środa, 29 listopada 2017

Ósma historia



 Jego dotyk czułem na skórze jeszcze długo po tym jak wyszedłem z mieszkania. Przedramię paliło mnie żywym ogniem całą drogę na dworzec. Te parę kilometrów przeszedłem pieszo z nadzieją, że taki wymagający spacer jakkolwiek pomoże. Oczywiście nie ochłonąłem ani trochę. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Moje myśli cały czas wracały do tego momentu, raz po raz odtwarzając chwilę, którą wtedy uznałem za naprawdę magiczną. Skóra płonęła nadal gdy wracałem do domu, jadłem kolację, czy rozmawiałem z rodzicami. Podświadomie moje palce wędrowały do prawego nadgarstka i nieznacznie przesuwały się w kierunku łokcia. Potem wracały, znów się przesuwały i tak w kółko aż się orientowałem. Nawet gdy kładłem się spać, nie mogłem oprzeć się pokusie, by choć raz, po raz ostatni dotknąć tego głupiego fragmentu ręki, który tak mnie palił.
Siódmy czerwca okazał się posępnym dniem. W nocy spadł deszcz, który przyniósł orzeźwienie. I to nie tylko dla przyrody. Potężne krople bębniące o okno tuż przy moim łóżku zbudziły mnie jeszcze przed budzikiem. Obserwowałem jak woda ścieka po szybie, pozostawiając po sobie nieregularne ścieżki. Po raz pierwszy od końca kwietnia okryłem się cienką kołdrą. Nie czułem nic i nigdy przedtem nie było mi z tym tak dobrze. Nie istniała rzecz ani osoba, która wtedy miałaby jakiekolwiek znaczenie. Istniała chwila, taka pusta i beznamiętna, zupełnie przeciwna do chwili z poprzedniego dnia. Wstałem, otworzyłem okno. Do pokoju wpuściłem świeże powietrze, powiew ciepłego wiatru i letnią ulewę. Stanąłem na progu swojego prywatnego, miniaturowego tarasu i nabrałem powietrza w płuca. Świat pachniał ozonem, wspomnieniem nocnej burzy. Po moim ciele spływała woda, oplatając ramiona, nadgarstki i dłonie łagodnymi strugami. Po wczorajszym dotyku nie było już żadnego wspomnienia. Zdjąłem koszulkę, odsłaniając tym samym całego siebie, osobę, której nie pokazywałem nikomu. Uśmiechnąłem się szeroko w stronę ciemnoszarego, pochmurnego nieba. W głębi pokoju rozbrzmiał alarm, który miał przywołać mnie do porządku. Odwróciłem się od lasu i wróciłem do swojej sypialni. Przemoczoną koszulkę rzuciłem na środek pokoju, zupełnie nie przejmując się tym, jaką kałużę utworzyła wokół siebie. Wyciszyłem budzik i rześko ruszyłem do łazienki. Nie wiem jakim cudem odnalazłem w sobie nowe pokłady energii. Zdawało mi się, że był to jeden z tych dobrych dni. Mogłem wszystko, potrafiłem więcej niż ktokolwiek na tym świecie.
Po szybkim prysznicu i lekkim śniadaniu wziąłem się za przygotowywanie do egzaminu. Na łóżko rzuciłem dwa bloki papieru formatu A3 i jeden blok A4. Na nich ułożyłem moje ukochane, wysłużone akwarele. Nie były to może najdroższe i najlepsze farby jakie mógłbym dostać, ale wciąż znaczyły dla mnie zbyt wiele, by szukać nowych przed zużyciem tych do ostatniej kropli. Obok akwareli ostrożnie położyłem moją szkatułkę z ołówkami, gumkami i innymi, mniej potrzebnymi bibelotami. Podszedłem do biurka, aby wybrać pędzle. Długo wahałem się nad tym, co wziąć. Miałem ochotę zabrać ze sobą wszystkie, choć fizycznie było to niemożliwe. Dlaczego? A dlatego, że miałem ich absurdalnie dużo. Zajmowały sporą część biurka i ledwo mieściły się w czterech potężnych puszkach po farbach do drewna. Spędziłem dobre dwadzieścia minut wyciągając, przekładając i odkładając poszczególne pędzle. Koniec końców zostałem z piętnastoma, które uznałem za niezbędne. Wsadziłem je do nowiuteńkiego etui, które zwinąłem w poręczny rulon. Dołożyłem ten pakunek do stosu. Z przypadkowej szuflady wygrzebałem nożyczki, klej i jeszcze jeden pędzelek poświęcony na wszelakie substancje, które farbami nie były. Jako wisienkę na torcie, na mojej stercie postawiłem metalowy kubek, który dzielnie służył mi przy moim ostatnim obrazie. Wtedy właśnie jeszcze raz spojrzałem na sztalugę. Nie dodało mi to ani otuchy ani odwagi. W zasadzie nic to nie dało. Nie miało żadnego znaczenia, bo przecież nie musiałem się tym nikomu chwalić. Nikt nie poddawał tego obrazu ocenie i nic od niego nie zależało. Czyli nie znaczył nic. Ta myśl przyniosła mi niespodziewaną ulgę. Raz jeszcze odetchnąłem głęboko. To, co się mieściło, spakowałem do skórzanej torby, którą ostrożnie odłożyłem na podłogę tuż obok łóżka. Zostało mi tylko się ubrać i wyjść z domu. Wybrałem białą, luźną koszulę i czarne, wąskie spodnie, czyli standardowy, średnio oficjalny zestaw. Przeczesałem wciąż wilgotne włosy palcami i zgodnie z codziennym rytuałem spiąłem je trzema wsuwkami. Nie mając wiele więcej do roboty, zebrałem swoje rzeczy. Przeszedłem wąskim korytarzem do kuchni. Ojciec dopiero jadł śniadanie, wyraźnie zmęczony. Pewnie poszedł spać nie więcej niż cztery godziny temu.
- Powodzenia – mruknął, upijając łyk świeżo zaparzonej czarnej kawy.
Skinąłem głową, ale nie podziękowałem. Przed ważnymi egzaminami nie dziękowało się za żadne słowa wsparcia. Lepiej nie zapeszać, prawda?
Mama wzięła kluczyki z wyspy kuchennej, w przelocie ucałowała swojego męża w policzek i podążyła do wyjścia. Wydawała się spięta, a może nawet zestresowana.
- Wszystko masz? - zapytała mnie, gdy wsiadaliśmy do auta.
Po raz ostatni przejrzałem zawartość swojej torby. Portfel, dokumenty, przybornik, pędzle, nożyczki, klej, kubek. Wszystko było na swoim miejscu.
- Tak – oznajmiłem pewnie.
Mama przytaknęła tylko i przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zawarczał, budząc się do życia. Brzmiał zupełnie inaczej niż ten w Porsche Shichiro.
Na samą myśl dotknąłem swojego prawego nadgarstka. Zacisnąłem na nim palce i szybko ugryzłem wargę. Odetchnąłem krótko, przymknąłem oczy, a potem puściłem przedramię najspokojniej jak mogłem.
Podróż minęła mi nadzwyczaj szybko. Nim się obejrzałem, byliśmy już przed budynkiem liceum plastycznego. Sprawdziłem telefon. Nie miałem żadnej nowej wiadomości, chociaż po cichu na to właśnie liczyłem. Zrezygnowany, wyłączyłem smartfon. Przytuliłem mamę na pożegnanie, a potem wyszedłem z auta z torbą i blokami kartek. Uniosłem głowę wysoko i dumnie, a potem ruszyłem przed siebie, tylko raz przełykając mocno ślinę. Nie musiałem szukać wejścia, a tym bardziej sali, gdzie mieliśmy zebrać się przed egzaminem. Tłum niósł mnie ze sobą czy tego chciałem czy nie. Wszyscy wydawali się tak samo wystraszeni jak ja, a co lepsze, każdy z nich był absolutnie oryginalny. W połowie drogi w oko wpadły mi już dwie osoby, których wyglądu nie umiałem określić inaczej niż jako ekstremalnie ekscentryczny. Pierwszy był wysoki chłopak. Jego włosy były mieszaniną tysiąca odcieni zieleni i niebieskiego, które gwałtownie przechodziły w ciemny odrost. Spod długich kosmyków, które opadały na twarz w nieładzie, przebijały się błyszczące, srebrne kolczyki. Dwa tkwiły w brwi, trzeci w nosie, czwarty idealnie wpasował się w wydatny łuk kupidyna, a piąty i szósty wpijały się w dolną wargę. Twarz dopełniały ciemne oczy, a całokształtowi charakteru nadawały ogromne tunele w uszach, glany i skórzana kurtka (tak, lato już w pełni dawało się we znaki, ale jemu najwyraźniej to absolutnie nie przeszkadzało).
Drugą osobą była dziewczyna, która zazwyczaj musiała być mojego wzrostu. Teraz jednak wybijała się z tłumu tak, jak opierciengowany chłopak. Zawdzięczała to pudrowo-różowym butom na platformie, która musiała mieć co najmniej piętnaście centymetrów. Czarna, plisowana spódniczka ledwo zasłaniała jej pośladki, a i tak prawie w całości była przykryta przez luźną, poszarpaną, jeansową kurtkę. Jej wyciągnięty z popularnych blogów styl dopełniały muśnięta słońcem skóra i neonowe, różowe włosy. Szła dziarsko do przodu, a ludzie jakby podświadomie usuwali się jej z drogi. Wtedy nie zapałałem do niej szczególną sympatią. I tu się kłania, że nie należy oceniać książki po okładce.
Tłum, który szacowałem na ponad dwieście osób, powolną falą wtoczył się do sporej auli. Kto był pierwszy, ten zajął miejsca na krzesłach poustawianych w schludne rzędy. Reszta, w tym oczywiście ja, przycisnęła się do ścian. Na środek niewysokiej sceny weszła starsza kobieta w sukience o paskudnym odcieniu brązu i w ani trochę nie pasujących, czerwonych szpilkach. Skrzywiłem się lekko na widok dyrektorki tej placówki. Założyłem ręce na piersi, uważając by nikogo nie potrącić swoimi rzeczami. Choć nie zdziwiłbym się, gdybym narobił sobie problemów w tej szkole jeszcze nim mnie do niej przyjęli, to chciałem mieć chociaż wewnętrzne poczucie, że próbowałem tego uniknąć.
Dyrektorka dała nam krótki wykład na powitanie i raz jeszcze przypomniała nam regulamin egzaminu. Każdą zasadę byłem w stanie wyrecytować równo z nią. Na koniec kobieta życzyła nam powodzenia i nakazała wrócić na korytarz. Szybko skierowałem się do jedynego wyjścia z auli i jeszcze przed najgorszym tłumem wydostałem się na hol zastawiony, jak podejrzewałem, pracami uczniów. Czekało tam również kilka osób, które jak tylko zobaczyły pierwsze osoby, zaczęły przekrzykiwać się i kierować nas do pracowni, w których miały odbyć się egzaminy praktyczne. Lawirowałem w tłumie przez wąskie korytarze, schodząc coraz to niżej i niżej w dół. Koniec końców znaleźliśmy się w piwnicy, której spora przestrzeń została zagospodarowana na trzy konkretnej wielkości pracownie. Na drzwiach wisiały listy z nazwiskami. Założyłem, że zostanę przydzielony do środkowej sali i wcale się nie myliłem. Po sprawdzeniu numeru stanowiska, który został mi przypisany, zająłem miejsce na niewygodnym, drewnianym krześle. Pierwszy był w planie rysunek. Bloki rzuciłem na ziemię, a z torby wyciągnąłem przybornik. Wybrałem najlepsze ołówki i schludnie ułożyłem je przed sobą. Wyrwałem jedną kartkę A3 z bloku i jakkolwiek umieściłem ją na sztaludze, która była przypisana do mojego miejsca. Potem spojrzałem się przed siebie. Na niskim podeście stało krzesło. Jeszcze puste.
- Dlaczego ten egzamin jest przeprowadzany w takich warunkach?! - oburzyła się jakaś dziewczyna.
Flegmatycznie odwróciłem się w jej stronę. Znałem ją z widzenia z gimnazjum. Ociekała pieniędzmi w każdym aspekcie. Zlustrowałem ją powoli i krytycznie. Jej stanowisko nie różniło się niczym od mojego czy jakiegokolwiek innego. Siedziała tylko trochę dalej.
- Złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy – mruknąłem nim z powrotem zwróciłem się do przodu, w stronę podestu. Ktoś, kto siedział obok mnie, wydał z siebie dziwny dźwięk jak gdyby się krztusił. Zerknąłem nieśmiało w jego stronę. Był to niczym nie wyróżniający się chłopak o bystrym spojrzeniu. Zasłonił usta dłonią i też spojrzał na mnie przelotnie. Szybko przeniosłem wzrok na swoją sztalugę. Potarłem kark dłonią i wtedy zauważyłem jak trzęsą mi się dłonie. Odetchnąłem głęboko, dając wyraz swojej frustracji. Do sali wszedł egzaminator oraz kobieta odziana jedynie w czarny, przylegający do ciała podkoszulek i legginsy. Tak, była boso. Ona zajęła miejsce na krześle, a mężczyzna stanął trochę przed nią. Odchrząknął dwa razy, by zwrócić naszą uwagę i zaczął wyczytywać nazwiska. Potem przejrzał nasze legitymacje. Wracając na początek sali, przemówił po raz kolejny swoim szorstkim, niskim głosem:
- Oficjalnie rozpoczynamy pierwszą część pierwszego etapu egzaminu wstępnego. Macie czterdzieści pięć minut na jak najlepsze odwzorowanie anatomii, światłocienia i cech charakterystycznych osoby. Dopuszczalne jest użycie wyłącznie miękkich ołówków. Powodzenia.
Następnie odwrócił się do nas plecami i podszedł do skórzanego fotela obrotowego. Wygodnie się w nim usadowił i odwrócił w naszą stronę. Gestem dłoni pozwolił nam podnieść ołówki i tym samym zacząć. Ciszę przerwał głośny szelest, gdy wszyscy wzięli do rąk swoje przybory. Przez kolejne czterdzieści pięć minut z odgłosów towarzyszyły mi tylko skrobanie ołówków po gładkich, dużych kartkach i własny oddech.
Dziewczyna, która wcieliła się w rolę naszej modelki, była szczupła, wysoka i umięśniona w sposób specyficzny dla kogoś, kto uprawiał akrobatykę sportową albo jakiś inny rodzaj gimnastyki. Siedziała na krześle lekko odchylona, ale wciąż sztywna i wyprostowana jak struna. Szkicowanie takiej pozycji w pewnym sensie było wymagające, bo niecodzienne. Ledwo minutę przed końcem czasu skończyłem cieniować wszystkie zmarszczki materiału, kąty i zaokrąglenia. Nie byłem ani trochę zadowolony z tego, co stworzyłem. W końcu nie miałem czasu, by wszystko przemyśleć, poznać każdy kształt i trzy razy poprawić każdy detal, który uznałem za istotny. Modelka z kartki średnio przypominała tą z rzeczywistości, ale było już za późno by cokolwiek zmieniać. Zrezygnowany, podpisałem arkusz i wręczyłem go egzaminatorowi.
Gdy wszyscy oddali swoje prace, mężczyzna ogłosił dziesięć minut przerwy. Odetchnąłem wtedy z ulgą i upiłem łyk wody, którą jakimś magicznym cudem znalazłem w swojej torbie. Nikt za bardzo się nie odzywał, jednak nie zauważyłem też nikogo, kto wyglądałby na tak podłamanego jak ja. Potarłem twarz ze zmęczenia, zapewne rozmazując sobie ołówek po twarzy. Nie mogłem przejąć się tym mniej.
Wyrwałem z bloku rysunkowego kolejną kartkę i ustawiłem ją na sztaludze. Zatemperowałem ołówki, a dla pewności wbiłem każdy rysik w opuszek palca. Jednak zanim zdążyłem się chociaż troszeczkę rozluźnić, ten sam posępny mężczyzna wszedł do sali, tym razem przyprowadzając ze sobą jako modela chłopaka. W przeciwieństwie do tamtej gimnastyczki, on był znacznie mocniej zbudowany, żylasty i silny. Miał taki sam podkoszulek oraz leginsy. Odstawił krzesło na bok, a następnie ustawił się na środku podestu w rozluźnionej pozie.
- Oficjalnie rozpoczynamy drugą część pierwszego etapu egzaminu wstępnego. Macie czterdzieści pięć minut na jak najlepsze odwzorowanie anatomii, światłocienia i cech charakterystycznych osoby. Dopuszczalne jest użycie wyłącznie miękkich ołówków. Powodzenia – egzaminator powtórzył swoją formułkę monotonnym, znudzonym głosem. Zasiadł w swoim fotelu i znów gestem dłoni pozwolił nam zacząć.
Szkic mężczyzny był dla mnie już z założenia łatwiejszy, a do tego jego typ budowy był… Cóż. Zbliżony do Shichiro. Już w pierwszej minucie pojawiła się u mnie taka myśl, za co serdecznie przeklinałem się do końca egzaminu. Niemniej jednak nie miałem trudności z jego posturą i anatomią. Gorzej było z detalami twarzy czy włosami, które zostały starannie przycięte tuż przy skórze. Szkic od szyi w dół poszedł mi naprawdę szybko, każdy mięsień i każde marszczenie czy zagięcie materiału rysowałem prawie automatycznie. Tak naprawdę blisko dwadzieścia minut poświęciłem na szczegóły kanciastej, niezbyt przystojnej, w moim guście, twarzy i włosy, które z jakiegoś powodu zachciało mi się rysować nader dokładnie. Dopiero gdy egzaminator oznajmił, że czas się skończył, przypomniałem sobie o podpisie. Pośpiesznie oddałem swoją pracę i wróciłem na miejsce.
- Dziękuję, to jest koniec pierwszego etapu egzaminu. Teraz nastąpi półgodzinna przerwa, a następnie rozpocznie się drugi etap: egzamin praktyczny z malarstwa. Techniką jest akwarela i podczas przerwy proszę przygotować wszystkie potrzebne materiały – podsumował mężczyzna, po czym wyszedł z sali prędko. Niedługo po nim wyszedł i model.
Pokręciłem głową i sięgnąłem do torby po telefon. Włączyłem go na chwilę w nadziei, że teraz coś już pojawiło się w skrzynce odbiorczej. Ściągnęło się kilka powiadomień z portali… I nic poza tym. Rzuciłem telefon do torby, a potem wyciągnąłem z niej kubek na wodę. Zawahałem się przez chwilę, po czym szarpnąłem cały ciężki pakunek z ziemi. Wyszedłem z piwnicy i za znakami podążyłem do toalet. Kolejka była niemożliwa, ale odstałem ile trzeba. Na swoje miejsce wróciłem z kubkiem czystej wody, przy okazji spokojniejszy o siebie. Po raz ostatni, zupełnie zrezygnowany, sprawdziłem telefon. Zdjęcie z wygaszacza przesłaniało pojedyncze powiadomienie o wiadomości SMS. Odblokowałem telefon prędko.
Powodzenia.
Krótko, na temat i bez zbędnych ozdobników. A mimo to poczułem ulgę i nabrałem troszeczkę optymizmu. Bez odpisywania wyłączyłem telefon. Do sztalugi przypiąłem kolejną kartkę, w wygodnym miejscu ustawiłem kubek z wodą, a pod ręką ułożyłem wszystkie pędzle i farby. Ludzie, którzy siedzieli po bokach ostentacyjnie zlustrowali moje stanowisko. Cóż, możliwe, że wziąłem za dużo przyborów w porównaniu do innych. Farby też nie należały do najtańszych, no i ogólnie chyba niektórym to przeszkadzało. Skuliłem się lekko, czując się niekomfortowo z poświęcaną mi uwagą, ale nie ruszyłem się, by cokolwiek zmienić. Z resztą, krótką chwilę później, uwagę wszystkich skupiła na sobie kobieta, która wparowała do sali. W przeciwieństwie do mężczyzny od rysunku, ona wydawała się być prawdziwą artystyczną duszą. W rękach niosła misę oraz coś co przypominało butelkę. Dopiero, gdy ustawiła te przedmioty na stole, zorientowałem się, że to jednak kryształowa karafka z… Winem?
- Nie przejmujcie się, to tylko soczek – powiedziała wysokim, rozanielonym głosem.
Parę osób zdobyło się na krótki, nerwowy śmiech. Ona w tym czasie z kantorka, którego drzwi były idealnie wpasowane w białą ścianę, wyciągnęła stolik ze stelażem, na który został narzucony czarny, satynowy materiał. Jego fałdy układały się w nieregularny sposób, w jednym miejscu tworząc większe, a w innym mniejsze zagniecenia. W centrum kobieta ustawiła ciemnoniebieską misę, z której wystawało kilka jabłek i gruszek, a po lewej stronie postawiła karafkę. Z prawej natomiast odłożyła swoje ekstrawaganckie okulary z różowymi oprawkami o niespotykanym kształcie.
Chwilę potem kobieta lekko podciągnęła długie, szerokie rękawy swojej słonecznikowożółtej sukni i klasnęła delikatnie.
- Moje drogie dzieci, za chwileczkę zaczniemy drugi etap egzaminu wstępnego, który może wydać wam się ciuteńkę łatwiejszy. Macie pełną godzinkę aby jak najlepiej odwzorować wszystkie elemenciki z tej martwej natury. Skupcie się szczególnie na kolorkach i odcieniach oraz oczywiście na perspektywie. Mam nadzieję, że dobrze sobie poradzicie, moi kochani! - powiedziała przesłodzonym, radosnym głosem. Zerknęła na zegarek szybko, mrużąc przy tym oczy.
- No, to czas start! - zawołała potem i zajęła miejsce egzaminatora z rysunku. Obkręciła się na fotelu dwa razy, po czym utkwiła wzrok w nas.
Sięgnąłem po pędzel i zacząłem rozplanowywać przestrzeń. Nie zajęło to mi zbyt długo, ponieważ takimi pracami uwielbiał zadręczać mnie ojciec. Perspektywa była dla niego wszystkim, najważniejszą częścią doskonałego obrazu. Chociaż papier nie chciał ze mną współpracować, udało mi się wyprodukować coś akceptowalnego, nawet jak na wymagania mojego cudownego taty. Podpisałem się i po raz ostatni spojrzałem na pracę. Karafka nie była może idealna, a misa trochę zbyt szeroka, ale nikt nie mógł uznać tego za rażące błędy. Zwłaszcza tej karafki, która była szklana i niezwykle misternie zdobiona.
- Koniec, koniec kochani! - moje rozmyślania przerwał głos egzaminatorki – Zostawcie swoje prace na sztalugach i zbierzcie się na hol. Pójdziecie do innych pracowni na ostatni egzaminik z rzeźby. Trzymam za was kciuki moi mali artyści!
Uniosłem brwi w konsternacji i zebrałem swoje rzeczy. Wziąłem ociekające pędzle oraz kubek do ręki, a resztę rzeczy wpakowałem na oślep do torby. Pod pachę wziąłem oba bloki i w tak niekomfortowym ustawieniu przeniosłem się na hol. Zdążyłem wylać wodę z kubka jak również przemyć dokładnie pędzle, nim ktokolwiek się zjawił by zabrać nas do sal na egzamin z rzeźby. Zostaliśmy rozdzieleni już tylko na dwie pracownie, a więc panował znacznie większy tłok i duchota. Oczywiście one mi absolutnie nie pomagały, ale zacisnąłem zęby. Jeszcze ta jedna godzina, szybka rozmowa o sztuce i było po wszystkim. W teorii oczywiście.
Egzaminatorem z rzeźby okazał się szczupły mężczyzna z długą, rudą brodą, której końce były ubrudzone masą gipsową. Gdy wchodziliśmy, on już stał przed kredową tablicą w poplamionym fartuchu, który w niewielkim stopniu ochraniał kraciastą koszulę i zdezelowane jeansy.
- No, witam państwa na jakże upragnionym, ostatnim etapie egzaminu praktycznego – zaczął niskim, radosnym głosem. Szybko przejrzał nasze legitymacje i kontynuował swoją krótką przemowę:
- Jak wszyscy wiecie, teraz was czeka coś w stylu egzaminu z rzeźby. No, macie godzinę na stworzenie z papieru instalacji na temat, który zaraz napiszę wam na tablicy. Pracę podpisujecie pod spodem, a gdy skończycie, uciekacie na hol i szukacie waszej cudownej komisji na rozmowę. Także, no, powodzenia.
Po tym monologu, mężczyzna energicznie obrócił się do tablicy i maciupeńkim kawałkiem kredy napisał szkaradnym pismem temat:
ZWIERZĘ
Westchnąłem cicho, utrapiony tym pomysłem. Dodatkowo, pierwsze zwierzę jakie tylko przyszło mi na myśl było koniem. A to było raczej ambitnym przedsięwzięciem. A jednak, niewiele myśląc, od razu zabrałem się do pracy nad masywnym koniem, który przypominał ulubionego Shire'a mojej mamy. Papier gniotłem, darłem, z rzadka ciąłem. Po kolei tworzyłem korpus, szyję, nogi i głowę. Skleiłem je razem aby stworzyły średnio poprawną anatomicznie figurkę bez życia. Zwinąłem niesamowitą ilość frędzli, które posłużyły mi za grzywę i ogon. Na koniec uwieńczyłem stworzenie maleńkimi uszami oraz kopytami. Nie zdążyłem już nadać mu żadnego wyrazu twarzy czy zarysu mięśni, ale jak na mój brak umiejętności w tej dziedzinie, było naprawdę nieźle. Gdy brodaty egzaminator oznajmił koniec czasu, poczułem ulgę rozlewającą się po mojej klatce piersiowej. Choć nie był to jeszcze koniec, to najgorsze miałem już za sobą. Została tylko „krótka” rozmowa.
Wszyscy zebrali się na holu w tym samym momencie. Znów powstał niemiłosierny tłum, który pchał się w jednym kierunku: w stronę drzwi od auli. Domyśliłem się, że to właśnie tam wywiesili listy z kolejnością egzaminów ustnych. Zgrabnie przepchnąłem się między ludźmi, mając cichą nadzieję na to, że lista została ułożona wedle czyjegoś uznania, a ja przypadkowo znalazłem się na jej początku. Także nie zaskoczę was tym, jak bardzo się zawiodłem, gdy ujrzałem uporządkowane alfabetycznie nazwiska, a w tym moje na trzydziestym ósmym miejscu. Rozejrzałem się wokół, szukając spokojnego miejsca by chociaż na chwilę przysiąść. Szykowało się dość długie czekanie, a ja nie miałem najmniejszej ochoty cały ten czas stać. Chociaż nie miałem prawa narzekać, skoro byłem w pierwszej czterdziestce z ponad dwustu kandydatów, to i tak byłem bardzo niepocieszony. Powiodłem wzrokiem po zatłoczonym holu. Nie było nawet skrawka wolnego miejsca. Zrezygnowany, nie miałem innego wyboru niż stanąć w przypadkowym miejscu blisko ściany i jak niby nigdy nic udawać, że nikomu w tym miejscu nie przeszkadzam. Po raz kolejny nie oparłem się pokusie, by wyjąć telefon z torby. Choć wiedziałem jaki sms czeka na mnie w swojej skrzynce, to wciąż miałem nadzieję na coś więcej. Jak zresztą zawsze, nie wiadomo dlaczego. Włączyłem smartfon i poczekałem krótką chwilę. Żadnych nowych wiadomości, a nawet zwyczajnych powiadomień. Skrzywiłem się lekko na ten widok, jednocześnie czując głupie ukłucie żalu. Idiotyczne tym bardziej, że nadzieję prawie na sobie wymuszałem. Odłożyłem telefon do torby, po czym spojrzałem przed siebie, zaciskając usta w wąską kreskę. W pewnym sensie byłem zły na siebie, a w innym było mi przykro.
Teraz jak o tym myślę, było to co najmniej śmieszne z mojej strony. Oczekiwałem niemożliwego, uważając że to najbardziej prawdopodobny scenariusz na świecie. Byłem absurdalnie naiwny, ale to się chyba nadal nie zmieniło.
Na swoją kolej czekałem prawie dwie godziny. Niektórzy wychodzili naprawdę szybko, a inni spędzali tam dwa, jak nie trzy razy więcej czasu niż powinni.
- Haruka… Kazuta? - w końcu wywołała mnie jakaś kobieta.
Przedarłem się przez tłum, który zdawał się wcale nie maleć mimo tylu zakończonych rozmów. Wszedłem do auli i zostawiłem swoje rzeczy przy drzwiach zgodnie z poleceniem kobiety, która wcześniej zaprosiła mnie do środka. Potem podszedłem do stołu, za którym siedziały trzy osoby: dwóch mężczyzn na bokach i kobieta pośrodku.
- Dzień dobry – powiedziałem najśmielej jak tylko mogłem, chociaż mój głos i tak zadrżał zauważalnie.
Kobieta z komisji uśmiechnęła się łagodnie i wskazała mi miejsce na krześle tuż przed ich stołem. Posłusznie usiadłem, prosty jak struna, z dłońmi ułożonymi na udach. Odetchnąłem głęboko, starając się zachować resztki spokoju.
- Porozmawiajmy o sztuce – powiedziała kobieta melodyjnym, pogodnym tonem, po czym zaczęła wertować kartki w swoim grubym segregatorze.

***
Rozmowa trwała góra dwadzieścia minut i z jednej strony ciągnęła się w nieskończoność, a z drugiej wydawało mi się, że upłynęło znacznie mniej czasu niż w rzeczywistości. Egzamin ustny oficjalnie mnie wykończył. Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Gdy zbierałem swoje rzeczy, a potem przemierzałem zatłoczony hol, czułem się jakbym był w transie. Ludzie patrzyli na mnie z troską albo pogardą, a może z zupełnie innymi intencjami. Mniej obchodzić mnie to nie mogło. Powiew świeżego powietrza, o ile zatrute, miejskie powietrze można w ogóle tak określić, także nie zrobił na mnie większego wrażenia. Rozejrzałem się dookoła, zdezorientowany i trochę zagubiony. Nie wiedziałem, czyjego samochodu się spodziewać. Czekała na mnie mama? Ojciec? A może też Shichiro?
- Haru! - mama zawołała mnie z oddali.
Szybko truchtała w moją stronę, lekko zaniepokojona i zmartwiona. Zapewne wyglądałem jakbym zaraz miał zasłabnąć czy coś takiego. Spojrzałem na nią pusto, ale od razu odwróciłem wzrok. Mama stanęła bardzo blisko mnie.
- Wszystko okej? - zapytała szeptem.

Na te słowa coś we mnie pękło i zupełnie się rozsypałem. Nie miałem więcej siły, by trzymać nerwy na wodzy czy pilnować swoich emocji. Byłem zbyt wykończony, by udawać, że po tych egzaminach czuję się chociaż „okej”. Wziąłem matkę w objęcia, wcisnąłem twarz w zagłębienie między szyją i ramieniem. A potem, zupełnie bezsilny, zacząłem płakać, cicho, aczkolwiek jak zwykle brzydko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X