Rozkleiłem się na dobre i nie byłem w stanie uspokoić się przez następny kwadrans, a nawet i dłużej. W tym czasie mamie udało się zaprowadzić mnie do auta, bym mógł płakać w spokoju, bez przyciągania zbędnej uwagi. Płakałem wtulony w nią bezustannie aż zabrakło mi łez. Nawet wtedy nie uspokoiłem się do końca, ale mogłem już nad sobą panować.
- Już lepiej? - zapytała po jakimś czasie i odsunęła mnie od
siebie, by spojrzeć na moją twarz.
Pokiwałem głową, jednocześnie pocierając spuchnięte oczy. Wciąż
byłem roztrzęsiony, co nie uszło jej uwadze. Ucałowała moje
czoło delikatnie, uśmiechnęła się łagodnie i jeszcze raz mnie
przytuliła.
- Źle poszło? - zapytała niepewnie.
Wzruszyłem ramionami, a potem pociągnąłem nosem głośno.
- Nie wiem, szczerze – mruknąłem posępnie – Mam nadzieję, że
nie poszło mi tragicznie… Ale nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Przyciągnęła mnie mocniej do siebie i zaczęła lekko gładzić
mnie po karku kojącymi, rytmicznymi ruchami dłoni.
- Będzie dobrze – szepnęła głosem pełnym typowego dla niej
optymizmu.
Pokiwałem głową lekko, jednocześnie próbując oswobodzić się z
jej uścisku. Mama zrozumiała aluzję, wyprostowała się i
odwróciła przodem do kierownicy.
- Wracamy do domu? - zapytała.
Zawahałem się przez chwilę, podświadomie czując potrzebę
pojechania gdzie indziej. Wyciągnąłem telefon z torby i
przesunąłem palcem po wyświetlaczu. Potem odblokowałem ekran.
Szybko napisałem wiadomość:
Czy ty dzisiaj jesteś na hali?
Wysłałem ją do Shichiro. Nie musiałem długo czekać na
odpowiedź.
Otóż tak. I póki co nikt poza mną.
Przygryzłem wargę i obejrzałem się za siebie. Ku mojemu
zaskoczeniu na tylnym siedzeniu leżała torba treningowa.
Zmarszczyłem brwi w konsternacji.
- Nie brałem tego ze sobą – mruknąłem.
Mama prychnęła cicho, rozbawiona moim zdziwieniem.
- Wiedziałam, że będziesz chciał jechać na lodowisko - oparła.
Zarumieniłem się lekko i odwróciłem wzrok, zakłopotany.
- Prawda – przyznałem.
Mama zaśmiała się cicho i przekręciła kluczyk w stacyjce.
Najwyraźniej nie miała nic przeciwko, bym jeszcze gdzieś się
pałętał.
- To było oczywiste – przyznała tak cicho, że ledwo ją
usłyszałem.
Pokręciłem głową, mimowolnie śmiejąc się lekko.
***
Droga z plastyka zajmowała znacznie więcej czasu niż z mojego
gimnazjum i dopiero po dobrych dwudziestu minutach hala lodowiska
zamajaczyła na horyzoncie. Gdy w końcu zatrzymaliśmy się na
parkingu, ucałowałem mamę w policzek na pożegnanie.
- Wracaj bezpiecznie – mruknęła jeszcze, gdy sięgałem po swoją
torbę.
- Shichiro mnie odwiezie – oznajmiłem pewnie, chociaż mogło być
to kłamstwo.
- Och, Shichiro… - powtórzyła jego imię tajemniczym i zagadkowym
dla mnie tonem – Muszę go w końcu poznać chyba, co?
Zarumieniłem się lekko, ale mimo tego spojrzałem jej w oczy.
Patrzyła się na mnie, podejrzanie rozbawiona.
- Dlaczego? - zapytałem sucho.
- No nie wiem… Dobrze by było znać znajomych mojego synka –
odparła niewinnie, szczerząc się od ucha do ucha,
Zmarszczyłem brwi i sapnąłem, wyrażając swój dyskomfort.
- Może kiedyś – obiecałem i wysiadłem z auta – Do zobaczenia
wieczorem.
- Pa kochanie, baw się dobrze.
Pożegnała mnie tak, jak zawsze, a jednak w jej oczach dojrzałem
dziwny błysk, jakby ubzdurała sobie nie wiadomo co.
Zatrzasnąłem drzwi i patrzyłem za jej samochodem aż zupełnie
zniknął z mojego pola widzenia. Potem odwróciłem się
energicznie, kierując się w stronę wejścia na halę. Standardowo
przywitałem się z panią z recepcji i poszedłem do szatni.
Przebrałem się szybko, a nim zacząłem wiązać sznurowadła,
napisałem jeszcze wiadomość do Shichiro:
Jestem. Zejdź na dół.
Nie dostałem odpowiedzi, ale podświadomie wiedziałem, że mój sms
został odczytany od razu.
Porządnie zasznurowałem łyżwy, czując jakbym zaraz miał odciąć
sobie dopływ krwi do stóp. Naciągnąłem na siebie bluzę, po czym
ruszyłem w stronę lodowiska. Śpieszyłem się, choć absolutnie
nie miałem po co.
Różnica temperatur była tak dotkliwa, że aż zacząłem się
trząść. Przyzwyczajony do letnich upałów, nie mogłem przeżyć
nagłej fali zimna, która uderzyła mnie zaraz po wyjściu z szatni.
Potarłem ramiona energicznie i rozejrzałem się po hali. Tafla lodu
była pusta, a do tego praktycznie nienaruszona. Był czerwiec,
prawdopodobnie większość „stałych” członków klubu obijała
się, smażąc na zagranicznych plażach. Część pewnie rozważała
czy w ogóle jest warto wrócić do tego lodowatego miejsca. Jednak
jak bardzo cieszyłem się z braku innych klubowiczów, tak samo
rozczarowany byłem, że nie widziałem Shichiro. Jeszcze raz
zerknąłem na telefon, lecz nadal nie dostałem żadnej wiadomości
zwrotnej. Zrezygnowany, pokręciłem głową i wyciągnąłem z
kieszeni dresów słuchawki. Podszedłem do bandy, drżącymi palcami
wciskając końcówki do uszu. Zdejmując osłonki z ostrzy łyżew,
włączyłem przypadkową playlistę. Była to jedna z tych, które
ułożyłem całe wieki temu, gdy łyżwiarstwo było czymś więcej
niż sportem, z którym wiążą się miłe wspomnienia z
dzieciństwa. Wtedy marzyłem, że często będę miał właśnie
takie dni jak ten dzisiejszy, a te playlisty miały mi pomóc w
składaniu moich „mistrzowskich” układów.
Wszedłem na lód, rozciągając się nieco. Klasycznie nie
poświęciłem temu ani chwili w szatni czy chociaż przed samym
wejściem. Oczywiście byłem świadom całego ryzyka, które niosło
ze sobą takie podejście, ale nigdy nie miałem cierpliwości, by
poświęcić te dziesięć, może piętnaście minut na rozgrzewkę.
Zacząłem robić powolne kółka tuż przy bandach, podobnie jak
wszyscy początkujący bądź amatorzy. A jednak z każdym okrążeniem
rozpędzałem się coraz to bardziej, nie wiadomo po co ani dlaczego.
Pozwoliłem myślom oddalić się i błądzić, a ciału robić co
chce. Byłem zbyt psychicznie zmęczony, by przejmować się
poprawnością czy doskonałą formą.
Nie wiadomo kiedy zacząłem powtarzać swoje rutynowe ćwiczenia.
Zdawałem sobie sprawę, że idzie mi nadzwyczaj dobrze. Każdy ruch
był tak bliski perfekcji jak nigdy przedtem, a nie wkładałem w to
więcej wysiłku niż zazwyczaj. Ba, przykładałem się jeszcze
mniej niż kiedykolwiek w ostatnich czasach. Choć wcześniej w duchu
obiecałem sobie, że nie będę robić żadnych skoków, to szybko
zaniechałem trzymania się tej decyzji. Zacząłem od prostych
toeloopów, wpierw pojedynczych, a potem przeszedłem po kolei do
podwójnych i potrójnych. Niedługo później włączyłem też
salchowy i axle. Nim się obejrzałem, zacząłem tworzyć coś na
rodzaj faktycznego programu. Kolejno wymyślałem sekwencje kroków,
łączyłem skoki w pełne kombinacje i dodawałem piruety.
Przewracałem się parę razy, a za każdym razem podnosiłem się
coraz to szybciej i szybciej. Jakbym nie miał ani chwili do
stracenia.
Po części była to prawda. Sezon zaczynał się w lipcu, a ja nie
miałem nic. Ale wtedy nie o to chodziło. Chodziło o coś
głębszego, coś bardziej abstrakcyjnego i do tego absolutnie
niezwiązanego ze sportem jako sportem. Chciałem po prostu przelać
swoje emocje na lód. Wyrazić wszystko, co mnie tego dnia męczyło.
Nie mogłem tego po prostu wykrzyczeć czy przemilczeć. To było
zbyt mało, zbyt niewiele by wyrazić jak bardzo obawiałem się tego
dnia i jak bardzo rozczarowałem się sobą. Potrzebowałem tych
skoków, piruetów, porażek i sukcesów, by wyrazić swoje nerwy,
swoje upadłe nadzieje, a być może by również siebie pocieszyć,
naiwnie dać sobie kolejną szansę.
Playlista skończyła się, a tak właściwie to zapętliła. Gdy
usłyszałem pierwszą piosenkę z listy, wywnioskowałem, że
katowałem się już prawie półtorej godziny. A mimo tego nie
przestawałem. Brakło mi oddechu, czułem, że mam coraz mniej siły.
Jednak chciałem więcej, dużo, dużo więcej. Jak w transie
zacząłem od początku powtarzać cały układ, który udało mi się
wymyślić. Chciałem zapamiętać najdrobniejszy szczegół,
olśniony nagłym pomysłem, który wydawał się bardziej niż
genialny. W końcu się skupiłem, byłem świadomy tego, co robię,
gdzie jadę i w jaki sposób skaczę, obracam się czy ląduję. Cały
czas się poprawiałem, planowałem, zapamiętywałem. Przy ostatnim
skoku nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Tak naprawdę resztkami sił
zmusiłem się do potrójnego axla. Wybiłem się, zrobiłem niepełne
trzy obroty i uderzyłem o lód tak niezgrabnie, że gorzej się nie
dało. Upadłem ze zdławionym krzykiem. Moje ramię, kolano i głowa
zaliczyły nieprzyjemny kontakt z zimną taflą. Leżałem chwilę
bez ruchu, oddając się przyjemnemu chłodowi. Odetchnąłem
głęboko, a po chwili obróciłem się na plecy. Nogi drżały
szaleńczo, a oddech był tak krótki, że aż przerażający. Nie
ruszałem się jeszcze przez długą chwilę, słuchając ostatnich
dźwięków fortepianu w piosence. Przymknąłem oczy, próbując
przywrócić sobie normalny oddech albo chociaż trochę się
uspokoić. Zakryłem twarz tą mniej obolałą ręką. Drugą
niezgrabnie wyrwałem słuchawki z uszu. Usłyszałem ciche
skrzypnięcie wejścia i delikatny szmer płóz o lód. Spojrzałem w
stronę źródła dźwięku. W moją stronę kierowała się osoba,
której absolutnie się nie spodziewałem.
- Shichiro – sapnąłem, próbując podnieść się chociaż do
pozycji siedzącej.
- Zgłupiałeś już do reszty – podsumował, kucając tuż przy
mnie.
Pierwszy raz widziałem go na łyżwach, a poruszał się na nich
zaskakująco swobodnie, jakby się w nich urodził. Z drugiej strony,
jego ojciec jest przecież trenerem, więc nie można było się
niczego innego spodziewać.
- To już dawno – odparłem, w końcu zmuszając się do
podniesienia z lodu. Ugiąłem nogę ostrożnie i poruszałem chwilę
obolałą ręką. Nic nie było złamane, więc uznałem, że nic się
nie stało.
Spojrzałem na twarz Shichiro. Cienie pod oczami były wyraźniejsze
niż zwykle, a spojrzenie o wiele bardziej zmęczone. Zarost
przyciemniał lekko szczękę i brodę. Włosy zostały w nieładzie,
nieujarzmione po nocy.
- Dobra impreza? - domyśliłem się, rozbawiony jego przykrym
wyglądem.
Jeszcze przez chwilę patrzył na mnie zupełnie beznamiętnym
wzrokiem, a potem przetarł twarz dłonią i westchnął ciężko.
Wziął mnie pod ręce bez ostrzeżenia aby po chwili postawić mnie
na nogach. Zesztywniałem, zaskoczony jego gestem. Spojrzałem mu
prosto w oczy na ułamek sekundy, ale zaraz spuściłem wzrok na
taflę lodu. Z bliska nie wyglądał jakby przebalował całą noc.
Raczej jakby ją przepłakał.
- Dzięki – szepnąłem, jednocześnie starając się go wyminąć.
Chciałem zrobić to z godnością, ale zamiast tego potknąłem się,
znów będąc blisko upadku.
Zareagował szybciej niż mógłbym się tego spodziewać. W ostatnim
momencie złapał moje ramię w pewnym uścisku. Podciągnął mnie
lekko, objął niedelikatnie w okolicach pasa i w ten sposób
zaprowadził do wyjścia. Nic nie powiedział, gdy w końcu
opuściliśmy lód, ale w końcu mnie puścił. Spojrzałem na niego
niepewnie, jeszcze raz poprawiając osłony na ostrzach. Zlustrował
mnie beznamiętnie i wzruszył ramionami.
- Czekam u siebie – mruknął, odwracając się na pięcie.
Nie zauważyłem, kiedy zmienił łyżwy na zdezelowane trampki. Sam
ostrożnie zwróciłem się w stronę szatni, ale ledwo udało mi się
tam dotrzeć. Zdecydowanie nie miałem już siły na cokolwiek.
Opadłem na ławkę bezwładnie i mozolnie zacząłem rozwiązywać
zaciśnięte sznurowadła. Po chwili musiałem zrobić sobie przerwę,
bo palce drżały mi jak oszalałe. Nie wiedziałem czy to kwestia
zmęczenia czy bliżej mi nieznanych emocji, które być może gdzieś
się na mnie czaiły. Kilka razy zacisnąłem dłonie w pięści,
patrząc się na nie jakby były najbardziej magicznym mechanizmem na
świecie.
Z ulgą pozbyłem się swoich łyżew i zamieniłem je na wygodne
buty sportowe, które ku mojemu zaskoczeniu znalazłem w swojej
torbie. Mama pomyślała o wszystkim. Zawiązałem sznurowadła
luźno. Odetchnąłem głęboko, a potem zaryzykowałem wstanie. Nogi
dały o sobie znać wraz ze stłuczeniami, które już zadomowiły
się na moim ciele. Przymknąłem oczy na chwilę, by zebrać się w
sobie. Zrobiłem parę kroków w tą i z powrotem, przerzuciłem
torbę treningową przez ramię, tylko nieznacznie krzywiąc się z
bólu. Ruszyłem na korytarz, a następnie w stronę gabinetów. Cały
czas gładziłem palcami chłodną, betonową ścianę, która w
razie czego miała służyć mi za wsparcie.
Zapukałem do odpowiednich drzwi, choć zapewne nie musiałem tego
robić.
- Proszę – usłyszałem stłumione zaproszenie.
Wszedłem do środka najciszej jak umiałem. Shichiro, typowo dla
siebie, siedział przy swoim biurku. Gapił się w stojący przed nim
kubek pustym, nieobecnym wzrokiem. Patrzyłem na niego przez dłuższy
moment, nie wiedząc co zrobić albo chociaż powiedzieć. Dopiero
gdy usłyszałem szelest i skrzypnięcie kozetki, gwałtownie
odwróciłem się w tamtą stronę. W istocie, na leżance ktoś
siedział. A przez kogoś mam na myśli najbardziej dostojną osobę
jaką w życiu było mi dane widzieć. Ciężko w opisie zmieścić,
jakie wrażenie na mnie wywarł. Mężczyzna był wysoki i szczupły,
choć nie wydawał się wysportowany. Siedział wyprostowany jak
struna, z rękoma złożonymi na kolanach swobodnie. Patrzył się na
mnie przeszywającymi oczami o lodowatej, jasnobłękitnej barwie.
Jego spojrzenie było pewne i spokojne, jakby obserwował mnie bez
większego zainteresowania, a jednocześnie dogłębnie przenikał.
Mocno zarysowana, wąska szczęka poruszała się wraz z papierosem,
którego jakby od niechcenia trzymał między zębami. Po chwili
bezruchu poprawił swoje złote, już wcześniej nienagannie ułożone
włosy i podwinięte rękawy białej koszuli.
- Haruka, jak mniemam? - powiedział melodyjnym głosem, jednocześnie
podnosząc się z kozetki.
Mimowolnie cofnąłem się o krok.
- Haruka Kazuta – przedstawiłem się nieśmiało.
Mężczyzna przytaknął, podchodząc do mnie. Wyciągnął dłoń w
moją stronę, delikatnie, acz stanowczo. Spojrzałem na jego rękę
szybko. Miał zaskakująco długie palce. Palce pianisty.
- Sebastian Kraft – oznajmił z twardym akcentem, a ja przeniosłem
wzrok na jego twarz, zakłopotany.
Podałem mu rękę, a on uścisnął ją pewnie.
- Mój przyjaciel, pianista – dodał Shichiro od niechcenia, nie
odwracając się do nas.
Przytaknąłem, skonsternowany. Ciężko mi było jakkolwiek
zareagować na tą informację, zwłaszcza, że na tamten moment
wydawała się ona kompletnie bezużyteczna.
Sebastian uśmiechnął się szeroko i podszedł do Shichiro,
jednocześnie delikatnie kładąc rękę na jego plecach. Chłopak
spojrzał się na niego tak samo beznamiętnie, jak wcześniej
patrzył na mnie.
- Ja idę zapalić, a wy sobie pogadajcie – oznajmił Kraft cicho,
zgarniając ze stołu zapalniczkę.
- Sebastian, nie… - zaczął Shichiro, ale nim zdążył skończyć,
przyjaciel przyłożył mu palec do ust i zaskakująco zbliżył się
do jego twarzy. Poczułem jak serce ściska mi brzydkie, ale wciąż
bliżej nieokreślone uczucie.
- Idę zapalić – powtórzył dosadnie.
Szybko się wyprostował i podążył do drzwi. Wyminął mnie z
gracją, zaszczycając przy okazji szybkim, pewnym spojrzeniem.
Zlustrowałem go, nagle bardziej wrogo nastawiony.
- Porozmawiajcie – podkreślił Sebastian stanowczym, lekko
ironicznym tonem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz