Właśnie w ten feralny dzień, który
już wam mniej więcej opisałem, zauważyłem pewną osobę.
Lawirując między mniej wprawnymi łyżwiarzami i jeszcze mniej
zgrabnymi parami, moją uwagę przyciągnęła dziwna postać.
Siedział na bandzie, przyglądając się pusto ogółowi.
Zakładałem, że musi być z klubu, skoro trener zupełnie nie
zwracał na niego uwagi. Nie wiem, dlaczego cały czas mój wzrok
kierował się w jego stronę. Zapewne po prostu mi przeszkadzał.
Nie tylko tym, że siedział w miejscu, w którym nikt nie powinien
przebywać. Drażnił mnie całą swoją egzystencją. Stanowił
kontrast wśród poruszających się figur. Był nieruchomy, a do
tego brakowało mu barw. Był dosłownie czarno-biały. Włosy
kruczoczarne, ubrania praktycznie takie same. Skóra blada. Twarz o
bardzo ostrych rysach. Policzki zapadnięte, szczęka mocno
zarysowana. Oczy ukryte pod gęstą grzywką. Ale mógłbym się
założyć, że są czarne niczym węgiel.
I skośne. Tak mi się wydawało.
- Kazuta, skupże się wreszcie! Po
cholerę tutaj dzisiaj przychodziłeś?! - krzyknął do mnie trener.
Przyłapałem się na tym, że stoję i
ostentacyjnie gapię się w stronę tamtego chłopaka. On się na
mnie nie patrzył. Wzrok miał utkwiony w przedmiocie, który trzymał
w rękach.
- Też nie wiem - odparłem cicho,
szybko wracając do przerwanego treningu.
Ciężko było skakać axle, toeloopy i
inne skoki, gdy wszystko cię boli, a do tego ktoś cały czas cię
dekoncentruje. Albo na ciebie wpada.
Katorga skończyła się szybciej, niż
myślałem.
- Kazuta, boli cię coś? - zapytał
trener podejrzliwie, gdy schodziłem z lodowiska.
- Życie - odparłem sarkastycznie,
zakładając ochraniacze na płozy łyżew.
Usłyszałem sfrustrowane westchnięcie
mężczyzny. Dopiero wtedy na niego spojrzałem. Jego twarz jak
zwykle nic nie wyrażała.
- Shichiro! - krzyknął donośnie.
Wszyscy się odwrócili. Po co tyle
zamieszania?
Czarno-biała postać zeskoczyła z
bandy. Powolnym krokiem przeszła dookoła tafli i zbliżyła się do
nas.
- Zajmij się nim. U niego nie chcemy
kontuzji - trener zwrócił się do figury.
Dokładnie rzecz biorąc, był to
chłopak. Wysoki jak wieżowiec, z bliska jeszcze bardziej ponury i
bardzo, bardzo smutny. Nigdzie nie widziałem kogoś tak
przygnębionego. Nawet ja się do niego nie umywałem.
- Przebierz się i do gabinetu - postać
warknęła do mnie.
Spojrzałem na niego z teatralnym
gestem dłoni. Chciałem, by zobaczył moje urażenie. Ale on tylko
wywrócił oczyma. Czarnymi jak węgiel, azjatyckimi oczyma.
Prychnąłem cicho i ruszyłem do szatni.
Spodziewałem się, że to nie będzie
najprzyjemniejsza osoba, ale nie wziąłem pod uwagę, że będzie aż
tak opryskliwy. A jeszcze do tego był, jak się domyśliłem, nowym
masażystą. Ubierając się nie mogłem skupić uwagi na żadnej
myśli oprócz właśnie tego masażu. Nigdy wcześniej się na to
nie godziłem, głównie dlatego, że piekielnie nienawidzę dotyku.
Najmniejszy kontakt fizyczny powoduje u mnie zaskakującą agresję
albo strach. Trauma, można by powiedzieć.
Pominę fakt, że nie jestem w stanie
wytrzymać w jednym pomieszczeniu sam na sam z inną osobą. W końcu
założyłem na siebie dużo za luźną, ale za to bardzo ciepłą
bluzę. Wziąłem plecak i torbę, aby potem ruszyć powoli
korytarzem. Nie śpieszyło mi się. Nie szedłem tam z własnej
woli. Nie miałem ochoty przebywać z nim.
Shichiro, tak?
Choć ogólnie byłem do niego źle
nastawiony, to nie mogłem zaprzeczyć, że coś mnie do niego
ciągnęło. Nie jestem pewien, co dokładnie. Czy tylko jego
wygląd, czy może właśnie ta ponura, opryskliwa aura, która go
otaczała, a jednocześnie powodowała, że obawiałem się
jakiegokolwiek kontaktu z nim. Zapukałem do drzwi niepewnie.
- Prosz' - usłyszałem zza drzwi.
Mogłem być już praktycznie pewien,
że nie jestem mile widziany i ani jemu, ani mi, nie uśmiecha się
siedzenie razem. To było oczywiste. Obawiałem się tam wejść. Nie
wiedziałem, jak mnie potraktuje i jak to będzie wyglądało. Raczej
nie spodziewałem się czerpać z tego przyjemności.
Z wahaniem nacisnąłem klamkę.
Wszedłem do środka powoli. Shichiro siedział na krześle przy
biurku, gapiąc się w ścianę pusto. W dłoniach nadal ściskał to
samo pudełko, co wcześniej. Teraz, gdy mogłem przyjrzeć się temu
obiektowi, w końcu rozpoznałem w nim paczkę Marlboro. Zamknąłem
drzwi najciszej jak potrafiłem. Kliknięcie klamki zwróciło uwagę
chłopaka.
- Na klucz - mruknął.
Spojrzałem na niego, a potem na klucz
tkwiący w zamku. Nagle mój żołądek boleśnie się ścisnął.
To chyba były żarty.
- N-nie - wydusiłem z siebie.
Zamierzałem być stanowczy, ale wyszło
jak zwykle i zabrzmiałem jak przerażony dzieciak. Nie potrafiłem
panować nad głosem. Chłopak zmierzył mnie wzrokiem, unosząc brwi
w zaskoczeniu.
- Nieważne, siadaj - powiedział w
końcu, wskazując na kozetkę.
Podszedłem tam sztywnym krokiem,
starając się skupić na swoim oddechu. Gdy usiadłem, naszła mnie
kolejna myśl. Do masażu muszę się rozebrać? Czy nie?
Obserwowałem jak Shichiro wstaje i przeciąga się leniwie. Jak
podchodzi do szafki i bierze z niej kilka rzeczy. Jakiś spray,
szklaną buteleczkę, ręcznik. Podszedł do mnie, a rzeczy postawił
na niskim stoliku, który stał obok kozetki.
To będę musiał się rozebrać czy
nie?
Oczywiście, że nie wypowiedziałem
tego na głos. Zatrzymałem wzrok na dużej butelce, która okazała
się być środkiem dezynfekującym.
- Masz jakieś problemy z dotykiem czy
coś? - zapytał, przyglądając mi się.
Westchnąłem cicho, obejmując się
ramionami w pasie.
- Mam - mruknąłem, zamykając oczy.
Czułem na sobie jego wzrok. Krytyczny
i niechętny. Zacisnąłem dłonie na materiale bluzy. Shichiro
westchnął cicho.
- Dobra, to podwiń tylko nogawki -
polecił mi.
Otworzyłem oczy, spojrzałem na niego
niepewnie. Był już odwrócony do mnie plecami. Zrobiłem, co kazał
i podciągnąłem nogi na kozetkę. Objąłem kolana rękoma,
przyglądając się swoim posiniaczonym, paskudnym nogom.
- Bez sensu - Shichiro mruknął pod
nosem, zapewne myśląc, że tego nie usłyszę.
Umył ręce energicznie i dokładnie.
Otrzepał je mocno i szarpnął kawałek papierowego ręcznika z
podajnika. Wydawał się znów wkurzony. Skuliłem się, obserwując
go z coraz większą czujnością. Wycierając ręce, zerknął na
mnie przelotnie. Westchnął znowu, sfrustrowany i niezadowolony.
- Połóż się - powiedział
zaskakująco łagodnie jak na jego zachowanie.
Jednak nie drgnąłem, wpatrując się
w niego nieufnie.
- No przecież ci nic złego nie zrobię
- dodał już bardziej zirytowany.
- Przepraszam - pisnąłem najciszej
jak się dało.
- Połóż się - powtórzył, znów
próbując delikatniejszego tonu.
Zacisnąłem oczy, powoli kładąc się
na bok. Nadal byłem zwinięty w kłębek, a do tego zacząłem
tracić kontrolę nad własnym oddechem. Shichiro wyciągnął do
mnie rękę, ale od razu ją zabrał. Spodziewał się, że to nie
wniesie nic dobrego. Wcisnął ręce w kieszenie jeansów i zagryzł
wargę lekko. Przyglądał mi się beznamiętnie, czekając aż
trochę sobie odpuszczę. Zdawałem sobie sprawę jak żałośnie
muszę wyglądać w jego oczach. Piętnastoletni chłopak skulony na
kozetce, przestraszony zupełnie bezpodstawnie.
Powoli się rozprostowałem. Spojrzałem
na niego niepewnie.
- Na plecach się połóż - powiedział
wtedy, jakby tylko czekał aż w końcu coś ze sobą zrobię.
Posłusznie przekręciłem się na
plecy. Skrzyżowałem ręce na piersi. Ugiąłem nogi w kolanach.
Zacisnąłem zęby.
- Powiedz jak już będziesz naprawdę
miał dość - mruknął Shichiro, nacierając dłonie olejkiem.
Przytaknąłem niechętnie. Położyłem
jedną dłoń na twarzy. Poczułem jak dotyka mojej nogi tuż nad
kostką. Wziąłem krótki, paniczny oddech.
- Nic złego się nie dzieje - szepnął
łagodnie, powoli przesuwając dłonie wzdłuż mojej łydki.
Spiąłem mięśnie, czegoś
podświadomie się obawiając.
- Wiesz, że masaże powinny działać
odwrotnie? - zapytał po dłuższej chwili, przestając masować moją
nogę. Wyprostował się i przeciągnął z cichym jękiem.
- Wiem - wykrztusiłem z siebie,
siadając powoli.
Po takim czasie leżenia wszystkie
świeże urazy zaczęły mnie na nowo boleć. Skrzywiłem się, nie
mając już najmniejszej ochoty tego wszystkiego ukrywać. Shichiro
przyjrzał mi się uważnie.
- Nic mi nie jest - oznajmiłem
stanowczo, opuszczając nogawki.
- Mnie chcesz oszukać? - prychnął -
Co jest nie tak?
- Nie twój interes - odparłem cicho,
przeczesując włosy.
- Serio - westchnął zirytowany.
Wzruszyłem ramionami, biorąc z
podłogi torbę i plecak.
- Serio - potwierdziłem.
Zacząłem iść w stronę drzwi.
- Oi - warknął.
Zamarłem na chwilę. Brzmiał teraz
tak samo jak każdy, kto w całym moim życiu mi przywalił, każdy,
kto mnie zmieszał z błotem. Tak samo jak każdy, kto kiedykolwiek
mnie skrzywdził.
- Nie poddam się tak szybko - oznajmił
stanowczo.
- Świetnie - powiedziałem z żalem.
Brakowało mi kolejnej osoby, która
będzie mnie dręczyć. Zwłaszcza w miejscu, które zawsze uważałem
za bezpieczną przystań.
Wyszedłem szybko, zanim sprawy
zaszłyby za daleko. Z hali wyszedłem szybkim krokiem, a potem
puściłem się biegiem w kierunku dworca autobusowego. Wszystko mnie
bolało, do tego czułem się w jakiś sposób zraniony i zdradzony.
Listopadowe wieczory były mroźne. Moje mięśnie drżały bardziej
niż zazwyczaj. Zdążyłem na autobus do swojej wsi. Życie z dala
od miasta było uporczywe i męczące. Zająłem jedno z wielu
wolnych miejsc na końcu starego jak świat pojazdu. Schowałem twarz
w dłoniach, wciąż ciężko oddychając po biegu. Nie mogłem
uwierzyć w to, co się stało i jakie będzie to miało dla mnie
skutki. Nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mam teraz
przerąbane również na lodowisku.
A jednak.
***
Do domu przyjechałem tak jak zwykle. W
stajniach świeciły się światła, ale nikogo już tam nie było
oprócz stróża. Przeszedłem długą asfaltową drogą pod górkę.
Potężne, stare dęby w nocy wyglądały przerażająco. Zdążyłem
się już przyzwyczaić, chodząc tą drogą od co najmniej pięciu
lat samemu. Dotarłem na szczyt pagórka, gdzie stał dom. Niezbyt
duży, drewniany dom. Przed nim rozciągał się za to ogromny plac
do jazdy konnej. Białe podłoże wyróżniało się nawet w
ciemnościach. Skręciłem w węższą, brukowaną ścieżkę
prowadzącą do wejścia. Otworzyłem drzwi.
- Wróciłem - oznajmiłem markotnie.
Nie spodziewałem się odpowiedzi. I
mama, i tata byli zajęci. Zdjąłem buty i płaszcz. Rzuciłem torbę
treningową na jej stałe miejsce w kącie holu. Przeszedłem
bezpośrednio do salonu. Mama siedziała na kanapie, uśmiechając
się do ekranu laptopa. Wydawała się tak samo zmęczona jak zawsze.
W uszy miała wetknięte słuchawki. Oglądała zapewne kolejny
tutorial makijażowy albo coś w tym stylu. Stanąłem za nią, przez
chwilę przyglądając się postaci na ekranie. Nie byłem w stanie
określić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Był taki jak ja.
Nachyliłem się i pocałowałam mamę w policzek. Podskoczyła,
zaskoczona takim nagłym gestem.
- Och, Haru, już wróciłeś! -
powiedziała, nie ukrywając szoku.
- Przepraszam, że cię przestraszyłem
- odpowiedziałem ze słabym uśmiechem.
- Nic się nie stało skarbie - odparła
łagodnie, odkładając komputer na stolik, który stał przed kanapą
- Jak było?
Westchnąłem cicho, drapiąc się po
karku.
- Nie najlepiej, ale też nie
najgorzej... Przeciętnie - podsumowałem bardzo ogólnikowo.
Mama wstała z kanapy. Wzięła kubek,
który wcześniej stał na blacie.
- No cóż, bywa, prawda? Na pewno
jutro będzie lepiej - stwierdziła, mijając mnie.
- Tak.. Mam nadzieję - szepnąłem,
odwracając wzrok.
- Głodny?
- Nie za bardzo.
Zatrzymała się w połowie drogi do
kuchni i wróciła się do mnie. Spojrzała na mnie lekko
zaniepokojona, zadzierając głowę do góry. Jest taka niziutka.
Wyciągnęła dłoń to mojej twarzy i przyłożyła ją do policzka.
Pochyliłem się posłusznie.
- Naprawdę, wszystko będzie dobrze
kochanie - wyszeptała mi do ucha, po czym pocałowała mnie w czoło.
- Mhm - westchnąłem.
Nie mogłem jej powiedzieć, że po tym
jak walczyła po pierwszym zdarzeniu, cała historia zatoczyła krąg
i zaczęła się od nowa. I to podwójnie. Nie miałem serca
powiedzieć jej, że znowu ktoś mnie krzywdzi.
- Naprawdę. Już niedługo skończy
się ta szkoła - mruknęła, głaszcząc moje włosy delikatnie.
- Wiem - odparłem cicho, przytulając
się do niej chętnie.
- Dasz radę, to tylko pół roku -
dodała jeszcze ciszej, gładząc mnie teraz po plecach.
- Wiem - powtórzyłem.
Wiedziałem, że się uśmiecha.
Chociaż ona była zadowolona. Staliśmy tak przez chwilę. Nagle
czułem się bezpiecznie i pewnie. Choć przez chwilę mogłem
udawać, że nikt mnie nie dręczy, że nie dzieje mi się żadna
krzywda.
- Chcę iść do plastyka - oznajmiłem
nagle.
Z tym zamiarem chodziłem już jakoś
od września, ale ilekroć zaczynałem o tym myśleć, tylekroć
zaczynałem czuć się zdrajcą.
- W porządku, to twoja decyzja i ty
wiesz, co dla ciebie najlepsze. Jeżeli dasz radę, to proszę bardzo
- mama powiedziała to nadzwyczaj spokojnie.
Nie spięła się, a gdy spojrzałem na
jej twarz, widziałem tylko promienny, pokrzepiający uśmiech.
Zaskoczyła mnie jej reakcja. Nie wyczułem najmniejszego wahania.
Wydawała się szczęśliwa, że sam o czymś zadecydowałem. Dla
mnie było to dziwne, ale nigdy nie rozgryzłem do końca tej
kobiety.
- Chcesz herbaty? - zapytała po chwili
niezręcznego milczenia.
- Tak... Przyniesiesz mi do pokoju
proszę? Muszę zrobić lekcje na jutro - odpowiedziałem
zakłopotany.
Przytaknęła radośnie, a ja mogłem
spokojnie ruszyć do swojego pokoju. Od razu usiadłem przy biurku i
rozłożyłem zeszyty. Czułem się zobowiązany od razu zacząć
odrabiać zadania. Jednak wtedy mój wzrok padł na blok do akwareli.
Zagryzłem wargę. Kusiło mnie coś bardzo, bardzo złego. Miałem
nieodpartą ochotę namalować portret Shichiro. Spojrzałem ponownie
na zeszyty od biologii, chemii i niemieckiego. Sięgnąłem po blok,
a z szuflady wyciągnąłem resztę przyborów. Zacząłem nakreślać
szkic.
- A więc tak dużo masz lekcji na
jutro? - zaśmiała się mama, która nagle pojawiła się tuż za
moimi plecami. Podskoczyłem na krześle.
- Mamo! - krzyknąłem, zawstydzony.
- Kto to? - zapytała, próbując
zajrzeć między moje ręce.
- Nikt istotny! - odparłem stanowczo.
- Jasne - westchnęła, najwyraźniej
rozbawiona moją reakcją na jej droczenie się.
Rozczochrała mi włosy i postawiła
kubek z herbatą na jedynym wolnym skrawku blatu.
- Miłej nauki - powiedziała jeszcze
przed wyjściem.
Westchnąłem ciężko i mimo wszystko
zabrałem się z powrotem za portret. Nie byłem pewien, dlaczego
akurat jego pragnąłem namalować. Owszem, Shichiro był pełen
dziwnych kontrastów, gwałtownie się zmieniał i coś ukrywał. Ale
jednocześnie się go bałem, to był potencjalny kolejny dręczyciel.
Nie mogłem zrozumieć siebie. Ale
malowałem. Staranniej i dokładniej niż większość
dotychczasowych akwareli. Oddając każdy szczegół, który
zapamiętałem.
Shichiro był jednym wielkim
kontrastem, a mnie to tak fascynowało, że nie mogłem przestać.
Następnego dnia nie poszedłem do
szkoły ani na trening. Skończyłem za to portret. I gdy tylko po
raz ostatni oderwałem pędzel od kartki, od razu pożałowałem, że
w ogóle zacząłem go malować.
Dotarło do mnie, jak niezwykle boję
pojawić się na hali i tam go zastać. Jednakże nie miałem wyboru.
Musiałem to w jakiś sposób przeboleć, choćby nie wiem jak ciężko
miałoby być.
I tak też zrobiłem.
No, prawie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz