niedziela, 22 stycznia 2017

Pierwsza historia

Można by powiedzieć, że nie obchodzą mnie ludzie. Są dla mnie naprawdę obojętni albo uporczywi. Nie przyglądam się im, nie interesuję się nimi, nie robię nic ze względu na nich. Taką mam zasadę. Nigdy się do nikogo nie przywiązałem, bo ludzie znikają równie szybko jak się pojawiają. Ale od każdej reguły jest wyjątek.
Właśnie w ten feralny dzień, który już wam mniej więcej opisałem, zauważyłem pewną osobę. Lawirując między mniej wprawnymi łyżwiarzami i jeszcze mniej zgrabnymi parami, moją uwagę przyciągnęła dziwna postać. Siedział na bandzie, przyglądając się pusto ogółowi. Zakładałem, że musi być z klubu, skoro trener zupełnie nie zwracał na niego uwagi. Nie wiem, dlaczego cały czas mój wzrok kierował się w jego stronę. Zapewne po prostu mi przeszkadzał. Nie tylko tym, że siedział w miejscu, w którym nikt nie powinien przebywać. Drażnił mnie całą swoją egzystencją. Stanowił kontrast wśród poruszających się figur. Był nieruchomy, a do tego brakowało mu barw. Był dosłownie czarno-biały. Włosy kruczoczarne, ubrania praktycznie takie same. Skóra blada. Twarz o bardzo ostrych rysach. Policzki zapadnięte, szczęka mocno zarysowana. Oczy ukryte pod gęstą grzywką. Ale mógłbym się założyć, że są czarne niczym węgiel.
I skośne. Tak mi się wydawało.
- Kazuta, skupże się wreszcie! Po cholerę tutaj dzisiaj przychodziłeś?! - krzyknął do mnie trener.
Przyłapałem się na tym, że stoję i ostentacyjnie gapię się w stronę tamtego chłopaka. On się na mnie nie patrzył. Wzrok miał utkwiony w przedmiocie, który trzymał w rękach.
- Też nie wiem - odparłem cicho, szybko wracając do przerwanego treningu.
Ciężko było skakać axle, toeloopy i inne skoki, gdy wszystko cię boli, a do tego ktoś cały czas cię dekoncentruje. Albo na ciebie wpada.
Katorga skończyła się szybciej, niż myślałem.
- Kazuta, boli cię coś? - zapytał trener podejrzliwie, gdy schodziłem z lodowiska.
- Życie - odparłem sarkastycznie, zakładając ochraniacze na płozy łyżew.
Usłyszałem sfrustrowane westchnięcie mężczyzny. Dopiero wtedy na niego spojrzałem. Jego twarz jak zwykle nic nie wyrażała.
- Shichiro! - krzyknął donośnie.
Wszyscy się odwrócili. Po co tyle zamieszania?
Czarno-biała postać zeskoczyła z bandy. Powolnym krokiem przeszła dookoła tafli i zbliżyła się do nas.
- Zajmij się nim. U niego nie chcemy kontuzji - trener zwrócił się do figury.
Dokładnie rzecz biorąc, był to chłopak. Wysoki jak wieżowiec, z bliska jeszcze bardziej ponury i bardzo, bardzo smutny. Nigdzie nie widziałem kogoś tak przygnębionego. Nawet ja się do niego nie umywałem.
- Przebierz się i do gabinetu - postać warknęła do mnie.
Spojrzałem na niego z teatralnym gestem dłoni. Chciałem, by zobaczył moje urażenie. Ale on tylko wywrócił oczyma. Czarnymi jak węgiel, azjatyckimi oczyma. Prychnąłem cicho i ruszyłem do szatni.
Spodziewałem się, że to nie będzie najprzyjemniejsza osoba, ale nie wziąłem pod uwagę, że będzie aż tak opryskliwy. A jeszcze do tego był, jak się domyśliłem, nowym masażystą. Ubierając się nie mogłem skupić uwagi na żadnej myśli oprócz właśnie tego masażu. Nigdy wcześniej się na to nie godziłem, głównie dlatego, że piekielnie nienawidzę dotyku. Najmniejszy kontakt fizyczny powoduje u mnie zaskakującą agresję albo strach. Trauma, można by powiedzieć.
