W
końcu, na dnie głębokiej szuflady, znalazłem lekko zgniecione
pudełko. Ściągnąłem z parapetu dawno nieużywane, lekko
zakurzone świeczki przeróżnych kształtów, rozmiarów, kolorów i
zapachów. Rozstawiłem je na podłodze, szafkach, a z większymi
egzemplarzami zaryzykowałem, ustawiając je na biurku. Wziąłem
starą, ubrudzoną farbami szklankę. Zaniosłem ją do kuchni, gdzie
nalałem wody. Nastawiłem też wody na herbatę. Do pokoju wróciłem
z dwoma naczyniami. Przezornie postawiłem je po przeciwnych
stronach. Z szafy pod oknem wyciągnąłem ulubione pędzle i farby
akrylowe. Z kilku podobrazi opartych o przeciwległą ścianę
wybrałem jedno z większych. Na sztaludze postawiłem je w poziomie.
Lampa zdążyła się już rozgrzać. Białe światło grzało lekko
dłonie, gdy zbliżyło się je do oświetlonej sztalugi. Włączyłem
wieżę i od razu rozbrzmiała muzyka mojego ulubionego zespołu.
Usiadłem na starym, trzeszczącym stołku. Zdjąłem bluzę, a po
chwili nawet koszulkę. Ten maj był wyjątkowo ciepły, a mój pokój
znajdował się od południowej strony. Nie śmiałem jednak otworzyć
okna w obawie przed owadami. Tak, mieszkałem na wsi od siódmego
roku życia, a robaków bałem się jak ognia.
Wziąłem
do rąk paletę, po czym przesunąłem palcami po metalowych tubkach
farb akrylowych ułożonych w drewnianym pudełku. Nie było to wiele
barw, bo większość wolałem uzyskiwać samemu. Wziąłem w palce
pierwsze opakowanie. Czerwień. Pierwsze skojarzenie? Miłość.
Skrzywiłem się pod nosem i odszukałem inne barwy, które mnie
interesowały. Rozłożyłem je bliżej siebie. Zerknąłem na wciąż
puste płótno. Nie wiedziałem, co chcę dokładnie namalować. Coś
znaczącego. Pragnąłem jedynie czegoś, co choć trochę odwzoruje
moje uczucia. W umyśle podzieliłem przestrzeń na dwie równe
części. Chwyciłem za tubkę białej farby. Wycisnąłem trochę na
paletę, a po chwili dodałem naprawdę nieznaczną ilość czerni i
błękitu obok. Wziąłem do ręki pierwszy z brzegu, płaski pędzel.
W tamtych czasach nie miałem jeszcze zbyt wielkiego pojęcia o ich
prawidłowym użyciu. Brałem te, które mi pasowały. Zamoczyłem
końcówkę włosia w kubku z wodą tak, by tylko lekko je zwilżyć.
Nie chciałem zbytnio rozcieńczyć farb. Ostrożnie wymieszałem
akryle ze sobą, a potem zacząłem po trochu dodawać różnych
barw, by uzyskać idealny, szaroniebieski kolor zimowego, ponurego
nieba. Tymże idealnym odcieniem zacząłem pokrywać prawy górny
róg płótna. Metodycznie przeciągałem włosie pędzla po
materiale, który powoli nabierał smutnego koloru. Wszystko robiłem
w rytm spokojnego indie popu lecącego z głośników. Potem zabrałem
się za cieniowanie i tworzenie obłoków. Choć niebo było raptem
marnym fragmentem, to już czułem, że ten obraz będzie tak
przygnębiający, jak wszystkie moje akwarele. Do tego nudny i
zrozumiały tylko dla mnie. Zacząłem dokładnie nakreślać
ośnieżone pagórki oraz leśną ścieżkę. Mieszałem kolejne
farby, by uzyskać interesujące mnie odcienie szarości. Powoli spod
włosia pędzla wyłaniały się kolejne krągłości zasp, martwe
krzaki, a nawet ludzkie ślady na dróżce przecinającej
nienaruszony śnieg. Na chwilę się odsunąłem, by spojrzeć na
powstały fragment. Był mdły, nieciekawy, jednolity.
- Jak
moje życie - mruknąłem, przeciągając się.
Plecy
zdążyły mi już zesztywnieć, a ramiona rozboleć. Spojrzałem na
zegarek. Ten marny fragment zajął mi prawie godzinę. Wywróciłem
oczyma. Wyspałem się poprzedniej nocy, więc nie musiałem już
spać przez najbliższe dwie. Taki system miałem od połowy
gimnazjum i jak dla mnie się sprawdzał. Wziąłem łyk herbaty,
tępo gapiąc się na szare bohomazy.
-
Trochę koloru nie zaszkodzi - szepnąłem.
Na
telefonie odszukałem zachód słońca nadający się jako
pierwowzór. Znów zacząłem dobierać barwy. Mieszałem czerwień z
żółcią, poszukując odpowiedniego odcienia pomarańczowego. Obok
tworzyłem róż, by po chwili oba kolory nałożyć cienkimi liniami
na ponure niebo.
Zachód
słońca. Schyłek życia. Idealnie.
Przyciemniłem
poniektóre chmury, by choć trochę zróżnicować ten żałosny
krajobraz. Pomarańczowa poświata na śniegu dawała namiastkę
odwzorowania natury. Westchnąłem ciężko, pocierając nos. Nie
było najgorzej. Przynajmniej widać, że się starałem. Znów
pociągnąłem łyk herbaty. To cud, że jeszcze nie pomyliłem
naczyń i nie napiłem się wody z farbą albo nie zamoczyłem pędzla
w herbacie. Przyciszyłem muzykę. Choć rodzice na pewno jeszcze nie
wrócili, to nie chciałem ryzykować. Przejrzałem szybko social
media, czekając aż farby trochę przeschną. Potem wybrałem dość
wąski pędzel, który umożliwiłby mi narysowanie w miarę
precyzyjnych linii. Zimowy krajobraz zaczęła przecinać pajęczyna
cienkich, czarnych kresek. Z tej plątaniny w końcu powstały
martwe, chude drzewa. Gdy pociągnąłem ostatnią kreskę,
westchnąłem ciężko. Całość mi się nie podobała tak bardzo,
jak zamysł w głowie.
- Nie
najgorzej ci idzie - przyznał ojciec.
Podskoczyłem
na stołku, wydając z siebie przy okazji bliżej niezidentyfikowany,
wysoki dźwięk. Pędzel upadł na podłogę i poplamił jasne
panele. Odwróciłem się szybko w stronę drzwi. O framugę opierał
się tata. Przez rękę miał przełożoną marynarkę, a po bokach
chudej szyi zwisała rozwiązana muszka.
No tak.
Zawody dziś otwarte, a więc i bankiet.
-
Tato... - szepnąłem ze wstydem.
- No
co? Przecież nie mówię nic złego - odparł zdziwiony.
Zarumieniłem
się lekko i odwróciłem się do obrazu. Spojrzałem na mdłe kolory
i nieciekawe kształty.
- Ale
do ciebie i tak się nie imam - mruknąłem, podnosząc z ziemi
upuszczony pędzel.
Ojciec
prychnął cicho z mieszanką pogardy i rozbawienia.
-
Tylko, że ja mam czterdzieści lat, a ty szesnaście. Ja mam prawie
trzydzieści lat doświadczenia, a ty ledwie kilka - powiedział z
typowym dla siebie, bardzo miękkim akcentem.
Mimo,
że mieszkał tu tyle lat, jego polski wciąż pozostawiał wiele do
życzenia. Chociaż gdy byłem mały, na pewno mówił gorzej.
Westchnąłem
cicho, wycierając pędzel z farby. Odłożyłem go na swój stolik
przy sztaludze. Wziąłem szklankę z mętną, brunatną wodą.
Wstałem i podszedłem do taty.
- Ale
ja nie mam talentu - wyznałem cicho, po czym go wyminąłem.
Wylałem
wodę do zlewu i napełniłem naczynie czystą kranówką. Nagle
poczułem się zupełnie żałośnie. A może po prostu w końcu to
do mnie doszło? Nie jestem utalentowany, ani wyjątkowy. Jestem
przeciętny, a nawet może i gorszy. Co chwila wracało do mnie
głupie pytanie: Po co? Zacisnąłem palce na szklance. Oczy zaszły
mi łzami. Zacisnąłem kciuk i palec wskazujący wolnej dłoni na
nosie.
Chryste,
jaki ja jestem żałosny.
Wróciłem
do pokoju, zupełnie przygnębiony. Taty już nie było. Zapewne
zaszył się w swoim biurze, jak co noc, a w sumie jak i co dzień.
Choć była to norma, tamtego dnia było mi wyjątkowo przykro z tego
powodu. Pociągnąłem nosem. Ciężko usiadłem na stołku.
Odstawiłem szklankę na bok i znów napiłem się już zimnej
herbaty. Skrzywiłem się na jej okropny, gorzki smak. Spojrzałem na
telefon. Niebieska dioda pulsowała rytmicznie, powiadamiając mnie o
nieprzeczytanej wiadomości. Odblokowałem ekran. Serce zatrzymało
mi się na chwilę, gdy przeczytałem nazwę nadawcy.
Shichiro.
Przełknąłem
ślinę i przeniosłem wzrok na treść wiadomości. Była krótka.
W
porządku?
Ścisnąłem
telefon w dłoni. Teraz już zupełnie nie było w porządku. Raczej
na odwrót. Wahałem się nad odpowiedzią. Powiedzieć prawdę, czy
może jednak skłamać? Czułem potrzebę wyżalenia się,
podzielenia się swoimi obawami. Z drugiej strony czy mogłem
zamęczać tym Shichiro? Oczywiście, że nie. On nie był moim
przyjacielem, w zasadzie ledwo się znaliśmy. Jak mógłbym mu
zaufać i tak po prostu się zwierzyć?
Chwilę
siedziałem w bezruchu, rozważając obie opcje. Zacząłem wpisywać
raz "tak" a raz "nie". Zastanawiałem się tak
dobre dwadzieścia minut albo i więcej.
Nie.
Tyle
odpisałem. Z wredną kropką na końcu. Odłożyłem telefon na
stolik i zwróciłem się w stronę obrazu. Beznadzieja, tyle mogłem
o tym sądzić. Wziąłem kilka tubek do ręki. Zieleń, żółć,
błękit. Spojrzałem na pustą połowę płótna. Mruknąłem z
niechęcią. Nie byłem przekonany do tego, co przeszło mi przez
głowę. Zacząłem przyglądać się to opakowaniom, to obrazowi.
Nie miałem innego pomysłu. Telefon zawibrował raz, drugi, trzeci.
Dopiero wtedy załapałem, że ktoś do mnie dzwoni. Odebrałem tak
niechętnie i powoli, jak to tylko możliwe.
-
Słucham? - zapytałem cicho, odkładając farby na ich miejsce w
drewnianym pudełku.
- Co
się dzieje? - usłyszałem znajomy, niski i chropowaty głos.
Wywróciłem
oczami i zacząłem skubać sznurek przy dresach.
- Nie
wiem - odparłem wymijająco.
Trzeba
było odpowiedzieć "tak". Byłoby łatwiej.
- Nie
wiesz, ale w porządku kuźwa nie jest - warknął.
Przymknąłem
oczy i zacisnąłem palce na nosie. Chyba był pijany.
- No i
co. To nie twoja sprawa - mruknąłem.
- To po
cholerę piszesz, że nie jest w porządku? - dociekał.
W jego
tonie narastała złość.
-
Przepraszam, że jestem z tobą szczery - odpowiedziałem ponuro,
pocierając grzbiet nosa lekko.
- Jak
tak piszesz, to znaczy, że oczekujesz pomocy, nie?
Nie
byłem w stanie odgadnąć jego zmian nastroju. W jednym zdaniu był
wściekły, a w następnym już łagodny i kochany.
- Tak,
ale... Dlaczego dzwonisz? - szepnąłem, zakłopotany. Skuliłem się
na stołku, który zachybotał się niebezpiecznie. Shichiro
westchnął cicho, a w tle usłyszałem szum. Obracał się, zmieniał
pozycję? Gdzie w ogóle był?
- Czy
to nie oczywiste? Chcę, żebyś powiedział, co cię dręczy. Żebyś
ze mną porozmawiał.
Na to
ostatnie słowo położył szczególny nacisk. Zbyt duży. Tak, znowu
go zawiodłem. To było zupełnie oczywiste. Prychnąłem cicho,
obejmując kolana jedną ręką.
- To
tak nie działa, Shichiro - odparłem po chwili milczenia.
Jego
imię brzmiało tak dziwnie w moich ustach. Chłopak wypuścił
powietrze z płuc wraz z cichym warknięciem. Przełknąłem ślinę
ze zdenerwowania, spodziewając się, że zaraz na mnie nakrzyczy.
-
Staram się, okej? - mruknął, zrezygnowany.
Zacisnąłem
wargi w wąską linię. Po raz kolejny tego dnia czułem się winny z
powodu Shichiro.
-
Doceniam - przyznałem szczerze, choć mój głos okropnie drżał -
Przepraszam, że jestem taki beznadziejny.
- Ach,
więc o to chodzi - wyszeptał Shichiro w odpowiedzi.
Nie
krzyczał. Chyba nawet już nie był na mnie zły. Jedna łza
pociekła mi po policzku. Sprawnie ją otarłem.
-
Przepraszam - powiedziałem raz jeszcze.
Zacząłem
szlochać cicho, chociaż w ogóle tego nie chciałem. I choć z
moich marnych opisów niewiele może wynikać, to naprawdę byłem
przytłoczony wszystkim. Za dużo się zadziało, zbyt wiele myślałem
o sobie i nie tylko. Po prostu coś we mnie pękło. To był zły
dzień, jeden z tych, gdy szczególnie uświadamiałem sobie własną
beznadzieję.
- Cii -
szepnął Shichiro tak cicho, że ledwo słyszalnie - Za nic nie
przepraszaj. Absolutnie za nic.
Zasłoniłem
usta, oddychając szybko i płytko.
- Mam
za co przepraszać, jestem okropny. Nie nadaję się, mam dość -
powiedziałem na jednym tchu.
Shichiro
jęknął z udręką. Zapanowała długa chwila milczenia.
- Nie
jesteś okropny, dlaczego miałbyś być? Jesteś tylko człowiekiem,
normalnym, pełnowartościowym stworzeniem - oznajmił w końcu. Był
taki łagodny. Starał się dla takiego bydlęcia jak ja.
- Jak
bardzo bym chciał, żeby tak było - wydusiłem z siebie ze słabym,
żałosnym śmiechem - Jestem zmęczony tym wszystkim, Shichiro.
-
Przestań - poprosił błagalnym tonem - Będzie lepiej, naprawdę.
-
Kiedy? - zapytałem, a z oczu znowu popłynęły mi łzy. Zbierało
mi się na mdłości za każdym razem, gdy słyszałem te słowa.
"Będzie lepiej". Mnie ciekawiło tylko, kiedy.
Shichiro
znów nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Męczyłem go, tak
strasznie męczyłem.
- Nie
mogę ci tego powiedzieć. Ale kiedyś na pewno. Obiecuję - oznajmił
stanowczo - Dlatego nie poddawaj się tak łatwo, okej? Nawet nie
doszedłeś jeszcze do seniorów, nie możesz tak po prostu
zrezygnować.
Prychnąłem
cicho. To wszystko wydawało się takie błahe w tamtym momencie.
Każdy mój cel wydawał się żałosny i absolutnie zbędny. Po co
ja się starałem?
- Jest
tyle osób, które o wiele lepiej sprawdziłoby się na moim miejscu.
Nie jestem niezastąpiony - zauważyłem. Słowa były dla mnie
gorzkie, ale jak najbardziej adekwatne.
- Dla
niektórych jesteś niezastąpiony. Jedyny w swoim rodzaju i
potrzebny. Uwierz mi. Są osoby, które zrobią wszystko, byle cię
nie stracić - mruknął, jakby w zadumie.
-
Rodzice i tyle. Kto jeszcze? Nikt - powiedziałem, rozżalony.
- A ja?
Jestem nikim? - zapytał Shichiro, zdobywając się nawet na lekki
śmiech.
- Ile
my mamy ze sobą wspólnego?
-
Wystarczająco - oznajmił stanowczo - I powinieneś się z tym
oswoić.
Westchnąłem
cicho. Nie miałem siły żyć, a co dopiero się z nim spierać.
- Jasne
- szepnąłem z niedowierzaniem - Aż się mną nie znudzisz.
-
Uważasz mnie za taką osobę? - zapytał, nie ukrywając zawodu.
Znów
skuliłem się bardziej. Zezłościłem go na nowo, tak jak każdego.
Takim człowiekiem zawsze byłem i nadal jestem.
- Nie
wiem, wolę dmuchać na zimne - przyznałem, zawstydzony.
Schowałem
twarz między kolana. Chciałem już skończyć, przynajmniej tą
rozmowę.
-
Potrzebuję czasu, żeby się przekonać - dodałem, by choć trochę
go udobruchać. Tak bardzo się bałem, że ponownie wytrąciłem go
z równowagi.
-
Rozumiem - odparł ku mojemu zaskoczeniu.
- Ech?
- wymknęło się z moich ust.
-
Potrzebujesz czasu, a ja... Postaram się go tobie dać - oznajmił -
W końcu mi zaufasz.
Zarumieniłem
się lekko. To zmierzało w złą stronę. Dla mnie wręcz w fatalną.
Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć, byłem absolutnie zagubiony.
- Za
dużo? - domyślił się w końcu.
- Chyba
tak - przyznałem szczerze, przecierając twarz dłonią.
- Okej,
w porządku. I tak dużo powiedziałeś - odpowiedział tonem
typowego terapeuty.
Skrzywiłem
się lekko, wiedząc, że to było nic. Wierzchołek góry lodowej, a
i tak większość wciąż skrywa się pod powierzchnią.
- Tylko
nie rób sobie krzywdy, dobrze? - zapytał po chwili, gdy znów nie
odpowiadałem.
- Mhm -
mruknąłem pod nosem.
- I
widzimy się jutro, tak?
- Tak -
potwierdziłem szeptem.
-
Super. Dobranoc - powiedział, wyraźnie zadowolony.
-
Dobranoc - odparłem.
Rozłączyliśmy
się. Odłożyłem telefon na stolik i zwróciłem się już po raz
kolejny do obrazu. Sięgnąłem po tubki z farbami. Wybrałem kilka
odcieni niebieskiego i biały. Zmieszałem je ze sobą, by uzyskać
odcień letniego nieba tuż przed burzą. Nakreśliłem gęste,
groźne chmury zwiastujące ulewę, prawdziwą nawałnicę. Gwałtowny
charakter. Z namaszczeniem dodawałem kolejne zawijasy do
przerażających obłoków. Gdzieś w oddali firmament przerywała
wątła linia błyskawicy. Początek.
Po tej
stronie leśna ścieżka była skryta wśród bujnej, zielonej
roślinności. Rysowanie trawy zajmowało mi więcej czasu niż
powinno, ale czerpałem przyjemność z pokrywania płótna
pojedynczymi źdźbłami. Wszystko wydawało się tak soczyste i
żywe. Radosne, w sile wieku. A przy tym absolutnie nierealne.
Zacząłem
obsypywać łąkę przeróżnymi kwiatami: chabrami, makami i
stokrotkami. Może ich dobór miał jakieś znaczenie, a może nie.
Po prostu kojarzyły mi się z łąką, jaką miałem tuż za domem,
ogrodzoną wiekowymi dębami i drogą. Dokładnie taką samą jak
wszystkie pastwiska, które rozciągały się za lasem. Gdy krótkim
pociągnięciem drobnego pędzla namalowałem ostatni chabrowy
płatek, odsunąłem się na chwilę od płótna. Między połowami
został wąski, niezapełniony pas. Mruknąłem z niechęcią. Polana
też wydawała się zbyt pusta. Wziąłem popielatą farbę i
rozmieszałem ją jeszcze z odrobiną bieli. Tam, gdzie farba już na
pewno wyschła. umieściłem wątłe, młode brzózki. Ich jasne pnie
i drobne, zdrowe listki kontrastowały z martwotą zimowego pejzażu.
Środek musiał być połączeniem. Zacząłem mieszać tam barwy obu
stron. Zieleń przechodziła w biel, a szarość we wszelakie
odcienie błękitu i granatu. Ścieżka, w letnim pejzażu skryta
wśród chaszczy, wyłaniała się na środku, by pokazać swoją
trasę na zimowej części. Letnie rośliny nagle obumierały,
zamieniając się w suche badyle. Śnieg z kolei przeistaczał się w
gęste krzaki. Oprócz tego strony starały się złączyć również
drzewa. Chuda brzoza skłaniała się w stronę szarości, gdzie jej
korona powoli obumierała. Czarny pień obalony na zieleń pokrywał
się pąkami i świeżymi gałązkami. Razem wyglądały jak dwie
zszywki, próbujące rozpaczliwie utrzymać obraz w jedności.
Odrzuciłem pędzel na stolik. Prawe ramię dawało znać o swojej
obecności, a plecy promieniowały tępym bólem. Czy to był koniec?
Z
trudem się wyprostowałem. Powstał dziwny pejzaż. Ale czegoś
wciąż brakowało. Tylko nie byłem pewien czego. Spojrzałem na
zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Wziąłem szklankę z wodą i
poszedłem do kuchni, by wymienić płyn na świeżą partię. Czy
miałem zamiar coś jeszcze malować? Może, kto wie. W salonie
paliło się światło. Zmarszczyłem brwi, bo było to raczej
niecodzienne zjawisko. Mama chodziła spać szybko, aby być w stanie
zerwać się o piątej z łóżka. Lecz dzisiaj była na bankiecie.
Teraz stała przy wyspie oddzielającej kuchnię od jadalni. Piła
herbatę, bądź jakiś napar i przeglądała czasopismo jeździeckie.
- Mamo?
- zapytałem cicho.
Kobieta
wzdrygnęła się lekko, wyrwana z lektury.
-
Haruka - westchnęła - Dlaczego jeszcze nie śpisz?
-
Wczoraj wyspałem się za świat - wyjaśniłem bez ogródek. To nie
była żadna nowość. Taki tryb życia prowadziłem już kolejny
rok.
- Więc
dzisiaj korzystasz i malujesz, co? - zaśmiała się, jakby w ogóle
nieprzejęta moją bezsennością. Może już naprawdę się
przyzwyczaiła. Może wciąż sobie wmawiała, że mi przejdzie,
nawet jeżeli nie biorę leków.
- Tak... Prawie skończyłem - przyznałem, lekko zakłopotany.
W tym czasie wylałem brudną wodę do zlewu. Zmyłem ją, by nie
zostawiła śladu na błyszczącej, chromowanej stali.
- Chcesz mi pokazać? - zasugerowała.
Obejrzałem się na nią. Uśmiechała się łagodnie, bez żadnego
podstępu. Z mamą mogłem się podzielić tym bohomazem, wiedziałem,
że mnie nie skrytykuje. Matka zawsze chwali i wspiera dziecko,
prawda?
- Mogę pokazać - zgodziłem się, napełniając szklankę.
Poszedłem do pokoju. Mama śledziła mnie, idąc bezszelestnie kilka
kroków za mną. Otwierając drzwi, obejrzałem się na nią.
Wyglądała na zmęczoną. Nie rozumiem, dlaczego poświęcała mi
czas. Wpuściłem ją do środka. Stanęła przed dość dużym
płótnem, przy którym wydawała się jeszcze drobniejsza niż
zwykle. I choć nie jest wiele mniejsza ode mnie, to wciąż
przypominała zagubioną dziewczynkę. Stała w długiej, czerwonej
sukni, w lekko rozmazanym makijażu i z nieprzeniknioną ekspresją
na twarzy. W dłoniach trzymała kubek z parującą herbatą z
melisy. Długo przyglądała się obrazowi, czasami przekrzywiając
głowę to w jedną, a to w drugą stronę.
- Masz taki talent jak ojciec - szepnęła - Wyrośnie z ciebie
genialny artysta.
Tego dnia wszyscy uparli się na przepowiadanie mi przyszłości.
- Podoba ci się? - zapytałem dla pewności.
Przytaknęła z łagodnym uśmiechem.
- Jest bardzo ciekawy - przyznała - A samym zestawieniem jestem
zachwycona.
- Ale czegoś tu brakuje, prawda? - mruknąłem, podpierając bok
dłonią.
- Może ludzi? - zaproponowała, podchodząc trochę bliżej płótna
- Wydaje mi się, że dobrze by to dopełniła jakaś para.
Nabrałem powietrza i na chwilę wstrzymałem oddech. Ludzie. Istoty,
których nie znosiłem, a jednocześnie właśnie ich mi brakowało.
- Jesteś genialna, mamo - szepnąłem.
Kobieta zaśmiała się cichutko.
- Wiem - oznajmiła, nie siląc się na jakąkolwiek skromność.
Pokręciłem głową, pozwalając sobie wygiąć wargi w nieznacznym
uśmieszku. Pocałowałem ją w czoło.
- Dziękuję - powiedziałem z wdzięcznością.
- Nie ma sprawy, kochanie. Dokończ i spróbuj zasnąć - odparła.
Pokiwałem głową na potwierdzenie, choć spać nie miałem zamiaru.
Ucałowała mnie w policzek i wyszła z pokoju. Poszła od razu na
górę, do swojej sypialni. A ja wróciłem na swój stołek.
Ludzie, tak? To mogło być ciężkie zadanie. Zawahałem się, nie
wiedząc kim powinny być postacie. Parą kochanków? Nieznajomymi?
Przeciwieństwami?
W końcu zdecydowałem się pozostawić ich tak nieokreślonymi, jak
tylko się dało. Przez zimowy krajobraz brnął biedak. Miał na
sobie jedynie podarte łachmany. Szedł zgarbiony i poniżony,
udręczony pogodą oraz głodem. Jedynie w rękach trzymał cenny dla
niego bukiet złożony z białego i fioletowego bzu. Dziwne, mieć
bez w zimie. Ale już nie dbałem o wiarygodność. Może żebrak
przybył z wiosennego krajobrazu. Naprzeciw niego stał inny
człowiek. Trawy otaczały postać dumnie wyprostowaną, silną,
pewną siebie. Wyciągała rękę w stronę nędzarza, jakby chciała
mu pomóc. Sama nie posiadała za wiele. Nie była ani bogato ubrana,
ani nie posiadała niczego cennego. Przynajmniej przy sobie. Za to w
opuszczonej ręce trzymała jedną, samotną białą różę.
Zbliżali się do siebie. Człowiek lata chciał pociągnąć za sobą
tego z zimy. Ale czy nie skończy się to zamarznięciem letniej
osoby? Czy to lato pochłaniało zimę, czy może jednak na odwrót?
Nie wiedziałem. Jednak to postawiło przysłowiową kropkę nad i.
Przynajmniej mogłem uznać, że skończyłem. To jedno dzieło.
Pierwsze, które wprawiło mnie w zachwyt i które brałem za
poważne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz