Jego dotyk czułem na skórze jeszcze długo po tym jak wyszedłem z
mieszkania. Przedramię paliło mnie żywym ogniem całą drogę na
dworzec. Te parę kilometrów przeszedłem pieszo z nadzieją, że
taki wymagający spacer jakkolwiek pomoże. Oczywiście nie
ochłonąłem ani trochę. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.
Moje myśli cały czas wracały do tego momentu, raz po raz
odtwarzając chwilę, którą wtedy uznałem za naprawdę magiczną.
Skóra płonęła nadal gdy wracałem do domu, jadłem kolację, czy
rozmawiałem z rodzicami. Podświadomie moje palce wędrowały do
prawego nadgarstka i nieznacznie przesuwały się w kierunku łokcia.
Potem wracały, znów się przesuwały i tak w kółko aż się
orientowałem. Nawet gdy kładłem się spać, nie mogłem oprzeć
się pokusie, by choć raz, po raz ostatni dotknąć tego głupiego
fragmentu ręki, który tak mnie palił.
Siódmy czerwca okazał się posępnym dniem. W nocy spadł deszcz,
który przyniósł orzeźwienie. I to nie tylko dla przyrody. Potężne
krople bębniące o okno tuż przy moim łóżku zbudziły mnie
jeszcze przed budzikiem. Obserwowałem jak woda ścieka po szybie,
pozostawiając po sobie nieregularne ścieżki. Po raz pierwszy od
końca kwietnia okryłem się cienką kołdrą. Nie czułem nic i
nigdy przedtem nie było mi z tym tak dobrze. Nie istniała rzecz ani
osoba, która wtedy miałaby jakiekolwiek znaczenie. Istniała
chwila, taka pusta i beznamiętna, zupełnie przeciwna do chwili z
poprzedniego dnia. Wstałem, otworzyłem okno. Do pokoju wpuściłem
świeże powietrze, powiew ciepłego wiatru i letnią ulewę.
Stanąłem na progu swojego prywatnego, miniaturowego tarasu i
nabrałem powietrza w płuca. Świat pachniał ozonem, wspomnieniem
nocnej burzy. Po moim ciele spływała woda, oplatając ramiona,
nadgarstki i dłonie łagodnymi strugami. Po wczorajszym dotyku nie
było już żadnego wspomnienia. Zdjąłem koszulkę, odsłaniając
tym samym całego siebie, osobę, której nie pokazywałem nikomu.
Uśmiechnąłem się szeroko w stronę ciemnoszarego, pochmurnego
nieba. W głębi pokoju rozbrzmiał alarm, który miał przywołać
mnie do porządku. Odwróciłem się od lasu i wróciłem do swojej
sypialni. Przemoczoną koszulkę rzuciłem na środek pokoju,
zupełnie nie przejmując się tym, jaką kałużę utworzyła wokół
siebie. Wyciszyłem budzik i rześko ruszyłem do łazienki. Nie wiem
jakim cudem odnalazłem w sobie nowe pokłady energii. Zdawało mi
się, że był to jeden z tych dobrych dni. Mogłem wszystko,
potrafiłem więcej niż ktokolwiek na tym świecie.
Po szybkim prysznicu i lekkim śniadaniu wziąłem się za
przygotowywanie do egzaminu. Na łóżko rzuciłem dwa bloki papieru
formatu A3 i jeden blok A4. Na nich ułożyłem moje ukochane,
wysłużone akwarele. Nie były to może najdroższe i najlepsze
farby jakie mógłbym dostać, ale wciąż znaczyły dla mnie zbyt
wiele, by szukać nowych przed zużyciem tych do ostatniej kropli.
Obok akwareli ostrożnie położyłem moją szkatułkę z ołówkami,
gumkami i innymi, mniej potrzebnymi bibelotami. Podszedłem do
biurka, aby wybrać pędzle. Długo wahałem się nad tym, co wziąć.
Miałem ochotę zabrać ze sobą wszystkie, choć fizycznie było to
niemożliwe. Dlaczego? A dlatego, że miałem ich absurdalnie dużo.
Zajmowały sporą część biurka i ledwo mieściły się w czterech
potężnych puszkach po farbach do drewna. Spędziłem dobre
dwadzieścia minut wyciągając, przekładając i odkładając
poszczególne pędzle. Koniec końców zostałem z piętnastoma,
które uznałem za niezbędne. Wsadziłem je do nowiuteńkiego etui,
które zwinąłem w poręczny rulon. Dołożyłem ten pakunek do
stosu. Z przypadkowej szuflady wygrzebałem nożyczki, klej i jeszcze
jeden pędzelek poświęcony na wszelakie substancje, które farbami
nie były. Jako wisienkę na torcie, na mojej stercie postawiłem
metalowy kubek, który dzielnie służył mi przy moim ostatnim
obrazie. Wtedy właśnie jeszcze raz spojrzałem na sztalugę. Nie
dodało mi to ani otuchy ani odwagi. W zasadzie nic to nie dało. Nie
miało żadnego znaczenia, bo przecież nie musiałem się tym nikomu
chwalić. Nikt nie poddawał tego obrazu ocenie i nic od niego nie
zależało. Czyli nie znaczył nic. Ta myśl przyniosła mi
niespodziewaną ulgę. Raz jeszcze odetchnąłem głęboko. To, co
się mieściło, spakowałem do skórzanej torby, którą ostrożnie
odłożyłem na podłogę tuż obok łóżka. Zostało mi tylko się
ubrać i wyjść z domu. Wybrałem białą, luźną koszulę i
czarne, wąskie spodnie, czyli standardowy, średnio oficjalny
zestaw. Przeczesałem wciąż wilgotne włosy palcami i zgodnie z
codziennym rytuałem spiąłem je trzema wsuwkami. Nie mając wiele
więcej do roboty, zebrałem swoje rzeczy. Przeszedłem wąskim
korytarzem do kuchni. Ojciec dopiero jadł śniadanie, wyraźnie
zmęczony. Pewnie poszedł spać nie więcej niż cztery godziny
temu.
- Powodzenia – mruknął, upijając łyk świeżo zaparzonej
czarnej kawy.
Skinąłem głową, ale nie podziękowałem. Przed ważnymi
egzaminami nie dziękowało się za żadne słowa wsparcia. Lepiej
nie zapeszać, prawda?
Mama wzięła kluczyki z wyspy kuchennej, w przelocie ucałowała
swojego męża w policzek i podążyła do wyjścia. Wydawała się
spięta, a może nawet zestresowana.
- Wszystko masz? - zapytała mnie, gdy wsiadaliśmy do auta.
Po raz ostatni przejrzałem zawartość swojej torby. Portfel,
dokumenty, przybornik, pędzle, nożyczki, klej, kubek. Wszystko było
na swoim miejscu.
- Tak – oznajmiłem pewnie.
Mama przytaknęła tylko i przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik
zawarczał, budząc się do życia. Brzmiał zupełnie inaczej niż
ten w Porsche Shichiro.
Na samą myśl dotknąłem swojego prawego nadgarstka. Zacisnąłem
na nim palce i szybko ugryzłem wargę. Odetchnąłem krótko,
przymknąłem oczy, a potem puściłem przedramię najspokojniej jak
mogłem.
Podróż minęła mi nadzwyczaj szybko. Nim się obejrzałem, byliśmy
już przed budynkiem liceum plastycznego. Sprawdziłem telefon. Nie
miałem żadnej nowej wiadomości, chociaż po cichu na to właśnie
liczyłem. Zrezygnowany, wyłączyłem smartfon. Przytuliłem mamę
na pożegnanie, a potem wyszedłem z auta z torbą i blokami kartek.
Uniosłem głowę wysoko i dumnie, a potem ruszyłem przed siebie,
tylko raz przełykając mocno ślinę. Nie musiałem szukać wejścia,
a tym bardziej sali, gdzie mieliśmy zebrać się przed egzaminem.
