wtorek, 4 lipca 2017

Siódma historia


Druga połowa maja upłynęła tak spokojnie, że aż monotonnie. W szkole nikt mnie już nie nękał. Dlaczego? Najwyraźniej odpowiedzialni skończyli już swoją edukację. Na treningach również niewiele się działo. Próbowałem uczyć się poczwórnych skoków, powoli składałem w całość krótki program, którym mógłbym się pochwalić trenerowi.
Generalnie moją uwagę pochłaniało całkiem inne pole zainteresowań. Otóż, zacząłem się uczyć. Tak, po egzaminie gimnazjalnym zebrało mi się na naukę. Jednak nie była ona zbytnio związana ze szkołą, nie olśniło mnie nagle, by poprawić moje, i tak całkiem akceptowalne, oceny. Za to zbliżała się rekrutacja do liceum plastycznego, które było dla mnie małym marzeniem. Nie spodziewałem się po sobie zbyt wiele. Nigdy nie uczęszczałem na zajęcia z rysunku, czy malarstwa. Wszystkiego uczyłem się od ojca. To natomiast zwiększało prawdopodobieństwo, że mijam się z prawdą jeżeli chodzi o prawidłowe użycie pędzli, mieszanie farb, czy podstawową wiedzę.
Nie mówię, że tata nie posiada tej wiedzy. W końcu skończył plastyka i Akademię Sztuk Pięknych. Jednakże, oprócz podstawowych technik, przemycał mi on również własne sztuczki, innowacje oraz poglądy. Przede wszystkim te ostatnie mogłyby nie spodobać się przyszłym nauczycielom. Martwiłem się tym, choć nawet nie przeszedłem wstępnego egzaminu. To właśnie na niego się tak pilnie przygotowywałem. Po raz kolejny czytałem zestaw pytań do części teoretycznej. Historia sztuki, technika i wszystkie pokrewne tematy przerażały mnie za każdym razem, gdy się za nie zabierałem. Kartki, które miałem od raptem dwóch tygodni, wydawały się przesadnie sfatygowane. Rogi były pozaginane, arkusze splamione kawą i herbatą, słowa zakreślone różnymi markerami. Nie miałem zbyt wielu braków, ale chciałem wiedzieć wszystko. Dostanie się do tej szkoły stało się sprawą honoru, a zatem również obsesją. Szybko te dwa odczucia zamieniły się w czystą paranoję, gdzie notatki praktycznie nie opuszczały moich dłoni. Czytałem je rano przy śniadaniu, w autobusie do szkoły, na każdej wolnej lekcji, w drodze na trening, a także po powrocie do domu. Cały czas wydawało mi się, że gorzej już nie można. Ale jednak, ostatnie dni przed egzaminy były istną manią. Odpuszczałem sobie jedynie, gdy zmorzył mnie sen lub gdy wchodziłem na lód. Ignorowałem nawet Shichiro, pozwalając mu ze sobą robić więcej niż kiedykolwiek przedtem. Chłopak wydawał się z tego powodu zaskakująco zadowolony. Nie komentował, nie pytał. Pozwalał mi robić co chcę tak długo, jak ja mu ułatwiałem robotę.
Sytuacja troszeczkę zmieniła się ostatniego dnia. A przez troszeczkę rozumiem pełną panikę. Nie byłem w stanie iść do szkoły. I choć zbudziłem się na czas, to pierwsze spojrzenie na telefon odebrało mi jakiekolwiek chęci do życia. Szósty czerwca. Nieubłaganie zbliżał się dzień mojej klęski. Już jutro. Obróciłem się na materacu, by znaleźć się twarzą do ściany. Nienawidziłem tak leżeć, ale kulić się w rozpaczy już jak najbardziej.
- Nie dam rady - szepnąłem łamiącym się głosem.
Naciągnąłem kołdrę po czubek głowy i jęknąłem żałośnie. Wypowiedziane słowa odbijały mi się echem w umyśle. Wziąłem łapczywy oddech, a powietrze, które przeszło przez moje gardło, paliło jak ogień. Przycisnąłem kolana do klatki piersiowej. Kolejny wdech był krótszy i płytszy, a bolał jeszcze bardziej. Typowo, strach powoli odbierał mi tchnienie, dusił mnie, a przez to tylko bardziej panikowałem.
Żałosne. Obawiałem się głupiego egzaminu do szkoły, która jedynie odbierze mi resztki wolnego czasu i da papier niewarty złamanego grosza.
A jednak właśnie od przyjęcia do tego liceum, zależał mój honor oraz poczucie wartości. Byłem święcie przekonany, że nie dam rady. Choć przez ostatnie kilkanaście dni uczyłem się najpilniej jak mogłem, nie byłem w stanie podołać.
Załkałem cicho, oczy napełniły mi się łzami. Przełknąłem ślinę, oddychając szybko przez nos. Tak niesamowicie się bałem porażki. A przecież poniosłem już niejedną. Myślę, że było ich całkiem dużo. Może nawet więcej niż sukcesów.
Wpiłem palce we własne ramiona. Paznokcie boleśnie wbiły się w skórę. Nie mogłem nic poradzić. Westchnąłem, a zaraz potem zachłysnąłem się powietrzem. Zakaszlałem głośno, dusząc się śliną i łzami. Obrzydlistwo. Pasowało do mnie tak bardzo. Po chwili rozpłakałem się na dobre. Nie był to delikatny, śliczny płacz, który tak często opisują w wyidealizowanych powieściach, czy serialach. Zalewałem się łzami dużymi i gorzkimi, z twarzą czerwoną i spuchniętą. Upływały kolejne beznadziejne minuty. Szloch wstrząsał moim ciałem. Żebra boleśnie oplatały płuca zmęczone oddychaniem. W końcu łzy przestały płynąć, a oczy pozostały suche i szeroko otwarte. Gapiłem się w ścianę tępym wzrokiem, od czasu do czasu powtarzając tą samą, żałosną frazę:
- Nie dam rady.
Gdy po raz kolejny spojrzałem na zegarek było już dawno po ósmej. Przekręciłem się na brzuch, po czym schowałem twarz w poduszkę. Nie miałem siły się podnieść. Nawet spóźniony, powinienem pójść do szkoły. Ale nie byłem w stanie. Że łóżko mnie do siebie przyciągało, to mało powiedziane. Sięgnąłem przed siebie. Między zagłówek a pościel wciśnięty był mój ukochany wyświechtany pluszak. Objąłem go ciasno i odetchnąłem cicho. Zamknąłem oczy. Czułem się zmęczony. Tylko czym? Sobą? Życiem? Czy jedynie płaczem?
Usłyszałem trzask drzwi frontowych, stukot zrzucanych z nóg butów. Potem kroki, które najpierw się ode mnie oddalały, by chwilę potem niebezpiecznie zbliżyć do pokoju.
- Haruka? - mama zapytała najłagodniej na świecie, jak zwykle.
- Mhm - mruknąłem zdawkowo, mocniej przyciskając twarz do miękkiego materiału poszewki.
Matka uchyliła drzwi z charakterystycznym dla nich skrzypnięciem.
- Zaspałeś czy coś innego? - spytała tajemniczo.
Jednak ja wiedziałem, o co chodzi. To był nasz sposób na porozumiewanie się. Nigdy dosłownie, zawsze na około.
- Coś innego - wyznałem, nabierając powietrza w płuca.
Wstrzymałem oddech, gdy weszła do mojego pokoju. Usiadła na brzegu łóżka. Położyła dłoń na mojej głowie, lekko przeczesała zmierzwione włosy palcami. Długie paznokcie przyjemnie drażniły skórę. Zamruczałem niczym kot.
- Stresujesz się? - domyśliła się, zaczynając bawić się kosmykami moich kłaków.
- Bardzo - wydusiłem z siebie - Ja się tam nie nadaję.
Mama nachyliła się, by ucałować mój kark. Wzdrygnąłem się. Okolice szyi i pleców były dla mnie szczególnie wrażliwymi miejscami. W każdym kontekście oraz znaczeniu.
- Nie wiem, gdzie bardziej byś się nadawał niż do plastyka - roześmiała się cicho.
Wzruszyłem ramionami. Sam nie miałem zielonego pojęcia, gdzie indziej mógłbym się znaleźć. Nie jestem typem naukowca, by rzucać się na najlepsze licea w mieście. Nie mam konkretnego zawodu na oku, aby pójść do technikum. Nie widzę celu w chodzeniu do szkoły sportowej, gdy i tak nie ma tam łyżwiarstwa. Za to plastyk wydawał się moim miejscem. Pełnym indywiduów, ludzi kreatywnych i "innych" dla społeczeństwa. Brzmiało jak raj, przynajmniej w teorii.
- Nie jestem na tyle zdolny, zupełnie nie zasługuję - wyszeptałem.
Mama westchnęła bezradnie.
- Szkoła jest po to, by uczyć - oznajmiła stanowczo - Poza tym nie sądzę, że ktokolwiek będzie tam mógł pochwalić się tak dobrą techniką jak ty. Spójrz tylko na ten ostatni obraz.
Podniosłem głowę z poduszki i odwróciłem ją lekko, by kątem oka zerknąć na krajobraz, który już od ponad dwóch tygodni bezwstydnie stał na sztaludze. Westchnąłem z niepocieszeniem.
- Praktyka praktyką, ale teoria to inna bajka - stwierdziłem, wzruszając ramionami.
Ponownie wcisnąłem twarz w miękki materiał poszewki i raz jeszcze sapnąłem z frustracji. Mama zaczęła gładzić moje plecy, jakby w zamyśleniu.
- Poradzisz sobie, jesteś zdolny przecież - powiedziała w końcu, głosem beznamiętnym i słabym. Zupełnie nieprzekonującym.
Potem wstała i przeciągnęła z jękiem. Obserwowałem ją z twarzą cały czas przyciśniętą do pościeli.
- Czyli szkołę i trening dzisiaj sobie odpuszczasz? - zapytała, choć nie interesowała ją odpowiedź.
I tak ją znała. Wyszła z pokoju, nim zdążyłem jej odpowiedzieć. Zostawiła mnie samego, z poczuciem winy. Taka głupota, jedno zdanie. A jednak wywarło na mnie większą presję niż cokolwiek. Objąłem poduszkę tak mocno, jak tylko mogłem. Chciało mi się ryczeć. Nie płakać, po cichu i niezauważalnie. Potrzebowałem wycia, głośnego i najbrzydszego wśród płaczów. Jednak zamiast upragnionych łez ogarnęła mnie kompletna apatia. Gapiłem się pusto raz w ścianę, a raz w okno. Sięgnąłem po telefon. Przez chwilę patrzyłem na własne odbicie w gładkiej tafli szkła wyświetlacza. Ruszałem komórką lekko, zmieniając kąt odbicia światła. W końcu odblokowałem ekran i od razu wybrałem aplikację wiadomości. Napisałem proste zdanie:
Nie idę na trening .
A następnie wysłałem je do Shichiro. Odłożyłem telefon obok siebie i z odrobinę mniejszym poczuciem winy zamknąłem oczy. Odetchnąłem powoli, wymuszając na sobie spokój. Powtarzane kłamstwo staje się prawdą, racja? Smartfon zawibrował mocno kilka razy. Dzwonił, oczywiście. Sięgnąłem po komórkę, odebrałem i położyłem urządzenie na boku twarzy.
- O co chodzi? - zapytał Shichiro łagodniej niż bym się tego mógł po nim spodziewać.
Westchnąłem cicho.
- Myślę, że dobrze wiesz - mruknąłem posępnie.
- Egzaminy? - domyślił się bezbłędnie.
W tle usłyszałem szum, szelest i skrzypienie jakby obracał się na łóżku.
- Nie obudziłem cię, prawda? - zaniepokoiłem się.
- Nie, nie, spokojnie - odparł z lekką chrypką.
Uśmiechnąłem się pod nosem, z niewiadomych powodów rozczulony jego porannym głosem. Był milszy i łagodniejszy w brzmieniu niż zazwyczaj.
-No, to co tam się dzieje? - ponaglił mnie po długiej chwili ciszy.
- Ten egzamin… - zacząłem bardzo cicho, a jednocześnie złapałem za kawałek prześcieradła.
- Jest jutro jak dobrze pamiętam - wtrącił się Shichiro - Stresujesz się, co?
- Tak - przyznałem bez najmniejszego oporu.
- Myślisz, że ci nie pójdzie?
- Jestem tego prawie pewien - odparłem bez wahania.
- Dlaczego - zapytał tak beznamiętnym i pustym głosem, że w porównaniu z wcześniejszym zabrzmiał naprawdę przerażająco.
Zagryzłem wargę, spojrzałem się w przestrzeń przede mną.
- To nawet nie chodzi o to, że się nie nadaję… Po prostu są lepsi, wiesz? - bąknąłem w końcu.
- Nie mogę nic powiedzieć, bo w życiu nie widziałem twoich prac - mruknął z wyraźnym zawodem.
Zmarszczyłem brwi i odruchowo wypiąłem klatkę piersiową do przodu.
- Nigdy nie prosiłeś - odparłem ostrożnie.
- Ach, a powinienem? Miałem nadzieję, że kiedyś sam się pochwalisz - zaśmiał się.
- Ile ty mnie już znasz, co? - parsknąłem cicho. Podniosłem się, usiadłem na łóżku. Podciągnąłem kolana pod brodę i objąłem swoje chude nogi jedną ręką.
- Nie znamy się zbyt długo - przyznał z lekkim stęknięciem. Chyba też właśnie podnosił się z łóżka.
- No nie - szepnąłem, uśmiechając się słabiutko.
Znów zapadła długa, nieprzyjemna cisza. Przez słuchawkę słyszałem ciche szmery i szelest pościeli.
- Dopiero wstałeś? - zapytałem, choć wydało mi się to obrzydliwie niezręczne.
- Mhm… Dobrze bawiłem się w nocy - odpowiedział z dumą i zadowoleniem.
- Ach tak? - mruknąłem bez cienia zainteresowania. Prawdę mówiąc poczułem ukłucie zazdrości.
- Ale kaca nie mam - dodał radośnie.
Zakręciłem kosmyk włosów na palcu i przyjrzałem się mu dokładnie. Moje włosy były słabe, suche, po prostu biedne.
- Gratuluję - sapnąłem w końcu, jednocześnie zamykając oczy. Tą rozmowę należało zakończyć od razu. Brnięcie w nią męczyło mnie bardziej niż bym się tego mógł spodziewać.
- Czemu nie idziesz na trening? - to pytanie padło nagle i było zupełnie niespodziewane.
- Mówiłem ci, że chodzi o egzaminy - burknąłem. Bez bicia muszę się przyznać, że byłem już nadąsany.
- Dobra, dobra, ale co to ma do rzeczy? Nie chcesz się zająć czymś innym niż bezsensowne myślenie? - zaproponował, a ja nie mogłem powstrzymać wymownego prychnięcia. To było tak typowe zachowanie dla ludzi, którzy nie rozumieli.
- To tak nie działa - powiedziałem stanowczo, zrywając się na równe nogi.
- Czyli lepiej się zadręczać własnymi myślami i wegetować, tak? - spytał spokojnie, jeszcze bardziej wytrącając mnie tym z równowagi - Do szkoły też nie poszedłeś?
- Nie, nie poszedłem - podkreśliłem dobitnie.
- Mama ci pozwoliła?
- Raczej się na mnie obraziła po prostu - westchnąłem, rzucając się na łóżko bezwładnie. Moja głowa nieprzyjemnie odbiła się od materaca. Syknąłem cicho, a do oczu napłynęły mi łzy.
- No to może wypadałoby się jednak poprawić i do tej szkoły pójść? - zaproponował Shichiro. Jego słowom towarzyszyło kilka głuchych trzasków drzwiami i naczyniami.
- Ale jestem już sporo spóźniony, więc co za różnica - zaoponowałem natychmiast, równocześnie zerkając na krzesło zawalone rzeczami. Mógłbym się ubrać, racja.
- No taka, że może by matka ci trochę odpuściła, a przy okazji zająłbyś czymś myśli - odparł.
- Co ty masz z tym zajmowaniem myśli, przyjmij do wiadomości, że to nie działa - warknąłem, szybko cedząc słowa przez zęby.
- Uwierz mi, że działa.
- Skąd ty to możesz wiedzieć? - zapytałem z wyrzutem i złością.
Przez dłuższą chwilę Shichiro nie odpowiadał, jakby reflektował się nad swoimi słowami. Może w końcu do niego dotarło.
- Od trzech lat się zmagam z czymś i wiem, jak ważne jest odwrócenie uwagi od własnych paranoicznych myśli - oznajmił w końcu głosem chłodnym i poważnym.
Otworzyłem oczy szerzej, zaskoczony jego zmianą nastawienia. Rozwarłem wargi jakbym chciał coś powiedzieć. Może przeprosić, może kłócić się dalej.
- Idziesz do szkoły i potem się spotykamy. Nie musisz iść na trening, ale się zobaczymy. Zajmij się w szkole czymkolwiek, może rysowaniem. Rozgrzej się jakkolwiek. A potem pokażesz mi swoje prace - Shichiro powiedział to szybko i dosadnie. Nie chciał słyszeć słowa sprzeciwu. Wściekł się.
Odrzuciłem telefon na bok i głośno westchnąłem. Poleżałem chwilę w ciszy. Mama krzątała się w kuchni i szczególnie głośno trzaskała szafkami. Czyli była zła.
Wstałem tak gwałtownie, że aż zakręciło mi się w głowie. Przycisnąłem dłonie do oczu i wydałem z siebie dźwięk frustracji. Znowu wszystkich zdenerwowałem. To jedyna rzecz, do której miałem prawdziwy talent. Podszedłem do zawalonego ubraniami krzesła. Ze stosu czystszych i brudniejszych rzeczy wyciągnąłem zdatne do użytku jeansy w typie slim. Z trudem wciągnąłem wąskie nogawki na nogi. Z szafy wyjąłem świeżą koszulę, która z kolei była tak luźna, że zupełnie ukrywała moją sylwetkę. Dwa ostatnie guziki pod szyją pozostawiłem niezapięte. Przeczesałem włosy szczotką, która leżała wcześniej wciśnięta wśród książek, porzucona na dobry tydzień. Grzywkę klasycznie spiąłem wsuwkami do tyłu. Z obrotowego krzesła przy biurku wziąłem skórzaną torbę, do której wcisnąłem przypadkowe zeszyty i szkicownik. Zamiast piórnika wybrałem przybornik. Tak nazywałem moje drewniane pudełko, w którym trzymałem ulubione ołówki, gumki i temperówkę. Było przepięknie ozdobione rozmaitymi wzorami wypalonymi w wiśniowych deskach. Przesunąłem opuszkami po głębokich bruzdach, dokładnie wyczuwając dobrze znaną fakturę. Szybko zgarnąłem szkatułkę do torby i wyszedłem z pokoju. Chcąc nie chcąc skierowałem się do kuchni. Mama siedziała przy stole, zamyślona i nachylona nad papierami. Między palcami trzymała róg kartki, który czas gięła i odginała kciukiem. Obok dokumentów stał talerz z niedokończonym tostem i kubek z ziołową herbatką. Upiłem łyk napoju. Poczułem przyjemny smak macierzanki, który bezwarunkowo kojarzył mi się z mamą. Uśmiechnąłem się bezwiednie i westchnąłem cichutko.
- Jednak pójdę do szkoły - oznajmiłem zdecydowanie.
Mama uniosła wzrok znad kartek i spojrzała na mnie krytycznie.
- Ach tak? - mruknęła, odgryzając duży kęs tosta z ciągnącym się serem i pesto.
- No tak - odparłem, splatając ze sobą palce obu dłoni.
Przez chwilę przyglądała mi się zagadkowo, coś rozważając.
- Dobra, odwiozę cię - oznajmiła w końcu i zaraz potem upiła duży łyk naparu z macierzanki. Wzięła do ręki resztę tosta i zgarnęła kluczyki, które leżały na drugim końcu stołu. Bez słowa zwróciła się do wyjścia, a ja podążyłem za nią.
***
Może Shichiro miał rację, że czymś należy się zająć, by się nie stresować. Pierwsze dwie lekcje spędziłem na nauce, ale później nie chciałem tym zaprzątać sobie głowy. Zamiast zeszytów i książek, wyciągałem już tylko szkicownik. Zapełniały go różne rysunki, poczynając od regularnych, misternych budowli, a kończąc na szybkich, bezładnych twarzach. Podczas kolejnych pięciu lekcji do kolekcji dołożyłem tylko dwa “dzieła”. Pierwszym był stary, zadbany ogród pełen krzewów róż splątanych z pnączami bluszczu, wiekowych cedrów i gęstych piwonii. Rysowanie pojedynczych liści czy kwiatów było nadzwyczaj wyciszającym zajęciem, które miało mi pomóc jeszcze wiele razy w późniejszym czasie. Teraz prócz uspokajających właściwości, miało też magiczną moc dla samego rysunku. Całość wydawała się nie tylko przemyślana, ale również misterna i profesjonalna.
Drugim “dziełem” był portret. I dopiero gdy go skończyłem, zacząłem w duchu przeklinać się za ten pomysł. Nie mogłem zaprzeczyć, że wyszło przepięknie, ale oprócz pierwszych szkiców portrety Shichiro zawsze wychodziły mi dobrze. Bo tak, znów właśnie jego narysowałem. Tym razem podziałała moja wyobraźnia. Portret obrazował moje domysły jak Shichiro wyglądał tamtego poranka. Leżał na brzuchu po ramiona przykryty grubą kołdrą i bez trudu podpierając się na przedramionach. Włosy miał w zupełnym nieładzie; były rozczochrane, zmierzwione i żyły własnym życiem. Jego wyraźnie zarysowaną żuchwę pokrywał ledwie zauważalny cień porannego zarostu. Oczy były lekko zapuchnięte i mocno podkrążone od zbyt małej ilości snu po wyczerpującej nocnej zabawie. Na ustach zagościł nieznaczny uśmieszek jakby był szczęśliwy, że słyszał swojego rozmówcę. Jedną ręką podpierał podbródek, a drugą przyciskał telefon do ucha. Ręce były wytatuowane aż po łokcie. Po ramionach i barkach wiły się smoki, rybki koi oraz stworzenia rodem z mitologii dalekiego wschodu.
Całość tworzyła czyste, estetyczne wrażenie. Gdyby ktoś nie znał Shichiro, mógłby powiedzieć “Ładna postać” i tyle. Ale gdyby ktoś go znał, zapewne by mnie wyśmiał.
Wraz z dzwonkiem ogłaszającym koniec ostatniej lekcji zerwałem się z miejsca. Zebrałem wszystkie książki i pierwszy wypadłem z klasy. Szybkim krokiem od razu podążyłem do drzwi wyjściowych. Tak naprawdę nie wiem, dlaczego aż tak się śpieszyłem. Nie miałem pojęcia gdzie i kiedy się spotkamy, a tym bardziej nie miałem odwagi, by napisać do Shichiro, którego tak wcześniej rozzłościłem.
Mijając kolejne osoby i pokonując kolejne korytarze dostrzegłem, że coś za oknem przykuwa uwagę wszystkich, a do tego wywołuje niemałą sensację. Niewiele się przejmując jeszcze prędzej pośpieszyłem do wyjścia. Ostatnia prosta przez łącznik i mogłem zacząć się zamartwiać, co robić dalej z Shichiro. Ku memu zdziwieniu ludzi były tłumy i większość wyglądała przez okna, komentując coś lub robiąc zdjęcia. Mało rzeczy wywoływało taką sensację w naszej burżujskiej szkole. Przecisnąłem się przez zgraję i po długiej, trudnej przeprawie w końcu wydostałem się na zewnątrz. Odetchnąłem głęboko świeżym, a przynajmniej nie aż tak zatęchłym, powietrzem. W końcu rozejrzałem się za tym, co przyciągało uwagę wszystkich. Na środku podjazdu stało matowoczarne Porsche. Na jego masce siedział wytatuowany, wysoki facet, a między drugim i trzecim palcem prawej dłoni trzymał czarnego, ledwo spalonego papierosa. Twarz w połowie zasłoniętą okularami wystawił w stronę słońca i z uśmiechem na twarzy właśnie tak się wdzięczył. Jęknąłem z zażenowaniem, kierując się w jego stronę.
- Wszyscy się na ciebie gapią - syknąłem, podchodząc do chłopaka ostrożnie.
- No, ciekawe dlaczego - zaśmiał się, zsuwając okulary niżej na nos.
- Wyglądasz jak model - dodałem i uderzyłem go lekko w ramię.
- A dziękuję - odparł, jednocześnie łapiąc mój nadgarstek lekko.
Spojrzałem wpierw na niego, a potem na nasze ręce. Od razu zabrał dłoń, choć nie omieszkał musnąć mojego przegubu nieznacznie.
- Dobra, wsiadaj, zabiorę cię gdzieś - powiedział tajemniczo.
Uniosłem brwi z zaciekawieniem i podszedłem do Porsche od strony pasażera. Jeszcze raz spojrzałem podejrzliwie na Shichiro.
- No co? - zapytał niewinnie.
W odpowiedzi jedynie pokręciłem głową. Czym prędzej wsiadłem do auta i agresywnie zatrzasnąłem za sobą drzwi. Wcisnąłem torbę pod nogi i obejrzałem się w stronę szkoły. Ludzie nadal się nas gapili. Ktoś cały czas trzymał przed sobą telefon jakby nas nagrywał.
- Cudownie - szepnąłem.
- Narobiłem ci wiochy? - zapytał ze śmiechem Shichiro.
Odpalił silnik, który ryknął z mocą. Wywróciłem oczami i zapiąłem pasy.
-Nie można narobić wiochy podjeżdżając tuningowanym Porsche pod szkołę. Ale nawet jeśli, to ja i tak nie mam reputacji w tej szkole. Nie o to chodzi - odparłem cicho, skubiąc nitkę wystającą z rękawa koszuli.
- A o co? - zapytał ponuro, ruszając z piskiem opon.
- Ktoś to nagrał. Będą plotki - szepnąłem, odwracając wzrok do bocznej szyby auta.
- Przestań, to już paranoja - westchnął Shichiro, gwałtownie zmieniając bieg. Nabieraliśmy prędkości i cały czas kierowaliśmy się na obrzeża miasta. Mimo wszystko wciąż był na mnie zły.
- Gdzie mnie zabierasz? - zapytałem po chwili bardzo nieprzyjemnej ciszy.
- Do siebie - oznajmił, po raz kolejny wykorzystując ten nieznoszący sprzeciwu głos.
O mało się nie zakrztusiłem, gdy to usłyszałem.
- Ale tak na serio?! - wykrzyknąłem, odwracając się w jego stronę.
Odwrócił do mnie głowę i prawdopodobnie zlustrował mnie wzrokiem. Jednak nie mogłem tego potwierdzić, gdyż jego okulary przeciwsłoneczne doskonale maskowały wszystko. Jedyne co widziałem to własne odbicie w lśniących szarych szkiełkach.
Odpowiedzi nie otrzymałem. Po chwili znów był skupiony na drodze i sprawnie wymijał kolejne auta. Nie chciałem podejmować nowych tematów. Długo mu się przyglądałem, gdy manewrował po zakorkowanych ulicach. Jego mięśnie raz się napinały, a raz rozluźniały. Znów miał nieprzeniknioną minę i mocno zaciśnięte zęby. Na pewno się złościł.
Westchnąłem bardzo cicho i przymknąłem na chwilę oczy. Oparłem głowę o rękę, którą zablokowałem na oknie. Mogłem tylko czekać.
I nim się zorientowałem, zasnąłem.
***
- Wstawaj mały - usłyszałem, gdy ktoś wyciągał mnie z auta.
Odruchowo krzyknąłem, przestraszony nagłym dotykiem. Próbowałem się odepchnąć czy jakkolwiek oswobodzić.
- Okej, już dobrze, przepraszam - szepnął Shichiro i ostrożnie mnie posadził. Wstałem i czym prędzej wygramoliłem się z samochodu.
- Już, przepraszam - powtórzył, odsuwając się by zrobić mi miejsce.
Objąłem się rękoma na wysokości ramion i jęknąłem cicho.
- Haruka? - zapytał łagodnie, wyciągając w moją stronę rękę. Spojrzałem na niego i zdębiałem.
- Jak do mnie powiedziałeś? - zapytałem drżącym głosem.
- Haruka - powtórzył spokojnie i podszedł do mnie krok bliżej.
Poczułem jak krew napływa mi do twarzy. Piekły mnie policzki, koniuszki uszu, a nawet kark. Westchnąłem cicho, zakłopotany czymś tak głupim jak usłyszenie własnego imienia. Zakryłem twarz i odetchnąłem głęboko.
- Nie lubisz swojego imienia? - zapytał cicho, jednocześnie sięgając do auta.
- Nie o to chodzi - jęknąłem zakłopotany - To… Trudne. I głupie. Nieważne.
Usłyszałem westchnięcie Shichiro.
- Cóż. To idziemy? - zaproponował i delikatnie złapał mnie za róg koszuli.
Zdjąłem ręce z twarzy, po czym przytaknąłem lekko. Shichiro przerzucił sobie moją torbę przez ramię i poszedł w stronę pięknego, nowego apartamentowca.
-Wow, serio - mruknąłem, gdy wchodziliśmy do środka przez piękne, oszklone drzwi.
- No co? - zapytał ze śmiechem.
Pokręciłem głową, uśmiechając się nieznacznie.
Wjechaliśmy na przedostatnie piętro nowiusieńką, cichą windą. Korytarz, który zastałem za drzwiami, niczym się nie różnił od każdego innego korytarza. Podłoga była wyłożona białym gresem wykończonym na wysoki połysk. Ściany wydawały się sterylnie czyste przez swoją nieskazitelną biel. Jedynie czarne drzwi prowadzące do osobnych mieszkań łamały tą chorą monotonię.
Przemierzyliśmy cały korytarz aż do końca. Ostatnie drzwi po lewej prowadziły do apartamentu Shichiro. Przed wejściem chłopak wyciągnął portfel z tylnej kieszeni luźnych szortów. Z jednej przegródki wysunął srebrną kartę bez żadnego napisu. Przyłożył ją do czytnika umiejscowionego nad klamką. Jedno piknięcie i kilka szczęknięć później drzwi ustąpiły. Shichiro pchnął je lekko, gestem zaprosił mnie do środka. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Na pierwszy rzut oka było tak samo sterylne jak korytarz. Hol nie posiadał zbyt wiele. Był tak wąski, że pewnie nie mógłbym nawet rozłożyć tu w pełni rąk. Na lewo od wejścia stała niska ławeczka z drewna bambusowego i wisiało kilka półek z tego samego materiału. Na tych kwadratowych regalikach ustawiono białe, błyszczące doniczki z różnego rodzaju sukulentami. Po prawej stronie w ścianę została wbudowana długa szafa z przesuwnymi drzwiami. Zapewne były tam wszystkie kurtki, buty i inne drobiazgi.
Stałem przez chwilę, niepewny co zrobić. Shichiro zrzucił buty, a potem poszedł w głąb mieszkania. Jego zmęczone życiem conversy w jakiś sposób niszczyły estetykę tego miejsca. Ukucnąłem by rozwiązać swoje wysłużone brogsy.
- Idziesz? - usłyszałem przytłumiony przez odległość krzyk.
- Już - odparłem spokojnie, odstawiając buty pod ławeczkę.
Poszedłem przed siebie i chwilę później napotkałem duży, a wręcz ogromny salon. Tak jak hol, to pomieszczenie również było wyłożone hebanowymi deskami. Ściana naprzeciw mnie była przeszklona, a ogromne okna wychodziły na spory balkon. Lewą stronę salonu zajmowały bambusowe regały. Tak jak okna, one również sięgały od podłogi aż po sufit. Na półkach znajdowało się mnóstwo rzeczy. Poczynając od książek obyczajowych, przez literaturę naukową i rośliny, a kończąc na małych rzeźbach oraz innych bibelotach. Każdy segment podświetlało pasmo ledów dających ciepłe, żółte światło. Bliżej środka pokoju stała kanapa. I tak jak cały salon, ta sofa również była wielka. Zajmowała gdzieś jedną trzecią pomieszczenia. Przed nią został ustawiony szklany stolik do kawy. W porównaniu do całej reszty, ten mebel wydawał się wyjątkowo filigranowy. Na jego blacie w schludnych kupkach poukładano dokumenty i inne papiery. Każdy stos został opatrzony tytułem, który zupełnie nic mi nie mówił. Przechodząc dalej, na ścianie po prawej od wejścia wisiała droga plazma. Ogólnie w salonie czegoś brakowało. Ozdób? Mebli? Duszy?
- Co chcesz do picia? - zawołał Shichiro, jak się domyśliłem, z kuchni.
- Herbaty poproszę! - odparłem głośno, kierując się za źródłem głosu chłopaka.
Minąłem przewężenie i moim oczom ukazała się stosunkowo mała, jak na gabaryty tego mieszkania, kuchnia z jadalnią. Hebanowe deski zamieniły się w białe, marmurowe płyty, błyszczące pod światłem halogenów. Szafki były równą taflą czarnego komponentu, a blat kuchenny stanowił piękny kawał granitu. Shichiro opierał się o zlew z chromowanej stali i gapił tępo w jego dno. Odchrząknąłem cicho, a on wzdrygnął się wtedy. Odwrócił się do mnie i podparł plecy o brzeg blatu. Uśmiechnął się nieznacznie.
-Już lepiej? - zapytał cicho.
Przytaknąłem delikatnie i znów splotłem palce przed sobą. Shichiro westchnął cicho, jednocześnie podchodząc do mnie bliżej. Zerknąłem na niego nerwowo.
-Spokojnie, Kazuta - szepnął.
I tak jak wcześniej spaliłem buraka na dźwięk swojego imienia, tak teraz moje nazwisko wywołało lekki rumieniec. Shichiro zaśmiał się delikatnie.
-Wyglądasz jak taka nieśmiała dziewczynka - zażartował.
- Nawet tak nie mów, błagam - westchnąłem, załamany tym nawiązaniem.
- Dobrze, wybacz - odparł, chociaż nie wyczułem nawet cienia skruchy w jego głosie.
Gdy woda się w końcu zagotowała, Shichiro znów odwrócił się do mnie plecami. Obserwowałem jak jego mięśnie lekko się napinają, a łopatki zgrabnie poruszają wraz z rękoma.
Boże, kto by powiedział, że ten człowiek nie jest piękny.
- Wszystko okej? - zapytał, trzymając w dłoniach po kubku z herbatą.
- T-tak - wydukałem, wbijając wzrok w naczynia.
- Nie czujesz się źle? - upewnił się.
- Nie, nie, wszystko w porządku - westchnąłem podirytowany.
Przytaknął nieznacznie i poszedł do małego, szklanego stołu, który stał przy oknie. Wskazał mi miejsce na przeciwko siebie. Na oparciu wisiała moja torba. Zerknąłem na nią, a potem wróciłem wzrokiem do Shichiro.
- To jak? Pokażesz mi te rysunki? - zapytał po chwili i podparł policzek dłonią.
Odetchnąłem nerwowo i wyciągnąłem swój szkicownik. Przypomniałem sobie o moim dzisiejszym portrecie. Zacisnąłem palce na czarnej, wyświechtanej okładce i znowu spojrzałem na Shichiro. Przymknął oczy, grzejąc się w słońcu. Był zrelaksowany, zupełnie spokojny. Podsunąłem mu gruby notatnik pod dłoń, a potem oparłem się o krzesło mocno. Plastik lekko odgiął się pod moim ciężarem.
Shichiro zerknął na zeszyt leniwie i przyciągnął go bliżej. Otworzył na pierwszej stronie. Zagryzłem wargę nerwowo. Gapiłem się na każdy jego ruch i każdą reakcję.
Kilkanaście stron przeszło bez echa. Przyglądał się im chwilę, leniwie przeciągając wzrokiem po wszystkich niechlujnych liniach. Dopiero gdy doszedł do swojego pierwszego portretu, zmieniła się ekspresja na jego twarzy. Rozwarł lekko usta i otworzył szerzej oczy. Przesunął palcami po kartce, przy okazji lekko rozmazując węglowe linie.
Pierwszy portret Shichiro w tym notatniku był szybkim szkicem, który zrobiłem podczas masażu miesiąc temu. Nie dało się zbyt wiele odczytać z tego splotu przypadkowych linii, ale można było się domyślić, że to Shichiro.
Po dłuższej chwili przewrócił kartkę. Na następnej stronie znajdowały się ćwiczenia z anatomii. Łatwo zgadnąć na kim wzorowane.
Następne rysunki znów nie stanowiły nic specjalnego. Było tam kilka pejzaży, trochę koni i innych zwierząt. Jednak z każdym z tych sielankowych obrazków wiedziałem, że zbliża się do najgorszej części zeszytu. Powoli wbijałem zęby w wargę coraz mocniej. Jeszcze chwila i zaczęłaby krwawić. Zatrzymał się na kolejnym portrecie. Ten był już bardziej schludny i dokładny, skończony może dwa tygodnie temu. Pierwszy, który w całości narysowałem z wyobraźni. A może raczej ze wspomnień, bo przedstawiał Shichiro z naszego pierwszego spotkania. Chłopak zerknął na mnie przelotnie, ale jakże znacząco. Przerzucił kartkę. Kolejny portret i jeszcze jeden. Moja twarz zaczęła płonąć żywym ogniem, a każda strona stawała się nową, większą katorgą. Czekałem z niecierpliwością aż dojdzie do dzisiejszych prac.
-Wow - mruknął, gdy w końcu zobaczył różany ogród.
Uśmiechnąłem się lekko, już zupełnie zakłopotany i gotowy na wszystko.
Przełożył ostatnią kartkę na portret, który chwilę wcześniej wydawał mi się piękny. Teraz szczerze go nienawidziłem.
Po raz kolejny Shichiro uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia.
- Co ty do mnie masz? - zapytał takim tonem, że nie mogłem określić jakie ma intencje.
- Ale że co - wydukałem, wbijając wzrok w stół.
- Tyle moich portretów masz - zaśmiał się.
Zasłoniłem twarz dłonią z zażenowania i westchnąłem cicho. Nie mogłem znaleźć dobrej odpowiedzi albo normalnego usprawiedliwienia.
- Nieważne - szepnął po chwili i ostrożnie położył dłoń na mojej głowie. Zerknąłem na niego, a on uśmiechnął się szeroko.
- Na pewno się tam dostaniesz - dodał pewnym siebie głosem.
Wzruszyłem ramionami i oparłem czoło na rękach. Shichiro pogłaskał mnie lekko po głowie, a potem w końcu zabrał rękę.
- Boję się - mruknąłem.

- Nie ma czego, uwierz mi - szepnął, jednocześnie gładząc moje przedramię delikatnie - Naprawdę nie ma czego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© All rights reserved. Designed by grabarz from WioskaSzablonów. Powered by Blogger. | X X X X