem już nic. Przekręciłem klucz w zamku, po czym wszedłem najciszej jak mogłem. Miałem nadzieję, że przemknę niezauważony. Jakże zaskoczony byłem, gdy zastałem wszystkie pomieszczenia ciche i puste. Psy spokojnie spały na swoich posłaniach, a koty drzemały razem na kanapie. Odważyłem się zajrzeć do pracowni ojca. Ekran komputera był wygaszony, a samo urządzenie pracowało cicho, wydając przy tym delikatny szum. Na stole papiery jak zawsze były porozrzucane, a wśród nich walały się różne pióra, cienkopisy, ołówki. Ale taty nie było. Zamknąłem drzwi szybko, pozostawiając pomieszczenie nienaruszone. Przeszedłem ciemnym korytarzem do swojego pokoju. Zapaliłem lampę, która służyła mi jedynie do oświetlania sztalugi. Wiedziałem, że zapałki były wciśnięte głęboko pod kartki schowane ze wstydu w szufladzie. Z niechęcią przeglądałem szkice osób i zwierząt. Pierwsze były fatalne, zupełnie niepoprawne anatomicznie, a do tego bardzo niechlujne. Choć następne zdawały się lepsze, to miałem ochotę je spalić. Nie wiem, dlaczego wtedy tego nie zrobiłem. Teraz, gdy czasami zdarzy mi się na nie wpaść, szukając konkretnego pomysłu sprzed lat, patrzę na nie z absolutną odrazą.
W końcu, na dnie głębokiej szuflady, znalazłem lekko zgniecione pudełko. Ściągnąłem z parapetu dawno nieużywane, lekko zakurzone świeczki przeróżnych kształtów, rozmiarów, kolorów i zapachów. Rozstawiłem je na podłodze, szafkach, a z większymi egzemplarzami zaryzykowałem, ustawiając je na biurku. Wziąłem starą, ubrudzoną farbami szklankę. Zaniosłem ją do kuchni, gdzie nalałem wody. Nastawiłem też wody na herbatę. Do pokoju wróciłem z dwoma naczyniami. Przezornie postawiłem je po przeciwnych stronach. Z szafy pod oknem wyciągnąłem ulubione pędzle i farby akrylowe. Z kilku podobrazi opartych o przeciwległą ścianę wybrałem jedno z większych. Na sztaludze postawiłem je w poziomie. Lampa zdążyła się już rozgrzać. Białe światło grzało lekko dłonie, gdy zbliżyło się je do oświetlonej sztalugi. Włączyłem wieżę i od razu rozbrzmiała muzyka mojego ulubionego zespołu. Usiadłem na starym, trzeszczącym stołku. Zdjąłem bluzę, a po chwili nawet koszulkę. Ten maj był wyjątkowo ciepły, a mój pokój znajdował się od południowej strony. Nie śmiałem jednak otworzyć okna w obawie przed owadami. Tak, mieszkałem na wsi od siódmego roku życia, a robaków bałem się jak ognia.
Wziąłem do rąk paletę, po czym przesunąłem palcami po metalowych tubkach farb akrylowych ułożonych w drewnianym pudełku. Nie było to wiele barw, bo większość wolałem uzyskiwać samemu. Wziąłem w palce pierwsze opakowanie. Czerwień. Pierwsze skojarzenie? Miłość. Skrzywiłem się pod nosem i odszukałem inne barwy, które mnie interesowały. Rozłożyłem je bliżej siebie. Zerknąłem na wciąż puste płótno. Nie wiedziałem, co chcę dokładnie namalować. Coś znaczącego. Pragnąłem jedynie czegoś, co choć trochę odwzoruje moje uczucia. W umyśle podzieliłem przestrzeń na dwie równe części. Chwyciłem za tubkę białej farby. Wycisnąłem trochę na paletę, a po chwili dodałem naprawdę nieznaczną ilość czerni i błękitu obok. Wziąłem do ręki pierwszy z brzegu, płaski pędzel. W tamtych czasach nie miałem jeszcze zbyt wielkiego pojęcia o ich prawidłowym użyciu. Brałem te, które mi pasowały. Zamoczyłem końcówkę włosia w kubku z wodą tak, by tylko lekko je zwilżyć. Nie chciałem zbytnio rozcieńczyć farb. Ostrożnie wymieszałem akryle ze sobą, a potem zacząłem po trochu dodawać różnych barw, by uzyskać idealny, szaroniebieski kolor zimowego, ponurego nieba. Tymże idealnym odcieniem zacząłem pokrywać prawy górny róg płótna. Metodycznie przeciągałem włosie pędzla po materiale, który powoli nabierał smutnego koloru. Wszystko robiłem w rytm spokojnego indie popu lecącego z głośników. Potem zabrałem się za cieniowanie i tworzenie obłoków. Choć niebo było raptem marnym fragmentem, to już czułem, że ten obraz będzie tak przygnębiający, jak wszystkie moje akwarele. Do tego nudny i zrozumiały tylko dla mnie. Zacząłem dokładnie nakreślać ośnieżone pagórki oraz leśną ścieżkę. Mieszałem kolejne farby, by uzyskać interesujące mnie odcienie szarości. Powoli spod włosia pędzla wyłaniały się kolejne krągłości zasp, martwe krzaki, a nawet ludzkie ślady na dróżce przecinającej nienaruszony śnieg. Na chwilę się odsunąłem, by spojrzeć na powstały fragment. Był mdły, nieciekawy, jednolity.
- Jak moje życie - mruknąłem, przeciągając się.
Plecy zdążyły mi już zesztywnieć, a ramiona rozboleć. Spojrzałem na zegarek. Ten marny fragment zajął mi prawie godzinę. Wywróciłem oczyma. Wyspałem się poprzedniej nocy, więc nie musiałem już spać przez najbliższe dwie. Taki system miałem od połowy gimnazjum i jak dla mnie się sprawdzał. Wziąłem łyk herbaty, tępo gapiąc się na szare bohomazy.
- Trochę koloru nie zaszkodzi - szepnąłem.
Na telefonie odszukałem zachód słońca nadający się jako pierwowzór. Znów zacząłem dobierać barwy. Mieszałem czerwień z żółcią, poszukując odpowiedniego odcienia pomarańczowego. Obok tworzyłem róż, by po chwili oba kolory nałożyć cienkimi liniami na ponure niebo.
Zachód słońca. Schyłek życia. Idealnie.
Przyciemniłem poniektóre chmury, by choć trochę zróżnicować ten żałosny krajobraz. Pomarańczowa poświata na śniegu dawała namiastkę odwzorowania natury. Westchnąłem ciężko, pocierając nos. Nie było najgorzej. Przynajmniej widać, że się starałem. Znów pociągnąłem łyk herbaty. To cud, że jeszcze nie pomyliłem naczyń i nie napiłem się wody z farbą albo nie zamoczyłem pędzla w herbacie. Przyciszyłem muzykę. Choć rodzice na pewno jeszcze nie wrócili, to nie chciałem ryzykować. Przejrzałem szybko social media, czekając aż farby trochę przeschną. Potem wybrałem dość wąski pędzel, który umożliwiłby mi narysowanie w miarę precyzyjnych linii. Zimowy krajobraz zaczęła przecinać pajęczyna cienkich, czarnych kresek. Z tej plątaniny w końcu powstały martwe, chude drzewa. Gdy pociągnąłem ostatnią kreskę, westchnąłem ciężko. Całość mi się nie podobała tak bardzo, jak zamysł w głowie.
- Nie najgorzej ci idzie - przyznał ojciec.
Podskoczyłem na stołku, wydając z siebie przy okazji bliżej niezidentyfikowany, wysoki dźwięk. Pędzel upadł na podłogę i poplamił jasne panele. Odwróciłem się szybko w stronę drzwi. O framugę opierał się tata. Przez rękę miał przełożoną marynarkę, a po bokach chudej szyi zwisała rozwiązana muszka.
No tak. Zawody dziś otwarte, a więc i bankiet.
- Tato... - szepnąłem ze wstydem.
- No co? Przecież nie mówię nic złego - odparł zdziwiony.
Zarumieniłem się lekko i odwróciłem się do obrazu. Spojrzałem na mdłe kolory i nieciekawe kształty.
- Ale do ciebie i tak się nie imam - mruknąłem, podnosząc z ziemi upuszczony pędzel.
Ojciec prychnął cicho z mieszanką pogardy i rozbawienia.
- Tylko, że ja mam czterdzieści lat, a ty szesnaście. Ja mam prawie trzydzieści lat doświadczenia, a ty ledwie kilka - powiedział z typowym dla siebie, bardzo miękkim akcentem.
Mimo, że mieszkał tu tyle lat, jego polski wciąż pozostawiał wiele do życzenia. Chociaż gdy byłem mały, na pewno mówił gorzej.
Westchnąłem cicho, wycierając pędzel z farby. Odłożyłem go na swój stolik przy sztaludze. Wziąłem szklankę z mętną, brunatną wodą. Wstałem i podszedłem do taty.
- Ale ja nie mam talentu - wyznałem cicho, po czym go wyminąłem.
Wylałem wodę do zlewu i napełniłem naczynie czystą kranówką. Nagle poczułem się zupełnie żałośnie. A może po prostu w końcu to do mnie doszło? Nie jestem utalentowany, ani wyjątkowy. Jestem przeciętny, a nawet może i gorszy. Co chwila wracało do mnie głupie pytanie: Po co? Zacisnąłem palce na szklance. Oczy zaszły mi łzami. Zacisnąłem kciuk i palec wskazujący wolnej dłoni na nosie.
Chryste, jaki ja jestem żałosny.
Wróciłem do pokoju, zupełnie przygnębiony. Taty już nie było. Zapewne zaszył się w swoim biurze, jak co noc, a w sumie jak i co dzień. Choć była to norma, tamtego dnia było mi wyjątkowo przykro z tego powodu. Pociągnąłem nosem. Ciężko usiadłem na stołku. Odstawiłem szklankę na bok i znów napiłem się już zimnej herbaty. Skrzywiłem się na jej okropny, gorzki smak. Spojrzałem na telefon. Niebieska dioda pulsowała rytmicznie, powiadamiając mnie o nieprzeczytanej wiadomości. Odblokowałem ekran. Serce zatrzymało mi się na chwilę, gdy przeczytałem nazwę nadawcy.
Shichiro.
Przełknąłem ślinę i przeniosłem wzrok na treść wiadomości. Była krótka.
W porządku?
Ścisnąłem telefon w dłoni. Teraz już zupełnie nie było w porządku. Raczej na odwrót. Wahałem się nad odpowiedzią. Powiedzieć prawdę, czy może jednak skłamać? Czułem potrzebę wyżalenia się, podzielenia się swoimi obawami. Z drugiej strony czy mogłem zamęczać tym Shichiro? Oczywiście, że nie. On nie był moim przyjacielem, w zasadzie ledwo się znaliśmy. Jak mógłbym mu zaufać i tak po prostu się zwierzyć?
Chwilę siedziałem w bezruchu, rozważając obie opcje. Zacząłem wpisywać raz "tak" a raz "nie". Zastanawiałem się tak dobre dwadzieścia minut albo i więcej.
Nie.
Tyle odpisałem. Z wredną kropką na końcu. Odłożyłem telefon na stolik i zwróciłem się w stronę obrazu. Beznadzieja, tyle mogłem o tym sądzić. Wziąłem kilka tubek do ręki. Zieleń, żółć, błękit. Spojrzałem na pustą połowę płótna. Mruknąłem z niechęcią. Nie byłem przekonany do tego, co przeszło mi przez głowę. Zacząłem przyglądać się to opakowaniom, to obrazowi. Nie miałem innego pomysłu. Telefon zawibrował raz, drugi, trzeci. Dopiero wtedy załapałem, że ktoś do mnie dzwoni. Odebrałem tak niechętnie i powoli, jak to tylko możliwe.
- Słucham? - zapytałem cicho, odkładając farby na ich miejsce w drewnianym pudełku.
- Co się dzieje? - usłyszałem znajomy, niski i chropowaty głos.
Wywróciłem oczami i zacząłem skubać sznurek przy dresach.
- Nie wiem - odparłem wymijająco.
Trzeba było odpowiedzieć "tak". Byłoby łatwiej.
- Nie wiesz, ale w porządku kuźwa nie jest - warknął.
Przymknąłem oczy i zacisnąłem palce na nosie. Chyba był pijany.
- No i co. To nie twoja sprawa - mruknąłem.
- To po cholerę piszesz, że nie jest w porządku? - dociekał.
W jego tonie narastała złość.
- Przepraszam, że jestem z tobą szczery - odpowiedziałem ponuro, pocierając grzbiet nosa lekko.
- Jak tak piszesz, to znaczy, że oczekujesz pomocy, nie?
Nie byłem w stanie odgadnąć jego zmian nastroju. W jednym zdaniu był wściekły, a w następnym już łagodny i kochany.
- Tak, ale... Dlaczego dzwonisz? - szepnąłem, zakłopotany. Skuliłem się na stołku, który zachybotał się niebezpiecznie. Shichiro westchnął cicho, a w tle usłyszałem szum. Obracał się, zmieniał pozycję? Gdzie w ogóle był?
- Czy to nie oczywiste? Chcę, żebyś powiedział, co cię dręczy. Żebyś ze mną porozmawiał.
Na to ostatnie słowo położył szczególny nacisk. Zbyt duży. Tak, znowu go zawiodłem. To było zupełnie oczywiste. Prychnąłem cicho, obejmując kolana jedną ręką.
- To tak nie działa, Shichiro - odparłem po chwili milczenia.
Jego imię brzmiało tak dziwnie w moich ustach. Chłopak wypuścił powietrze z płuc wraz z cichym warknięciem. Przełknąłem ślinę ze zdenerwowania, spodziewając się, że zaraz na mnie nakrzyczy.
- Staram się, okej? - mruknął, zrezygnowany.
Zacisnąłem wargi w wąską linię. Po raz kolejny tego dnia czułem się winny z powodu Shichiro.
- Doceniam - przyznałem szczerze, choć mój głos okropnie drżał - Przepraszam, że jestem taki beznadziejny.
- Ach, więc o to chodzi - wyszeptał Shichiro w odpowiedzi.
Nie krzyczał. Chyba nawet już nie był na mnie zły. Jedna łza pociekła mi po policzku. Sprawnie ją otarłem.
- Przepraszam - powiedziałem raz jeszcze.
Zacząłem szlochać cicho, chociaż w ogóle tego nie chciałem. I choć z moich marnych opisów niewiele może wynikać, to naprawdę byłem przytłoczony wszystkim. Za dużo się zadziało, zbyt wiele myślałem o sobie i nie tylko. Po prostu coś we mnie pękło. To był zły dzień, jeden z tych, gdy szczególnie uświadamiałem sobie własną beznadzieję.
- Cii - szepnął Shichiro tak cicho, że ledwo słyszalnie - Za nic nie przepraszaj. Absolutnie za nic.
Zasłoniłem usta, oddychając szybko i płytko.
- Mam za co przepraszać, jestem okropny. Nie nadaję się, mam dość - powiedziałem na jednym tchu.
Shichiro jęknął z udręką. Zapanowała długa chwila milczenia.
- Nie jesteś okropny, dlaczego miałbyś być? Jesteś tylko człowiekiem, normalnym, pełnowartościowym stworzeniem - oznajmił w końcu. Był taki łagodny. Starał się dla takiego bydlęcia jak ja.
- Jak bardzo bym chciał, żeby tak było - wydusiłem z siebie ze słabym, żałosnym śmiechem - Jestem zmęczony tym wszystkim, Shichiro.
- Przestań - poprosił błagalnym tonem - Będzie lepiej, naprawdę.
- Kiedy? - zapytałem, a z oczu znowu popłynęły mi łzy. Zbierało mi się na mdłości za każdym razem, gdy słyszałem te słowa. "Będzie lepiej". Mnie ciekawiło tylko, kiedy.
Shichiro znów nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Męczyłem go, tak strasznie męczyłem.
- Nie mogę ci tego powiedzieć. Ale kiedyś na pewno. Obiecuję - oznajmił stanowczo - Dlatego nie poddawaj się tak łatwo, okej? Nawet nie doszedłeś jeszcze do seniorów, nie możesz tak po prostu zrezygnować.
Prychnąłem cicho. To wszystko wydawało się takie błahe w tamtym momencie. Każdy mój cel wydawał się żałosny i absolutnie zbędny. Po co ja się starałem?
- Jest tyle osób, które o wiele lepiej sprawdziłoby się na moim miejscu. Nie jestem niezastąpiony - zauważyłem. Słowa były dla mnie gorzkie, ale jak najbardziej adekwatne.
- Dla niektórych jesteś niezastąpiony. Jedyny w swoim rodzaju i potrzebny. Uwierz mi. Są osoby, które zrobią wszystko, byle cię nie stracić - mruknął, jakby w zadumie.
- Rodzice i tyle. Kto jeszcze? Nikt - powiedziałem, rozżalony.
- A ja? Jestem nikim? - zapytał Shichiro, zdobywając się nawet na lekki śmiech.
- Ile my mamy ze sobą wspólnego?
- Wystarczająco - oznajmił stanowczo - I powinieneś się z tym oswoić.
Westchnąłem cicho. Nie miałem siły żyć, a co dopiero się z nim spierać.
- Jasne - szepnąłem z niedowierzaniem - Aż się mną nie znudzisz.
- Uważasz mnie za taką osobę? - zapytał, nie ukrywając zawodu.
Znów skuliłem się bardziej. Zezłościłem go na nowo, tak jak każdego. Takim człowiekiem zawsze byłem i nadal jestem.
- Nie wiem, wolę dmuchać na zimne - przyznałem, zawstydzony.
Schowałem twarz między kolana. Chciałem już skończyć, przynajmniej tą rozmowę.
- Potrzebuję czasu, żeby się przekonać - dodałem, by choć trochę go udobruchać. Tak bardzo się bałem, że ponownie wytrąciłem go z równowagi.
- Rozumiem - odparł ku mojemu zaskoczeniu.
- Ech? - wymknęło się z moich ust.
- Potrzebujesz czasu, a ja... Postaram się go tobie dać - oznajmił - W końcu mi zaufasz.
Zarumieniłem się lekko. To zmierzało w złą stronę. Dla mnie wręcz w fatalną. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć, byłem absolutnie zagubiony.
- Za dużo? - domyślił się w końcu.
- Chyba tak - przyznałem szczerze, przecierając twarz dłonią.
- Okej, w porządku. I tak dużo powiedziałeś - odpowiedział tonem typowego terapeuty.
Skrzywiłem się lekko, wiedząc, że to było nic. Wierzchołek góry lodowej, a i tak większość wciąż skrywa się pod powierzchnią.
- Tylko nie rób sobie krzywdy, dobrze? - zapytał po chwili, gdy znów nie odpowiadałem.
- Mhm - mruknąłem pod nosem.
- I widzimy się jutro, tak?
- Tak - potwierdziłem szeptem.
- Super. Dobranoc - powiedział, wyraźnie zadowolony.
- Dobranoc - odparłem.
Rozłączyliśmy się. Odłożyłem telefon na stolik i zwróciłem się już po raz kolejny do obrazu. Sięgnąłem po tubki z farbami. Wybrałem kilka odcieni niebieskiego i biały. Zmieszałem je ze sobą, by uzyskać odcień letniego nieba tuż przed burzą. Nakreśliłem gęste, groźne chmury zwiastujące ulewę, prawdziwą nawałnicę. Gwałtowny charakter. Z namaszczeniem dodawałem kolejne zawijasy do przerażających obłoków. Gdzieś w oddali firmament przerywała wątła linia błyskawicy. Początek.
Po tej stronie leśna ścieżka była skryta wśród bujnej, zielonej roślinności. Rysowanie trawy zajmowało mi więcej czasu niż powinno, ale czerpałem przyjemność z pokrywania płótna pojedynczymi źdźbłami. Wszystko wydawało się tak soczyste i żywe. Radosne, w sile wieku. A przy tym absolutnie nierealne.
Zacząłem obsypywać łąkę przeróżnymi kwiatami: chabrami, makami i stokrotkami. Może ich dobór miał jakieś znaczenie, a może nie. Po prostu kojarzyły mi się z łąką, jaką miałem tuż za domem, ogrodzoną wiekowymi dębami i drogą. Dokładnie taką samą jak wszystkie pastwiska, które rozciągały się za lasem. Gdy krótkim pociągnięciem drobnego pędzla namalowałem ostatni chabrowy płatek, odsunąłem się na chwilę od płótna. Między połowami został wąski, niezapełniony pas. Mruknąłem z niechęcią. Polana też wydawała się zbyt pusta. Wziąłem popielatą farbę i rozmieszałem ją jeszcze z odrobiną bieli. Tam, gdzie farba już na pewno wyschła. umieściłem wątłe, młode brzózki. Ich jasne pnie i drobne, zdrowe listki kontrastowały z martwotą zimowego pejzażu. Środek musiał być połączeniem. Zacząłem mieszać tam barwy obu stron. Zieleń przechodziła w biel, a szarość we wszelakie odcienie błękitu i granatu. Ścieżka, w letnim pejzażu skryta wśród chaszczy, wyłaniała się na środku, by pokazać swoją trasę na zimowej części. Letnie rośliny nagle obumierały, zamieniając się w suche badyle. Śnieg z kolei przeistaczał się w gęste krzaki. Oprócz tego strony starały się złączyć również drzewa. Chuda brzoza skłaniała się w stronę szarości, gdzie jej korona powoli obumierała. Czarny pień obalony na zieleń pokrywał się pąkami i świeżymi gałązkami. Razem wyglądały jak dwie zszywki, próbujące rozpaczliwie utrzymać obraz w jedności. Odrzuciłem pędzel na stolik. Prawe ramię dawało znać o swojej obecności, a plecy promieniowały tępym bólem. Czy to był koniec?
Z trudem się wyprostowałem. Powstał dziwny pejzaż. Ale czegoś wciąż brakowało. Tylko nie byłem pewien czego. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Wziąłem szklankę z wodą i poszedłem do kuchni, by wymienić płyn na świeżą partię. Czy miałem zamiar coś jeszcze malować? Może, kto wie. W salonie paliło się światło. Zmarszczyłem brwi, bo było to raczej niecodzienne zjawisko. Mama chodziła spać szybko, aby być w stanie zerwać się o piątej z łóżka. Lecz dzisiaj była na bankiecie. Teraz stała przy wyspie oddzielającej kuchnię od jadalni. Piła herbatę, bądź jakiś napar i przeglądała czasopismo jeździeckie.
- Mamo? - zapytałem cicho.
Kobieta wzdrygnęła się lekko, wyrwana z lektury.
- Haruka - westchnęła - Dlaczego jeszcze nie śpisz?
- Wczoraj wyspałem się za świat - wyjaśniłem bez ogródek. To nie była żadna nowość. Taki tryb życia prowadziłem już kolejny rok.
- Więc dzisiaj korzystasz i malujesz, co? - zaśmiała się, jakby w ogóle nieprzejęta moją bezsennością. Może już naprawdę się przyzwyczaiła. Może wciąż sobie wmawiała, że mi przejdzie, nawet jeżeli nie biorę leków.
- Tak... Prawie skończyłem - przyznałem, lekko zakłopotany.
W tym czasie wylałem brudną wodę do zlewu. Zmyłem ją, by nie zostawiła śladu na błyszczącej, chromowanej stali.
- Chcesz mi pokazać? - zasugerowała.
Obejrzałem się na nią. Uśmiechała się łagodnie, bez żadnego podstępu. Z mamą mogłem się podzielić tym bohomazem, wiedziałem, że mnie nie skrytykuje. Matka zawsze chwali i wspiera dziecko, prawda?
- Mogę pokazać - zgodziłem się, napełniając szklankę.
Poszedłem do pokoju. Mama śledziła mnie, idąc bezszelestnie kilka kroków za mną. Otwierając drzwi, obejrzałem się na nią. Wyglądała na zmęczoną. Nie rozumiem, dlaczego poświęcała mi czas. Wpuściłem ją do środka. Stanęła przed dość dużym płótnem, przy którym wydawała się jeszcze drobniejsza niż zwykle. I choć nie jest wiele mniejsza ode mnie, to wciąż przypominała zagubioną dziewczynkę. Stała w długiej, czerwonej sukni, w lekko rozmazanym makijażu i z nieprzeniknioną ekspresją na twarzy. W dłoniach trzymała kubek z parującą herbatą z melisy. Długo przyglądała się obrazowi, czasami przekrzywiając głowę to w jedną, a to w drugą stronę.
- Masz taki talent jak ojciec - szepnęła - Wyrośnie z ciebie genialny artysta.
Tego dnia wszyscy uparli się na przepowiadanie mi przyszłości.
- Podoba ci się? - zapytałem dla pewności.
Przytaknęła z łagodnym uśmiechem.
- Jest bardzo ciekawy - przyznała - A samym zestawieniem jestem zachwycona.
- Ale czegoś tu brakuje, prawda? - mruknąłem, podpierając bok dłonią.
- Może ludzi? - zaproponowała, podchodząc trochę bliżej płótna - Wydaje mi się, że dobrze by to dopełniła jakaś para.
Nabrałem powietrza i na chwilę wstrzymałem oddech. Ludzie. Istoty, których nie znosiłem, a jednocześnie właśnie ich mi brakowało.
- Jesteś genialna, mamo - szepnąłem.
Kobieta zaśmiała się cichutko.
- Wiem - oznajmiła, nie siląc się na jakąkolwiek skromność.
Pokręciłem głową, pozwalając sobie wygiąć wargi w nieznacznym uśmieszku. Pocałowałem ją w czoło.
- Dziękuję - powiedziałem z wdzięcznością.
- Nie ma sprawy, kochanie. Dokończ i spróbuj zasnąć - odparła.
Pokiwałem głową na potwierdzenie, choć spać nie miałem zamiaru. Ucałowała mnie w policzek i wyszła z pokoju. Poszła od razu na górę, do swojej sypialni. A ja wróciłem na swój stołek.
Ludzie, tak? To mogło być ciężkie zadanie. Zawahałem się, nie wiedząc kim powinny być postacie. Parą kochanków? Nieznajomymi? Przeciwieństwami?

W końcu zdecydowałem się pozostawić ich tak nieokreślonymi, jak tylko się dało. Przez zimowy krajobraz brnął biedak. Miał na sobie jedynie podarte łachmany. Szedł zgarbiony i poniżony, udręczony pogodą oraz głodem. Jedynie w rękach trzymał cenny dla niego bukiet złożony z białego i fioletowego bzu. Dziwne, mieć bez w zimie. Ale już nie dbałem o wiarygodność. Może żebrak przybył z wiosennego krajobrazu. Naprzeciw niego stał inny człowiek. Trawy otaczały postać dumnie wyprostowaną, silną, pewną siebie. Wyciągała rękę w stronę nędzarza, jakby chciała mu pomóc. Sama nie posiadała za wiele. Nie była ani bogato ubrana, ani nie posiadała niczego cennego. Przynajmniej przy sobie. Za to w opuszczonej ręce trzymała jedną, samotną białą różę. Zbliżali się do siebie. Człowiek lata chciał pociągnąć za sobą tego z zimy. Ale czy nie skończy się to zamarznięciem letniej osoby? Czy to lato pochłaniało zimę, czy może jednak na odwrót? Nie wiedziałem. Jednak to postawiło przysłowiową kropkę nad i. Przynajmniej mogłem uznać, że skończyłem. To jedno dzieło. Pierwsze, które wprawiło mnie w zachwyt i które brałem za poważne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X