Tłum niósł mnie ze sobą czy tego chciałem czy nie. Wszyscy
wydawali się tak samo wystraszeni jak ja, a co lepsze, każdy z nich
był absolutnie oryginalny. W połowie drogi w oko wpadły mi już
dwie osoby, których wyglądu nie umiałem określić inaczej niż
jako ekstremalnie ekscentryczny. Pierwszy był wysoki chłopak. Jego
włosy były mieszaniną tysiąca odcieni zieleni i niebieskiego,
które gwałtownie przechodziły w ciemny odrost. Spod długich
kosmyków, które opadały na twarz w nieładzie, przebijały się
błyszczące, srebrne kolczyki. Dwa tkwiły w brwi, trzeci w nosie,
czwarty idealnie wpasował się w wydatny łuk kupidyna, a piąty i
szósty wpijały się w dolną wargę. Twarz dopełniały ciemne
oczy, a całokształtowi charakteru nadawały ogromne tunele w
uszach, glany i skórzana kurtka (tak, lato już w pełni dawało się
we znaki, ale jemu najwyraźniej to absolutnie nie przeszkadzało).
Drugą osobą była dziewczyna, która zazwyczaj musiała być mojego
wzrostu. Teraz jednak wybijała się z tłumu tak, jak
opierciengowany chłopak. Zawdzięczała to pudrowo-różowym butom
na platformie, która musiała mieć co najmniej piętnaście
centymetrów. Czarna, plisowana spódniczka ledwo zasłaniała jej
pośladki, a i tak prawie w całości była przykryta przez luźną,
poszarpaną, jeansową kurtkę. Jej wyciągnięty z popularnych
blogów styl dopełniały muśnięta słońcem skóra i neonowe,
różowe włosy. Szła dziarsko do przodu, a ludzie jakby
podświadomie usuwali się jej z drogi. Wtedy nie zapałałem do niej
szczególną sympatią. I tu się kłania, że nie należy oceniać
książki po okładce.
Tłum, który szacowałem na ponad dwieście osób, powolną falą
wtoczył się do sporej auli. Kto był pierwszy, ten zajął miejsca
na krzesłach poustawianych w schludne rzędy. Reszta, w tym
oczywiście ja, przycisnęła się do ścian. Na środek niewysokiej
sceny weszła starsza kobieta w sukience o paskudnym odcieniu brązu
i w ani trochę nie pasujących, czerwonych szpilkach. Skrzywiłem
się lekko na widok dyrektorki tej placówki. Założyłem ręce na
piersi, uważając by nikogo nie potrącić swoimi rzeczami. Choć
nie zdziwiłbym się, gdybym narobił sobie problemów w tej szkole
jeszcze nim mnie do niej przyjęli, to chciałem mieć chociaż
wewnętrzne poczucie, że próbowałem tego uniknąć.
Dyrektorka dała nam krótki wykład na powitanie i raz jeszcze
przypomniała nam regulamin egzaminu. Każdą zasadę byłem w stanie
wyrecytować równo z nią. Na koniec kobieta życzyła nam
powodzenia i nakazała wrócić na korytarz. Szybko skierowałem się
do jedynego wyjścia z auli i jeszcze przed najgorszym tłumem
wydostałem się na hol zastawiony, jak podejrzewałem, pracami
uczniów. Czekało tam również kilka osób, które jak tylko
zobaczyły pierwsze osoby, zaczęły przekrzykiwać się i kierować
nas do pracowni, w których miały odbyć się egzaminy praktyczne.
Lawirowałem w tłumie przez wąskie korytarze, schodząc coraz to
niżej i niżej w dół. Koniec końców znaleźliśmy się w
piwnicy, której spora przestrzeń została zagospodarowana na trzy
konkretnej wielkości pracownie. Na drzwiach wisiały listy z
nazwiskami. Założyłem, że zostanę przydzielony do środkowej
sali i wcale się nie myliłem. Po sprawdzeniu numeru stanowiska,
który został mi przypisany, zająłem miejsce na niewygodnym,
drewnianym krześle. Pierwszy był w planie rysunek. Bloki rzuciłem
na ziemię, a z torby wyciągnąłem przybornik. Wybrałem najlepsze
ołówki i schludnie ułożyłem je przed sobą. Wyrwałem jedną
kartkę A3 z bloku i jakkolwiek umieściłem ją na sztaludze, która
była przypisana do mojego miejsca. Potem spojrzałem się przed
siebie. Na niskim podeście stało krzesło. Jeszcze puste.
- Dlaczego ten egzamin jest przeprowadzany w takich warunkach?! -
oburzyła się jakaś dziewczyna.
Flegmatycznie odwróciłem się w jej stronę. Znałem ją z widzenia
z gimnazjum. Ociekała pieniędzmi w każdym aspekcie. Zlustrowałem
ją powoli i krytycznie. Jej stanowisko nie różniło się niczym od
mojego czy jakiegokolwiek innego. Siedziała tylko trochę dalej.
- Złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy – mruknąłem
nim z powrotem zwróciłem się do przodu, w stronę podestu. Ktoś,
kto siedział obok mnie, wydał z siebie dziwny dźwięk jak gdyby
się krztusił. Zerknąłem nieśmiało w jego stronę. Był to
niczym nie wyróżniający się chłopak o bystrym spojrzeniu.
Zasłonił usta dłonią i też spojrzał na mnie przelotnie. Szybko
przeniosłem wzrok na swoją sztalugę. Potarłem kark dłonią i
wtedy zauważyłem jak trzęsą mi się dłonie. Odetchnąłem
głęboko, dając wyraz swojej frustracji. Do sali wszedł
egzaminator oraz kobieta odziana jedynie w czarny, przylegający do
ciała podkoszulek i legginsy. Tak, była boso. Ona zajęła miejsce
na krześle, a mężczyzna stanął trochę przed nią. Odchrząknął
dwa razy, by zwrócić naszą uwagę i zaczął wyczytywać nazwiska.
Potem przejrzał nasze legitymacje. Wracając na początek sali,
przemówił po raz kolejny swoim szorstkim, niskim głosem:
- Oficjalnie rozpoczynamy pierwszą część pierwszego etapu
egzaminu wstępnego. Macie czterdzieści pięć minut na jak
najlepsze odwzorowanie anatomii, światłocienia i cech
charakterystycznych osoby. Dopuszczalne jest użycie wyłącznie
miękkich ołówków. Powodzenia.
Następnie odwrócił się do nas plecami i podszedł do skórzanego
fotela obrotowego. Wygodnie się w nim usadowił i odwrócił w naszą
stronę. Gestem dłoni pozwolił nam podnieść ołówki i tym samym
zacząć. Ciszę przerwał głośny szelest, gdy wszyscy wzięli do
rąk swoje przybory. Przez kolejne czterdzieści pięć minut z
odgłosów towarzyszyły mi tylko skrobanie ołówków po gładkich,
dużych kartkach i własny oddech.
Dziewczyna, która wcieliła się w rolę naszej modelki, była
szczupła, wysoka i umięśniona w sposób specyficzny dla kogoś,
kto uprawiał akrobatykę sportową albo jakiś inny rodzaj
gimnastyki. Siedziała na krześle lekko odchylona, ale wciąż
sztywna i wyprostowana jak struna. Szkicowanie takiej pozycji w
pewnym sensie było wymagające, bo niecodzienne. Ledwo minutę przed
końcem czasu skończyłem cieniować wszystkie zmarszczki materiału,
kąty i zaokrąglenia. Nie byłem ani trochę zadowolony z tego, co
stworzyłem. W końcu nie miałem czasu, by wszystko przemyśleć,
poznać każdy kształt i trzy razy poprawić każdy detal, który
uznałem za istotny. Modelka z kartki średnio przypominała tą z
rzeczywistości, ale było już za późno by cokolwiek zmieniać.
Zrezygnowany, podpisałem arkusz i wręczyłem go egzaminatorowi.
Gdy wszyscy oddali swoje prace, mężczyzna ogłosił dziesięć
minut przerwy. Odetchnąłem wtedy z ulgą i upiłem łyk wody, którą
jakimś magicznym cudem znalazłem w swojej torbie. Nikt za bardzo
się nie odzywał, jednak nie zauważyłem też nikogo, kto
wyglądałby na tak podłamanego jak ja. Potarłem twarz ze
zmęczenia, zapewne rozmazując sobie ołówek po twarzy. Nie mogłem
przejąć się tym mniej.
Wyrwałem z bloku rysunkowego kolejną kartkę i ustawiłem ją na
sztaludze. Zatemperowałem ołówki, a dla pewności wbiłem każdy
rysik w opuszek palca. Jednak zanim zdążyłem się chociaż
troszeczkę rozluźnić, ten sam posępny mężczyzna wszedł do
sali, tym razem przyprowadzając ze sobą jako modela chłopaka. W
przeciwieństwie do tamtej gimnastyczki, on był znacznie mocniej
zbudowany, żylasty i silny. Miał taki sam podkoszulek oraz leginsy.
Odstawił krzesło na bok, a następnie ustawił się na środku
podestu w rozluźnionej pozie.
- Oficjalnie rozpoczynamy drugą część pierwszego etapu egzaminu
wstępnego. Macie czterdzieści pięć minut na jak najlepsze
odwzorowanie anatomii, światłocienia i cech charakterystycznych
osoby. Dopuszczalne jest użycie wyłącznie miękkich ołówków.
Powodzenia – egzaminator powtórzył swoją formułkę monotonnym,
znudzonym głosem. Zasiadł w swoim fotelu i znów gestem dłoni
pozwolił nam zacząć.
Szkic mężczyzny był dla mnie już z założenia łatwiejszy, a do
tego jego typ budowy był… Cóż. Zbliżony do Shichiro. Już w
pierwszej minucie pojawiła się u mnie taka myśl, za co serdecznie
przeklinałem się do końca egzaminu. Niemniej jednak nie miałem
trudności z jego posturą i anatomią. Gorzej było z detalami
twarzy czy włosami, które zostały starannie przycięte tuż przy
skórze. Szkic od szyi w dół poszedł mi naprawdę szybko, każdy
mięsień i każde marszczenie czy zagięcie materiału rysowałem
prawie automatycznie. Tak naprawdę blisko dwadzieścia minut
poświęciłem na szczegóły kanciastej, niezbyt przystojnej, w moim
guście, twarzy i włosy, które z jakiegoś powodu zachciało mi się
rysować nader dokładnie. Dopiero gdy egzaminator oznajmił, że
czas się skończył, przypomniałem sobie o podpisie. Pośpiesznie
oddałem swoją pracę i wróciłem na miejsce.
- Dziękuję, to jest koniec pierwszego etapu egzaminu. Teraz nastąpi
półgodzinna przerwa, a następnie rozpocznie się drugi etap:
egzamin praktyczny z malarstwa. Techniką jest akwarela i podczas
przerwy proszę przygotować wszystkie potrzebne materiały –
podsumował mężczyzna, po czym wyszedł z sali prędko. Niedługo
po nim wyszedł i model.
Pokręciłem głową i sięgnąłem do torby po telefon. Włączyłem
go na chwilę w nadziei, że teraz coś już pojawiło się w
skrzynce odbiorczej. Ściągnęło się kilka powiadomień z portali…
I nic poza tym. Rzuciłem telefon do torby, a potem wyciągnąłem z
niej kubek na wodę. Zawahałem się przez chwilę, po czym
szarpnąłem cały ciężki pakunek z ziemi. Wyszedłem z piwnicy i
za znakami podążyłem do toalet. Kolejka była niemożliwa, ale
odstałem ile trzeba. Na swoje miejsce wróciłem z kubkiem czystej
wody, przy okazji spokojniejszy o siebie. Po raz ostatni, zupełnie
zrezygnowany, sprawdziłem telefon. Zdjęcie z wygaszacza
przesłaniało pojedyncze powiadomienie o wiadomości SMS.
Odblokowałem telefon prędko.
Powodzenia.
Krótko, na temat i bez zbędnych ozdobników. A mimo to poczułem
ulgę i nabrałem troszeczkę optymizmu. Bez odpisywania wyłączyłem
telefon. Do sztalugi przypiąłem kolejną kartkę, w wygodnym
miejscu ustawiłem kubek z wodą, a pod ręką ułożyłem wszystkie
pędzle i farby. Ludzie, którzy siedzieli po bokach ostentacyjnie
zlustrowali moje stanowisko. Cóż, możliwe, że wziąłem za dużo
przyborów w porównaniu do innych. Farby też nie należały do
najtańszych, no i ogólnie chyba niektórym to przeszkadzało.
Skuliłem się lekko, czując się niekomfortowo z poświęcaną mi
uwagą, ale nie ruszyłem się, by cokolwiek zmienić. Z resztą,
krótką chwilę później, uwagę wszystkich skupiła na sobie
kobieta, która wparowała do sali. W przeciwieństwie do mężczyzny
od rysunku, ona wydawała się być prawdziwą artystyczną duszą. W
rękach niosła misę oraz coś co przypominało butelkę. Dopiero,
gdy ustawiła te przedmioty na stole, zorientowałem się, że to
jednak kryształowa karafka z… Winem?
- Nie przejmujcie się, to tylko soczek – powiedziała wysokim,
rozanielonym głosem.
Parę osób zdobyło się na krótki, nerwowy śmiech. Ona w tym
czasie z kantorka, którego drzwi były idealnie wpasowane w białą
ścianę, wyciągnęła stolik ze stelażem, na który został
narzucony czarny, satynowy materiał. Jego fałdy układały się w
nieregularny sposób, w jednym miejscu tworząc większe, a w innym
mniejsze zagniecenia. W centrum kobieta ustawiła ciemnoniebieską
misę, z której wystawało kilka jabłek i gruszek, a po lewej
stronie postawiła karafkę. Z prawej natomiast odłożyła swoje
ekstrawaganckie okulary z różowymi oprawkami o niespotykanym
kształcie.
Chwilę potem kobieta lekko podciągnęła długie, szerokie rękawy
swojej słonecznikowożółtej sukni i klasnęła delikatnie.
- Moje drogie dzieci, za chwileczkę zaczniemy drugi etap egzaminu
wstępnego, który może wydać wam się ciuteńkę łatwiejszy.
Macie pełną godzinkę aby jak najlepiej odwzorować wszystkie
elemenciki z tej martwej natury. Skupcie się szczególnie na
kolorkach i odcieniach oraz oczywiście na perspektywie. Mam
nadzieję, że dobrze sobie poradzicie, moi kochani! - powiedziała
przesłodzonym, radosnym głosem. Zerknęła na zegarek szybko,
mrużąc przy tym oczy.
- No, to czas start! - zawołała potem i zajęła miejsce
egzaminatora z rysunku. Obkręciła się na fotelu dwa razy, po czym
utkwiła wzrok w nas.
Sięgnąłem po pędzel i zacząłem rozplanowywać przestrzeń. Nie
zajęło to mi zbyt długo, ponieważ takimi pracami uwielbiał
zadręczać mnie ojciec. Perspektywa była dla niego wszystkim,
najważniejszą częścią doskonałego obrazu. Chociaż papier nie
chciał ze mną współpracować, udało mi się wyprodukować coś
akceptowalnego, nawet jak na wymagania mojego cudownego taty.
Podpisałem się i po raz ostatni spojrzałem na pracę. Karafka nie
była może idealna, a misa trochę zbyt szeroka, ale nikt nie mógł
uznać tego za rażące błędy. Zwłaszcza tej karafki, która była
szklana i niezwykle misternie zdobiona.
- Koniec, koniec kochani! - moje rozmyślania przerwał głos
egzaminatorki – Zostawcie swoje prace na sztalugach i zbierzcie się
na hol. Pójdziecie do innych pracowni na ostatni egzaminik z rzeźby.
Trzymam za was kciuki moi mali artyści!
Uniosłem brwi w konsternacji i zebrałem swoje rzeczy. Wziąłem
ociekające pędzle oraz kubek do ręki, a resztę rzeczy wpakowałem
na oślep do torby. Pod pachę wziąłem oba bloki i w tak
niekomfortowym ustawieniu przeniosłem się na hol. Zdążyłem wylać
wodę z kubka jak również przemyć dokładnie pędzle, nim
ktokolwiek się zjawił by zabrać nas do sal na egzamin z rzeźby.
Zostaliśmy rozdzieleni już tylko na dwie pracownie, a więc panował
znacznie większy tłok i duchota. Oczywiście one mi absolutnie nie
pomagały, ale zacisnąłem zęby. Jeszcze ta jedna godzina, szybka
rozmowa o sztuce i było po wszystkim. W teorii oczywiście.
Egzaminatorem z rzeźby okazał się szczupły mężczyzna z długą,
rudą brodą, której końce były ubrudzone masą gipsową. Gdy
wchodziliśmy, on już stał przed kredową tablicą w poplamionym
fartuchu, który w niewielkim stopniu ochraniał kraciastą koszulę
i zdezelowane jeansy.
- No, witam państwa na jakże upragnionym, ostatnim etapie egzaminu
praktycznego – zaczął niskim, radosnym głosem. Szybko przejrzał
nasze legitymacje i kontynuował swoją krótką przemowę:
- Jak wszyscy wiecie, teraz was czeka coś w stylu egzaminu z rzeźby.
No, macie godzinę na stworzenie z papieru instalacji na temat, który
zaraz napiszę wam na tablicy. Pracę podpisujecie pod spodem, a gdy
skończycie, uciekacie na hol i szukacie waszej cudownej komisji na
rozmowę. Także, no, powodzenia.
Po tym monologu, mężczyzna energicznie obrócił się do tablicy i
maciupeńkim kawałkiem kredy napisał szkaradnym pismem temat:
ZWIERZĘ
Westchnąłem cicho, utrapiony tym pomysłem. Dodatkowo, pierwsze
zwierzę jakie tylko przyszło mi na myśl było koniem. A to było
raczej ambitnym przedsięwzięciem. A jednak, niewiele myśląc, od
razu zabrałem się do pracy nad masywnym koniem, który przypominał
ulubionego Shire'a mojej mamy. Papier gniotłem, darłem, z rzadka
ciąłem. Po kolei tworzyłem korpus, szyję, nogi i głowę.
Skleiłem je razem aby stworzyły średnio poprawną anatomicznie
figurkę bez życia. Zwinąłem niesamowitą ilość frędzli, które
posłużyły mi za grzywę i ogon. Na koniec uwieńczyłem stworzenie
maleńkimi uszami oraz kopytami. Nie zdążyłem już nadać mu
żadnego wyrazu twarzy czy zarysu mięśni, ale jak na mój brak
umiejętności w tej dziedzinie, było naprawdę nieźle. Gdy brodaty
egzaminator oznajmił koniec czasu, poczułem ulgę rozlewającą się
po mojej klatce piersiowej. Choć nie był to jeszcze koniec, to
najgorsze miałem już za sobą. Została tylko „krótka”
rozmowa.
Wszyscy zebrali się na holu w tym samym momencie. Znów powstał
niemiłosierny tłum, który pchał się w jednym kierunku: w stronę
drzwi od auli. Domyśliłem się, że to właśnie tam wywiesili
listy z kolejnością egzaminów ustnych. Zgrabnie przepchnąłem się
między ludźmi, mając cichą nadzieję na to, że lista została
ułożona wedle czyjegoś uznania, a ja przypadkowo znalazłem się
na jej początku. Także nie zaskoczę was tym, jak bardzo się
zawiodłem, gdy ujrzałem uporządkowane alfabetycznie nazwiska, a w
tym moje na trzydziestym ósmym miejscu. Rozejrzałem się wokół,
szukając spokojnego miejsca by chociaż na chwilę przysiąść.
Szykowało się dość długie czekanie, a ja nie miałem
najmniejszej ochoty cały ten czas stać. Chociaż nie miałem prawa
narzekać, skoro byłem w pierwszej czterdziestce z ponad dwustu
kandydatów, to i tak byłem bardzo niepocieszony. Powiodłem
wzrokiem po zatłoczonym holu. Nie było nawet skrawka wolnego
miejsca. Zrezygnowany, nie miałem innego wyboru niż stanąć w
przypadkowym miejscu blisko ściany i jak niby nigdy nic udawać, że
nikomu w tym miejscu nie przeszkadzam. Po raz kolejny nie oparłem
się pokusie, by wyjąć telefon z torby. Choć wiedziałem jaki sms
czeka na mnie w swojej skrzynce, to wciąż miałem nadzieję na coś
więcej. Jak zresztą zawsze, nie wiadomo dlaczego. Włączyłem
smartfon i poczekałem krótką chwilę. Żadnych nowych wiadomości,
a nawet zwyczajnych powiadomień. Skrzywiłem się lekko na ten
widok, jednocześnie czując głupie ukłucie żalu. Idiotyczne tym
bardziej, że nadzieję prawie na sobie wymuszałem. Odłożyłem
telefon do torby, po czym spojrzałem przed siebie, zaciskając usta
w wąską kreskę. W pewnym sensie byłem zły na siebie, a w innym
było mi przykro.
Teraz jak o tym myślę, było to co najmniej śmieszne z mojej
strony. Oczekiwałem niemożliwego, uważając że to najbardziej
prawdopodobny scenariusz na świecie. Byłem absurdalnie naiwny, ale
to się chyba nadal nie zmieniło.
Na swoją kolej czekałem prawie dwie godziny. Niektórzy wychodzili
naprawdę szybko, a inni spędzali tam dwa, jak nie trzy razy więcej
czasu niż powinni.
- Haruka… Kazuta? - w końcu wywołała mnie jakaś kobieta.
Przedarłem się przez tłum, który zdawał się wcale nie maleć
mimo tylu zakończonych rozmów. Wszedłem do auli i zostawiłem
swoje rzeczy przy drzwiach zgodnie z poleceniem kobiety, która
wcześniej zaprosiła mnie do środka. Potem podszedłem do stołu,
za którym siedziały trzy osoby: dwóch mężczyzn na bokach i
kobieta pośrodku.
- Dzień dobry – powiedziałem najśmielej jak tylko mogłem,
chociaż mój głos i tak zadrżał zauważalnie.
Kobieta z komisji uśmiechnęła się łagodnie i wskazała mi
miejsce na krześle tuż przed ich stołem. Posłusznie usiadłem,
prosty jak struna, z dłońmi ułożonymi na udach. Odetchnąłem
głęboko, starając się zachować resztki spokoju.
- Porozmawiajmy o sztuce – powiedziała kobieta melodyjnym,
pogodnym tonem, po czym zaczęła wertować kartki w swoim grubym
segregatorze.
***
Rozmowa trwała góra dwadzieścia minut i z jednej strony ciągnęła
się w nieskończoność, a z drugiej wydawało mi się, że upłynęło
znacznie mniej czasu niż w rzeczywistości. Egzamin ustny oficjalnie
mnie wykończył. Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Gdy zbierałem
swoje rzeczy, a potem przemierzałem zatłoczony hol, czułem się
jakbym był w transie. Ludzie patrzyli na mnie z troską albo
pogardą, a może z zupełnie innymi intencjami. Mniej obchodzić
mnie to nie mogło. Powiew świeżego powietrza, o ile zatrute,
miejskie powietrze można w ogóle tak określić, także nie zrobił
na mnie większego wrażenia. Rozejrzałem się dookoła,
zdezorientowany i trochę zagubiony. Nie wiedziałem, czyjego
samochodu się spodziewać. Czekała na mnie mama? Ojciec? A może
też Shichiro?
- Haru! - mama zawołała mnie z oddali.
Szybko truchtała w moją stronę, lekko zaniepokojona i zmartwiona.
Zapewne wyglądałem jakbym zaraz miał zasłabnąć czy coś
takiego. Spojrzałem na nią pusto, ale od razu odwróciłem wzrok.
Mama stanęła bardzo blisko mnie.
- Wszystko okej? - zapytała szeptem.
Na te słowa coś we mnie pękło i zupełnie się rozsypałem. Nie
miałem więcej siły, by trzymać nerwy na wodzy czy pilnować
swoich emocji. Byłem zbyt wykończony, by udawać, że po tych
egzaminach czuję się chociaż „okej”. Wziąłem matkę w
objęcia, wcisnąłem twarz w zagłębienie między szyją i
ramieniem. A potem, zupełnie bezsilny, zacząłem płakać, cicho,
aczkolwiek jak zwykle brzydko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz