wtorek, 23 stycznia 2018

Dziewiąta historia


Rozkleiłem się na dobre i nie byłem w stanie uspokoić się przez następny kwadrans, a nawet i dłużej. W tym czasie mamie udało się zaprowadzić mnie do auta, bym mógł płakać w spokoju, bez przyciągania zbędnej uwagi. Płakałem wtulony w nią bezustannie aż zabrakło mi łez. Nawet wtedy nie uspokoiłem się do końca, ale mogłem już nad sobą panować.
- Już lepiej? - zapytała po jakimś czasie i odsunęła mnie od siebie, by spojrzeć na moją twarz.
Pokiwałem głową, jednocześnie pocierając spuchnięte oczy. Wciąż byłem roztrzęsiony, co nie uszło jej uwadze. Ucałowała moje czoło delikatnie, uśmiechnęła się łagodnie i jeszcze raz mnie przytuliła.
- Źle poszło? - zapytała niepewnie.
Wzruszyłem ramionami, a potem pociągnąłem nosem głośno.
- Nie wiem, szczerze – mruknąłem posępnie – Mam nadzieję, że nie poszło mi tragicznie… Ale nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Przyciągnęła mnie mocniej do siebie i zaczęła lekko gładzić mnie po karku kojącymi, rytmicznymi ruchami dłoni.
- Będzie dobrze – szepnęła głosem pełnym typowego dla niej optymizmu.
Pokiwałem głową lekko, jednocześnie próbując oswobodzić się z jej uścisku. Mama zrozumiała aluzję, wyprostowała się i odwróciła przodem do kierownicy.
- Wracamy do domu? - zapytała.
Zawahałem się przez chwilę, podświadomie czując potrzebę pojechania gdzie indziej. Wyciągnąłem telefon z torby i przesunąłem palcem po wyświetlaczu. Potem odblokowałem ekran. Szybko napisałem wiadomość:
Czy ty dzisiaj jesteś na hali?
Wysłałem ją do Shichiro. Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.
Otóż tak. I póki co nikt poza mną.
Przygryzłem wargę i obejrzałem się za siebie. Ku mojemu zaskoczeniu na tylnym siedzeniu leżała torba treningowa. Zmarszczyłem brwi w konsternacji.
- Nie brałem tego ze sobą – mruknąłem.
Mama prychnęła cicho, rozbawiona moim zdziwieniem.
- Wiedziałam, że będziesz chciał jechać na lodowisko - oparła.
Zarumieniłem się lekko i odwróciłem wzrok, zakłopotany.
- Prawda – przyznałem.
Mama zaśmiała się cicho i przekręciła kluczyk w stacyjce. Najwyraźniej nie miała nic przeciwko, bym jeszcze gdzieś się pałętał.
- To było oczywiste – przyznała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
Pokręciłem głową, mimowolnie śmiejąc się lekko.
***
Droga z plastyka zajmowała znacznie więcej czasu niż z mojego gimnazjum i dopiero po dobrych dwudziestu minutach hala lodowiska zamajaczyła na horyzoncie. Gdy w końcu zatrzymaliśmy się na parkingu, ucałowałem mamę w policzek na pożegnanie.
- Wracaj bezpiecznie – mruknęła jeszcze, gdy sięgałem po swoją torbę.
- Shichiro mnie odwiezie – oznajmiłem pewnie, chociaż mogło być to kłamstwo.
- Och, Shichiro… - powtórzyła jego imię tajemniczym i zagadkowym dla mnie tonem – Muszę go w końcu poznać chyba, co?
Zarumieniłem się lekko, ale mimo tego spojrzałem jej w oczy. Patrzyła się na mnie, podejrzanie rozbawiona.
- Dlaczego? - zapytałem sucho.
- No nie wiem… Dobrze by było znać znajomych mojego synka – odparła niewinnie, szczerząc się od ucha do ucha,
Zmarszczyłem brwi i sapnąłem, wyrażając swój dyskomfort.
- Może kiedyś – obiecałem i wysiadłem z auta – Do zobaczenia wieczorem.
- Pa kochanie, baw się dobrze.
Pożegnała mnie tak, jak zawsze, a jednak w jej oczach dojrzałem dziwny błysk, jakby ubzdurała sobie nie wiadomo co.
Zatrzasnąłem drzwi i patrzyłem za jej samochodem aż zupełnie zniknął z mojego pola widzenia. Potem odwróciłem się energicznie, kierując się w stronę wejścia na halę. Standardowo przywitałem się z panią z recepcji i poszedłem do szatni. Przebrałem się szybko, a nim zacząłem wiązać sznurowadła, napisałem jeszcze wiadomość do Shichiro:
Jestem. Zejdź na dół.
Nie dostałem odpowiedzi, ale podświadomie wiedziałem, że mój sms został odczytany od razu.
Porządnie zasznurowałem łyżwy, czując jakbym zaraz miał odciąć sobie dopływ krwi do stóp. Naciągnąłem na siebie bluzę, po czym ruszyłem w stronę lodowiska. Śpieszyłem się, choć absolutnie nie miałem po co.
Różnica temperatur była tak dotkliwa, że aż zacząłem się trząść. Przyzwyczajony do letnich upałów, nie mogłem przeżyć nagłej fali zimna, która uderzyła mnie zaraz po wyjściu z szatni. Potarłem ramiona energicznie i rozejrzałem się po hali. Tafla lodu była pusta, a do tego praktycznie nienaruszona. Był czerwiec, prawdopodobnie większość „stałych” członków klubu obijała się, smażąc na zagranicznych plażach. Część pewnie rozważała czy w ogóle jest warto wrócić do tego lodowatego miejsca. Jednak jak bardzo cieszyłem się z braku innych klubowiczów, tak samo rozczarowany byłem, że nie widziałem Shichiro. Jeszcze raz zerknąłem na telefon, lecz nadal nie dostałem żadnej wiadomości zwrotnej. Zrezygnowany, pokręciłem głową i wyciągnąłem z kieszeni dresów słuchawki. Podszedłem do bandy, drżącymi palcami wciskając końcówki do uszu. Zdejmując osłonki z ostrzy łyżew, włączyłem przypadkową playlistę. Była to jedna z tych, które ułożyłem całe wieki temu, gdy łyżwiarstwo było czymś więcej niż sportem, z którym wiążą się miłe wspomnienia z dzieciństwa. Wtedy marzyłem, że często będę miał właśnie takie dni jak ten dzisiejszy, a te playlisty miały mi pomóc w składaniu moich „mistrzowskich” układów.
Wszedłem na lód, rozciągając się nieco. Klasycznie nie poświęciłem temu ani chwili w szatni czy chociaż przed samym wejściem. Oczywiście byłem świadom całego ryzyka, które niosło ze sobą takie podejście, ale nigdy nie miałem cierpliwości, by poświęcić te dziesięć, może piętnaście minut na rozgrzewkę. Zacząłem robić powolne kółka tuż przy bandach, podobnie jak wszyscy początkujący bądź amatorzy. A jednak z każdym okrążeniem rozpędzałem się coraz to bardziej, nie wiadomo po co ani dlaczego. Pozwoliłem myślom oddalić się i błądzić, a ciału robić co chce. Byłem zbyt psychicznie zmęczony, by przejmować się poprawnością czy doskonałą formą.
Nie wiadomo kiedy zacząłem powtarzać swoje rutynowe ćwiczenia. Zdawałem sobie sprawę, że idzie mi nadzwyczaj dobrze. Każdy ruch był tak bliski perfekcji jak nigdy przedtem, a nie wkładałem w to więcej wysiłku niż zazwyczaj. Ba, przykładałem się jeszcze mniej niż kiedykolwiek w ostatnich czasach. Choć wcześniej w duchu obiecałem sobie, że nie będę robić żadnych skoków, to szybko zaniechałem trzymania się tej decyzji. Zacząłem od prostych toeloopów, wpierw pojedynczych, a potem przeszedłem po kolei do podwójnych i potrójnych. Niedługo później włączyłem też salchowy i axle. Nim się obejrzałem, zacząłem tworzyć coś na rodzaj faktycznego programu. Kolejno wymyślałem sekwencje kroków, łączyłem skoki w pełne kombinacje i dodawałem piruety. Przewracałem się parę razy, a za każdym razem podnosiłem się coraz to szybciej i szybciej. Jakbym nie miał ani chwili do stracenia.
Po części była to prawda. Sezon zaczynał się w lipcu, a ja nie miałem nic. Ale wtedy nie o to chodziło. Chodziło o coś głębszego, coś bardziej abstrakcyjnego i do tego absolutnie niezwiązanego ze sportem jako sportem. Chciałem po prostu przelać swoje emocje na lód. Wyrazić wszystko, co mnie tego dnia męczyło. Nie mogłem tego po prostu wykrzyczeć czy przemilczeć. To było zbyt mało, zbyt niewiele by wyrazić jak bardzo obawiałem się tego dnia i jak bardzo rozczarowałem się sobą. Potrzebowałem tych skoków, piruetów, porażek i sukcesów, by wyrazić swoje nerwy, swoje upadłe nadzieje, a być może by również siebie pocieszyć, naiwnie dać sobie kolejną szansę.
Playlista skończyła się, a tak właściwie to zapętliła. Gdy usłyszałem pierwszą piosenkę z listy, wywnioskowałem, że katowałem się już prawie półtorej godziny. A mimo tego nie przestawałem. Brakło mi oddechu, czułem, że mam coraz mniej siły. Jednak chciałem więcej, dużo, dużo więcej. Jak w transie zacząłem od początku powtarzać cały układ, który udało mi się wymyślić. Chciałem zapamiętać najdrobniejszy szczegół, olśniony nagłym pomysłem, który wydawał się bardziej niż genialny. W końcu się skupiłem, byłem świadomy tego, co robię, gdzie jadę i w jaki sposób skaczę, obracam się czy ląduję. Cały czas się poprawiałem, planowałem, zapamiętywałem. Przy ostatnim skoku nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Tak naprawdę resztkami sił zmusiłem się do potrójnego axla. Wybiłem się, zrobiłem niepełne trzy obroty i uderzyłem o lód tak niezgrabnie, że gorzej się nie dało. Upadłem ze zdławionym krzykiem. Moje ramię, kolano i głowa zaliczyły nieprzyjemny kontakt z zimną taflą. Leżałem chwilę bez ruchu, oddając się przyjemnemu chłodowi. Odetchnąłem głęboko, a po chwili obróciłem się na plecy. Nogi drżały szaleńczo, a oddech był tak krótki, że aż przerażający. Nie ruszałem się jeszcze przez długą chwilę, słuchając ostatnich dźwięków fortepianu w piosence. Przymknąłem oczy, próbując przywrócić sobie normalny oddech albo chociaż trochę się uspokoić. Zakryłem twarz tą mniej obolałą ręką. Drugą niezgrabnie wyrwałem słuchawki z uszu. Usłyszałem ciche skrzypnięcie wejścia i delikatny szmer płóz o lód. Spojrzałem w stronę źródła dźwięku. W moją stronę kierowała się osoba, której absolutnie się nie spodziewałem.
- Shichiro – sapnąłem, próbując podnieść się chociaż do pozycji siedzącej.
- Zgłupiałeś już do reszty – podsumował, kucając tuż przy mnie.
Pierwszy raz widziałem go na łyżwach, a poruszał się na nich zaskakująco swobodnie, jakby się w nich urodził. Z drugiej strony, jego ojciec jest przecież trenerem, więc nie można było się niczego innego spodziewać.
- To już dawno – odparłem, w końcu zmuszając się do podniesienia z lodu. Ugiąłem nogę ostrożnie i poruszałem chwilę obolałą ręką. Nic nie było złamane, więc uznałem, że nic się nie stało.
Spojrzałem na twarz Shichiro. Cienie pod oczami były wyraźniejsze niż zwykle, a spojrzenie o wiele bardziej zmęczone. Zarost przyciemniał lekko szczękę i brodę. Włosy zostały w nieładzie, nieujarzmione po nocy.
- Dobra impreza? - domyśliłem się, rozbawiony jego przykrym wyglądem.
Jeszcze przez chwilę patrzył na mnie zupełnie beznamiętnym wzrokiem, a potem przetarł twarz dłonią i westchnął ciężko. Wziął mnie pod ręce bez ostrzeżenia aby po chwili postawić mnie na nogach. Zesztywniałem, zaskoczony jego gestem. Spojrzałem mu prosto w oczy na ułamek sekundy, ale zaraz spuściłem wzrok na taflę lodu. Z bliska nie wyglądał jakby przebalował całą noc. Raczej jakby ją przepłakał.
- Dzięki – szepnąłem, jednocześnie starając się go wyminąć. Chciałem zrobić to z godnością, ale zamiast tego potknąłem się, znów będąc blisko upadku.
Zareagował szybciej niż mógłbym się tego spodziewać. W ostatnim momencie złapał moje ramię w pewnym uścisku. Podciągnął mnie lekko, objął niedelikatnie w okolicach pasa i w ten sposób zaprowadził do wyjścia. Nic nie powiedział, gdy w końcu opuściliśmy lód, ale w końcu mnie puścił. Spojrzałem na niego niepewnie, jeszcze raz poprawiając osłony na ostrzach. Zlustrował mnie beznamiętnie i wzruszył ramionami.
- Czekam u siebie – mruknął, odwracając się na pięcie.
Nie zauważyłem, kiedy zmienił łyżwy na zdezelowane trampki. Sam ostrożnie zwróciłem się w stronę szatni, ale ledwo udało mi się tam dotrzeć. Zdecydowanie nie miałem już siły na cokolwiek. Opadłem na ławkę bezwładnie i mozolnie zacząłem rozwiązywać zaciśnięte sznurowadła. Po chwili musiałem zrobić sobie przerwę, bo palce drżały mi jak oszalałe. Nie wiedziałem czy to kwestia zmęczenia czy bliżej mi nieznanych emocji, które być może gdzieś się na mnie czaiły. Kilka razy zacisnąłem dłonie w pięści, patrząc się na nie jakby były najbardziej magicznym mechanizmem na świecie.
Z ulgą pozbyłem się swoich łyżew i zamieniłem je na wygodne buty sportowe, które ku mojemu zaskoczeniu znalazłem w swojej torbie. Mama pomyślała o wszystkim. Zawiązałem sznurowadła luźno. Odetchnąłem głęboko, a potem zaryzykowałem wstanie. Nogi dały o sobie znać wraz ze stłuczeniami, które już zadomowiły się na moim ciele. Przymknąłem oczy na chwilę, by zebrać się w sobie. Zrobiłem parę kroków w tą i z powrotem, przerzuciłem torbę treningową przez ramię, tylko nieznacznie krzywiąc się z bólu. Ruszyłem na korytarz, a następnie w stronę gabinetów. Cały czas gładziłem palcami chłodną, betonową ścianę, która w razie czego miała służyć mi za wsparcie.
Zapukałem do odpowiednich drzwi, choć zapewne nie musiałem tego robić.
- Proszę – usłyszałem stłumione zaproszenie.
Wszedłem do środka najciszej jak umiałem. Shichiro, typowo dla siebie, siedział przy swoim biurku. Gapił się w stojący przed nim kubek pustym, nieobecnym wzrokiem. Patrzyłem na niego przez dłuższy moment, nie wiedząc co zrobić albo chociaż powiedzieć. Dopiero gdy usłyszałem szelest i skrzypnięcie kozetki, gwałtownie odwróciłem się w tamtą stronę. W istocie, na leżance ktoś siedział. A przez kogoś mam na myśli najbardziej dostojną osobę jaką w życiu było mi dane widzieć. Ciężko w opisie zmieścić, jakie wrażenie na mnie wywarł. Mężczyzna był wysoki i szczupły, choć nie wydawał się wysportowany. Siedział wyprostowany jak struna, z rękoma złożonymi na kolanach swobodnie. Patrzył się na mnie przeszywającymi oczami o lodowatej, jasnobłękitnej barwie. Jego spojrzenie było pewne i spokojne, jakby obserwował mnie bez większego zainteresowania, a jednocześnie dogłębnie przenikał. Mocno zarysowana, wąska szczęka poruszała się wraz z papierosem, którego jakby od niechcenia trzymał między zębami. Po chwili bezruchu poprawił swoje złote, już wcześniej nienagannie ułożone włosy i podwinięte rękawy białej koszuli.
- Haruka, jak mniemam? - powiedział melodyjnym głosem, jednocześnie podnosząc się z kozetki.
Mimowolnie cofnąłem się o krok.
- Haruka Kazuta – przedstawiłem się nieśmiało.
Mężczyzna przytaknął, podchodząc do mnie. Wyciągnął dłoń w moją stronę, delikatnie, acz stanowczo. Spojrzałem na jego rękę szybko. Miał zaskakująco długie palce. Palce pianisty.
- Sebastian Kraft – oznajmił z twardym akcentem, a ja przeniosłem wzrok na jego twarz, zakłopotany.
Podałem mu rękę, a on uścisnął ją pewnie.
- Mój przyjaciel, pianista – dodał Shichiro od niechcenia, nie odwracając się do nas.
Przytaknąłem, skonsternowany. Ciężko mi było jakkolwiek zareagować na tą informację, zwłaszcza, że na tamten moment wydawała się ona kompletnie bezużyteczna.
Sebastian uśmiechnął się szeroko i podszedł do Shichiro, jednocześnie delikatnie kładąc rękę na jego plecach. Chłopak spojrzał się na niego tak samo beznamiętnie, jak wcześniej patrzył na mnie.
- Ja idę zapalić, a wy sobie pogadajcie – oznajmił Kraft cicho, zgarniając ze stołu zapalniczkę.
- Sebastian, nie… - zaczął Shichiro, ale nim zdążył skończyć, przyjaciel przyłożył mu palec do ust i zaskakująco zbliżył się do jego twarzy. Poczułem jak serce ściska mi brzydkie, ale wciąż bliżej nieokreślone uczucie.
- Idę zapalić – powtórzył dosadnie.
Szybko się wyprostował i podążył do drzwi. Wyminął mnie z gracją, zaszczycając przy okazji szybkim, pewnym spojrzeniem. Zlustrowałem go, nagle bardziej wrogo nastawiony.

- Porozmawiajcie – podkreślił Sebastian stanowczym, lekko ironicznym tonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X