Pominę fakt, że nie jestem w stanie wytrzymać w jednym pomieszczeniu sam na sam z inną osobą. W końcu założyłem na siebie dużo za luźną, ale za to bardzo ciepłą bluzę. Wziąłem plecak i torbę, aby potem ruszyć powoli korytarzem. Nie śpieszyło mi się. Nie szedłem tam z własnej woli. Nie miałem ochoty przebywać z nim.
Shichiro, tak?
Choć ogólnie byłem do niego źle nastawiony, to nie mogłem zaprzeczyć, że coś mnie do niego ciągnęło. Nie jestem pewien, co dokładnie. Czy tylko jego wygląd, czy może właśnie ta ponura, opryskliwa aura, która go otaczała, a jednocześnie powodowała, że obawiałem się jakiegokolwiek kontaktu z nim. Zapukałem do drzwi niepewnie.
- Prosz' - usłyszałem zza drzwi.
Mogłem być już praktycznie pewien, że nie jestem mile widziany i ani jemu, ani mi, nie uśmiecha się siedzenie razem. To było oczywiste. Obawiałem się tam wejść. Nie wiedziałem, jak mnie potraktuje i jak to będzie wyglądało. Raczej nie spodziewałem się czerpać z tego przyjemności.
Z wahaniem nacisnąłem klamkę. Wszedłem do środka powoli. Shichiro siedział na krześle przy biurku, gapiąc się w ścianę pusto. W dłoniach nadal ściskał to samo pudełko, co wcześniej. Teraz, gdy mogłem przyjrzeć się temu obiektowi, w końcu rozpoznałem w nim paczkę Marlboro. Zamknąłem drzwi najciszej jak potrafiłem. Kliknięcie klamki zwróciło uwagę chłopaka.
- Na klucz - mruknął.
Spojrzałem na niego, a potem na klucz tkwiący w zamku. Nagle mój żołądek boleśnie się ścisnął.
To chyba były żarty.
- N-nie - wydusiłem z siebie.
Zamierzałem być stanowczy, ale wyszło jak zwykle i zabrzmiałem jak przerażony dzieciak. Nie potrafiłem panować nad głosem. Chłopak zmierzył mnie wzrokiem, unosząc brwi w zaskoczeniu.
- Nieważne, siadaj - powiedział w końcu, wskazując na kozetkę.
Podszedłem tam sztywnym krokiem, starając się skupić na swoim oddechu. Gdy usiadłem, naszła mnie kolejna myśl. Do masażu muszę się rozebrać? Czy nie? Obserwowałem jak Shichiro wstaje i przeciąga się leniwie. Jak podchodzi do szafki i bierze z niej kilka rzeczy. Jakiś spray, szklaną buteleczkę, ręcznik. Podszedł do mnie, a rzeczy postawił na niskim stoliku, który stał obok kozetki.
To będę musiał się rozebrać czy nie?
Oczywiście, że nie wypowiedziałem tego na głos. Zatrzymałem wzrok na dużej butelce, która okazała się być środkiem dezynfekującym.
- Masz jakieś problemy z dotykiem czy coś? - zapytał, przyglądając mi się.
Westchnąłem cicho, obejmując się ramionami w pasie.
- Mam - mruknąłem, zamykając oczy.
Czułem na sobie jego wzrok. Krytyczny i niechętny. Zacisnąłem dłonie na materiale bluzy. Shichiro westchnął cicho.
- Dobra, to podwiń tylko nogawki - polecił mi.
Otworzyłem oczy, spojrzałem na niego niepewnie. Był już odwrócony do mnie plecami. Zrobiłem, co kazał i podciągnąłem nogi na kozetkę. Objąłem kolana rękoma, przyglądając się swoim posiniaczonym, paskudnym nogom.
- Bez sensu - Shichiro mruknął pod nosem, zapewne myśląc, że tego nie usłyszę.
Umył ręce energicznie i dokładnie. Otrzepał je mocno i szarpnął kawałek papierowego ręcznika z podajnika. Wydawał się znów wkurzony. Skuliłem się, obserwując go z coraz większą czujnością. Wycierając ręce, zerknął na mnie przelotnie. Westchnął znowu, sfrustrowany i niezadowolony.
- Połóż się - powiedział zaskakująco łagodnie jak na jego zachowanie.
Jednak nie drgnąłem, wpatrując się w niego nieufnie.
- No przecież ci nic złego nie zrobię - dodał już bardziej zirytowany.
- Przepraszam - pisnąłem najciszej jak się dało.
- Połóż się - powtórzył, znów próbując delikatniejszego tonu.
Zacisnąłem oczy, powoli kładąc się na bok. Nadal byłem zwinięty w kłębek, a do tego zacząłem tracić kontrolę nad własnym oddechem. Shichiro wyciągnął do mnie rękę, ale od razu ją zabrał. Spodziewał się, że to nie wniesie nic dobrego. Wcisnął ręce w kieszenie jeansów i zagryzł wargę lekko. Przyglądał mi się beznamiętnie, czekając aż trochę sobie odpuszczę. Zdawałem sobie sprawę jak żałośnie muszę wyglądać w jego oczach. Piętnastoletni chłopak skulony na kozetce, przestraszony zupełnie bezpodstawnie.
Powoli się rozprostowałem. Spojrzałem na niego niepewnie.
- Na plecach się połóż - powiedział wtedy, jakby tylko czekał aż w końcu coś ze sobą zrobię.
Posłusznie przekręciłem się na plecy. Skrzyżowałem ręce na piersi. Ugiąłem nogi w kolanach. Zacisnąłem zęby.
- Powiedz jak już będziesz naprawdę miał dość - mruknął Shichiro, nacierając dłonie olejkiem.
Przytaknąłem niechętnie. Położyłem jedną dłoń na twarzy. Poczułem jak dotyka mojej nogi tuż nad kostką. Wziąłem krótki, paniczny oddech.
- Nic złego się nie dzieje - szepnął łagodnie, powoli przesuwając dłonie wzdłuż mojej łydki.
Spiąłem mięśnie, czegoś podświadomie się obawiając.
- Wiesz, że masaże powinny działać odwrotnie? - zapytał po dłuższej chwili, przestając masować moją nogę. Wyprostował się i przeciągnął z cichym jękiem.
- Wiem - wykrztusiłem z siebie, siadając powoli.
Po takim czasie leżenia wszystkie świeże urazy zaczęły mnie na nowo boleć. Skrzywiłem się, nie mając już najmniejszej ochoty tego wszystkiego ukrywać. Shichiro przyjrzał mi się uważnie.
- Nic mi nie jest - oznajmiłem stanowczo, opuszczając nogawki.
- Mnie chcesz oszukać? - prychnął - Co jest nie tak?
- Nie twój interes - odparłem cicho, przeczesując włosy.
- Serio - westchnął zirytowany.
Wzruszyłem ramionami, biorąc z podłogi torbę i plecak.
- Serio - potwierdziłem.
Zacząłem iść w stronę drzwi.
- Oi - warknął.
Zamarłem na chwilę. Brzmiał teraz tak samo jak każdy, kto w całym moim życiu mi przywalił, każdy, kto mnie zmieszał z błotem. Tak samo jak każdy, kto kiedykolwiek mnie skrzywdził.
- Nie poddam się tak szybko - oznajmił stanowczo.
- Świetnie - powiedziałem z żalem.
Brakowało mi kolejnej osoby, która będzie mnie dręczyć. Zwłaszcza w miejscu, które zawsze uważałem za bezpieczną przystań.
Wyszedłem szybko, zanim sprawy zaszłyby za daleko. Z hali wyszedłem szybkim krokiem, a potem puściłem się biegiem w kierunku dworca autobusowego. Wszystko mnie bolało, do tego czułem się w jakiś sposób zraniony i zdradzony. Listopadowe wieczory były mroźne. Moje mięśnie drżały bardziej niż zazwyczaj. Zdążyłem na autobus do swojej wsi. Życie z dala od miasta było uporczywe i męczące. Zająłem jedno z wielu wolnych miejsc na końcu starego jak świat pojazdu. Schowałem twarz w dłoniach, wciąż ciężko oddychając po biegu. Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało i jakie będzie to miało dla mnie skutki. Nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mam teraz przerąbane również na lodowisku.
A jednak.
***
Do domu przyjechałem tak jak zwykle. W stajniach świeciły się światła, ale nikogo już tam nie było oprócz stróża. Przeszedłem długą asfaltową drogą pod górkę. Potężne, stare dęby w nocy wyglądały przerażająco. Zdążyłem się już przyzwyczaić, chodząc tą drogą od co najmniej pięciu lat samemu. Dotarłem na szczyt pagórka, gdzie stał dom. Niezbyt duży, drewniany dom. Przed nim rozciągał się za to ogromny plac do jazdy konnej. Białe podłoże wyróżniało się nawet w ciemnościach. Skręciłem w węższą, brukowaną ścieżkę prowadzącą do wejścia. Otworzyłem drzwi.
- Wróciłem - oznajmiłem markotnie.
Nie spodziewałem się odpowiedzi. I mama, i tata byli zajęci. Zdjąłem buty i płaszcz. Rzuciłem torbę treningową na jej stałe miejsce w kącie holu. Przeszedłem bezpośrednio do salonu. Mama siedziała na kanapie, uśmiechając się do ekranu laptopa. Wydawała się tak samo zmęczona jak zawsze. W uszy miała wetknięte słuchawki. Oglądała zapewne kolejny tutorial makijażowy albo coś w tym stylu. Stanąłem za nią, przez chwilę przyglądając się postaci na ekranie. Nie byłem w stanie określić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Był taki jak ja. Nachyliłem się i pocałowałam mamę w policzek. Podskoczyła, zaskoczona takim nagłym gestem.
- Och, Haru, już wróciłeś! - powiedziała, nie ukrywając szoku.
- Przepraszam, że cię przestraszyłem - odpowiedziałem ze słabym uśmiechem.
- Nic się nie stało skarbie - odparła łagodnie, odkładając komputer na stolik, który stał przed kanapą - Jak było?
Westchnąłem cicho, drapiąc się po karku.
- Nie najlepiej, ale też nie najgorzej... Przeciętnie - podsumowałem bardzo ogólnikowo.
Mama wstała z kanapy. Wzięła kubek, który wcześniej stał na blacie.
- No cóż, bywa, prawda? Na pewno jutro będzie lepiej - stwierdziła, mijając mnie.
- Tak.. Mam nadzieję - szepnąłem, odwracając wzrok.
- Głodny?
- Nie za bardzo.
Zatrzymała się w połowie drogi do kuchni i wróciła się do mnie. Spojrzała na mnie lekko zaniepokojona, zadzierając głowę do góry. Jest taka niziutka. Wyciągnęła dłoń to mojej twarzy i przyłożyła ją do policzka. Pochyliłem się posłusznie.
- Naprawdę, wszystko będzie dobrze kochanie - wyszeptała mi do ucha, po czym pocałowała mnie w czoło.
- Mhm - westchnąłem.
Nie mogłem jej powiedzieć, że po tym jak walczyła po pierwszym zdarzeniu, cała historia zatoczyła krąg i zaczęła się od nowa. I to podwójnie. Nie miałem serca powiedzieć jej, że znowu ktoś mnie krzywdzi.
- Naprawdę. Już niedługo skończy się ta szkoła - mruknęła, głaszcząc moje włosy delikatnie.
- Wiem - odparłem cicho, przytulając się do niej chętnie.
- Dasz radę, to tylko pół roku - dodała jeszcze ciszej, gładząc mnie teraz po plecach.
- Wiem - powtórzyłem.
Wiedziałem, że się uśmiecha. Chociaż ona była zadowolona. Staliśmy tak przez chwilę. Nagle czułem się bezpiecznie i pewnie. Choć przez chwilę mogłem udawać, że nikt mnie nie dręczy, że nie dzieje mi się żadna krzywda.
- Chcę iść do plastyka - oznajmiłem nagle.
Z tym zamiarem chodziłem już jakoś od września, ale ilekroć zaczynałem o tym myśleć, tylekroć zaczynałem czuć się zdrajcą.
- W porządku, to twoja decyzja i ty wiesz, co dla ciebie najlepsze. Jeżeli dasz radę, to proszę bardzo - mama powiedziała to nadzwyczaj spokojnie.
Nie spięła się, a gdy spojrzałem na jej twarz, widziałem tylko promienny, pokrzepiający uśmiech. Zaskoczyła mnie jej reakcja. Nie wyczułem najmniejszego wahania. Wydawała się szczęśliwa, że sam o czymś zadecydowałem. Dla mnie było to dziwne, ale nigdy nie rozgryzłem do końca tej kobiety.
- Chcesz herbaty? - zapytała po chwili niezręcznego milczenia.
- Tak... Przyniesiesz mi do pokoju proszę? Muszę zrobić lekcje na jutro - odpowiedziałem zakłopotany.
Przytaknęła radośnie, a ja mogłem spokojnie ruszyć do swojego pokoju. Od razu usiadłem przy biurku i rozłożyłem zeszyty. Czułem się zobowiązany od razu zacząć odrabiać zadania. Jednak wtedy mój wzrok padł na blok do akwareli. Zagryzłem wargę. Kusiło mnie coś bardzo, bardzo złego. Miałem nieodpartą ochotę namalować portret Shichiro. Spojrzałem ponownie na zeszyty od biologii, chemii i niemieckiego. Sięgnąłem po blok, a z szuflady wyciągnąłem resztę przyborów. Zacząłem nakreślać szkic.
- A więc tak dużo masz lekcji na jutro? - zaśmiała się mama, która nagle pojawiła się tuż za moimi plecami. Podskoczyłem na krześle.
- Mamo! - krzyknąłem, zawstydzony.
- Kto to? - zapytała, próbując zajrzeć między moje ręce.
- Nikt istotny! - odparłem stanowczo.
- Jasne - westchnęła, najwyraźniej rozbawiona moją reakcją na jej droczenie się.
Rozczochrała mi włosy i postawiła kubek z herbatą na jedynym wolnym skrawku blatu.
- Miłej nauki - powiedziała jeszcze przed wyjściem.
Westchnąłem ciężko i mimo wszystko zabrałem się z powrotem za portret. Nie byłem pewien, dlaczego akurat jego pragnąłem namalować. Owszem, Shichiro był pełen dziwnych kontrastów, gwałtownie się zmieniał i coś ukrywał. Ale jednocześnie się go bałem, to był potencjalny kolejny dręczyciel.
Nie mogłem zrozumieć siebie. Ale malowałem. Staranniej i dokładniej niż większość dotychczasowych akwareli. Oddając każdy szczegół, który zapamiętałem.
Shichiro był jednym wielkim kontrastem, a mnie to tak fascynowało, że nie mogłem przestać.
Następnego dnia nie poszedłem do szkoły ani na trening. Skończyłem za to portret. I gdy tylko po raz ostatni oderwałem pędzel od kartki, od razu pożałowałem, że w ogóle zacząłem go malować.
Dotarło do mnie, jak niezwykle boję pojawić się na hali i tam go zastać. Jednakże nie miałem wyboru. Musiałem to w jakiś sposób przeboleć, choćby nie wiem jak ciężko miałoby być.
I tak też zrobiłem.

No, prawie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X